BŁOTNE ABECADŁO

wtorek, 3 lutego 2015

ŚWIAT WEDŁUG BORSUKA

Musi mnie łączyć ze światem Borsuków jakieś metafizyczne powinowactwo, bo na tzw. zdrowy rozum wytłumaczyć się nie da, dlaczego wlaśnie Borsuki tak do mnie lgną, jakby chciały mi przekazać swoje przesłanie, którego moje prostactwo nie potrafi odczytać. A nie jest to domniemanie pozbawione podstaw chociażby dlatego, że są Borsuki dłużej na Ziemi niźli rodzaj ludzki. Ich rodowód bowiem zaczyna się przed 250 milionami lat, a więc bardzo daleko wcześniej, zanim wykreowany przez religijnych prestidigitatorów Jahwe zaczął robić porządki na tym padole wedle swojego widzimisie.

I oto, siedziałem sobie właśnie na progu mojej drewutni, księżyc odbijał się od jeziora i śniegu, więc książkę można było czytać, co już niewielu potrafi, i nagle pakuje się do mnie, nie zważając na nic, leśny nocny zwirz – czyli Borsuk. Przyznaję, że nie byłem przygotowany na taką wizytę, więc zachowałem się jak ostatni kretyn. Mimo to Borsuk z wyrozumiałością – a więc cnotą zapomnianą przez ludzi – okrążył jeszcze raz drewutnię dla mojego opamiętania, wydając przy tym dżwięki jak z koncertowego fagota i znowu się do mnie gramoli. I tu wstyd nie pozwala mi opisać mojej małodusznej  ignorancji...
Borsuk tedy – zapewne zniechęcony moją głupotą – w końcu sobie poszedł. Wyśledziłem jeszcze na śniegu jego ślady i uznałem, że miałem spotkanie trzeciego stopnia. I w takim nastroju  moja przygoda nie wydawała mi się warta dalszej troski.
Aliści idę za godzinę do Donnki, a tu taki obrazek: Donnka w przedsionku, a w stajence wymościł sobie w słomie legowisko mój Borsuk.
Boruto, przybywaj!



Zapaliłem tedy w stajence światło w takim zamiarze, że Borsuk, przecież nie w ciemię bity, zrozumie moją sytuację i taktownie się oddali do swojej Puszczy, w której ja mu nie robię żadnej konkurencji. Ale on spojrzał na mnie czule, zwinął sie jak kot, i nie zamierzał wykonać mojego zalecenia. Stanąłem więc na ten czas całkiem bezradny i wszelka inwencja faktycznie przeszła do Borsuka. A ten, z borsuczą godnością, przejął wspaniałomyślnie moją inicjatywę ustawodawczą i zaczął się gramolić do wyjścia, bo to noc właśnie nastała, a Borsuki nocą żyją. Ale i Donnka była ciekawa. I oto doszło w mojej obecności do zetknięcia się jej chrapek z borsuczym ryjkiem. Trwało to obwąchiwanie się dłuższą chwilę, a ja nie śmiałem ingerować w to misterium ponownego po tysiącleciach zaprzyjaźnienia. I gdyby nie to, że Donnka gwałtownie parsknęła, Borsuk nie byłby zmuszony do instynktownej reakcji,  tym bardziej zrozumiałej, że na mordce miał wyraźne rany od kłów i chodził na trzech łapach. No i dziabnął Borsuk Donnkę w chrapkę, bo to waleczna Istota – by za chwilę zniknąć w ciemnościach. I tu skończyły się żarty, albowiem takiego rozwoju zdarzeń nawet sam Franc Fiszer nie mógłby przewidzieć.


Ranka była wprawdzie bardzo mała, właściwie draśnięcie, ale otacza Borsuki taka fama, że przenoszą wściekliznę. Spanikowałem więc w trosce o zdrowie mojej klaczki. Póki co Borsuka jednak nie było widać, ale taką mam wredną naturę, że przejąłem się także jego losem. No i Borsuk odczytał telepatycznie właściwie moje myśli i znowu się pojawił grając na fagocie. Muzyka była to szczególna, bo zaledwie przed miesiącem pożegnałem nad Styksem Fagocistę z Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk" im. Stanisława Hadyny, którego moje przebywanie na tym padole jakoś szczególnie uwierało. (Tedy stanął przy moim wyrku zaraz – albo wprzódy – po swojej kremacji, co opiszę w osobnym tekście). Trudno wszakże uwierzyć, że fagot Stanisława – który o Hadynie zawsze ciepło się wyrażał – tak nastroił puszczańskiego Borsuka, by ten przygrywał mi bezinteresownie w zastępstwie spopielonego na rachunek ZUS–u Stasia. Ale nie da się zaprzeczyć, że fagoty bliżej są nieśmiertelności aniżeli śląscy Fagociści.

Kiedy więc zapragnąłem złączyć cielesność z nieśmiertelnym Duchem i przystawiłem Borsukowi do ryjka naczynie z owsem, ten ruszył na mnie! Czy to była obraza, czy jakiś inny zamysł – trudno dociec. Pewna jest moja reakcja i relacja. – Otóż w kopnym śniegu, na tle księżycowej poświaty, ja, pozostający oficjalnie jeszcze przy zdrowych zmysłach, podskakiwałem w cyrkowych wygibasach w sromotnej ucieczce, żeby mnie tylko ten wysłannik puszczańskiej orkiestry nie pogryzł, co on niekoniecznie miał w intencji.
Tedy uruchomcie sobie teraz Państwo swoją filmową wyobraźnię, bo tu mi się kojarzy dzieło aaabsolutnie genialne, czyli "TANIEC WAMPIRÓW" Romana Polańskiego, jako że ta scena jest nie do podrobienia i tylko w tym filmie dlatego nie została nakręcona, bo proffessor – oprócz osikowego kołka i zbawiennego czosnku – nie miał żadnej wiedzy o tajemnej sile Borsuków!

Następnego dnia o poranku Borsuk – jakby nic się nie stało – spał sobie smacznie w stajni.
Tak więc, i mimo wszystko, konieczna była moja wraża decyzja, by szukać pomocy dla Donnki,  Borsuka i dla mnie u zielonych leśnych ludzików. Zadzwoniłem tedy do Waldka, Waldek zadzwonił do Wojciecha, i po dwóch godzinach nawiedził mnie leśny oddział szybkiego reagowania. Przywieziona została także przestronna klatka, bo dla osób postronnych nie ulegało wątpliwości, że czyny Borsuka są na tyle nietypowe lub szalone, że powinien on przejść kwarantannę. I tak, bez zbędnych ceregieli i przemocy, Borsuczek zamieszkał w klatce na dni piętnaście. Jutro (14 dnia lutego) mija ostatni dzień jego – ustawowo nakazanej – niewoli. 


I tu przychodzi na mnie powinność opisania mojego w tym czasie z Borsukiem bytowania. 
Przede wszystkim przeniosłem jego klatkę w zaciszne podcienie Domu. Ogaciłem klatkę z czterech stron słomą, a na spód dałem styropian. No i rozejrzałem się po mojej spiżarni. Konieczne się okazały dodatkowe zakupy! Zmieniłem także swój tryb życia na nocny, jako bardziej odpowiadający naturze Borsuka. 
Borsuk jest marnym łowcą i faktycznie je to, co mu do ryjka wpadnie. U mnie jadł: marchew, jajka, jabłka, kukurydzę, surowe serca kurze, fasolkę szparagową (uwielbia) i surowe ryby. Sam bym chciał mieć na codzień takie wyżywienie...

Wreszcie nadszedł upragniony dzień...





Po otwarciu klatki Borsuczek niespiesznie wygramolił się na wolność. Po rozpoznaniu najbliższego terenu wcale nie wyrwał do lasu. Zwyczjnie ukrył się za klatką.
W tym miejscu protokół zakończono, podpisano i przeniesiono do archiwum. Ewentualny ciąg dalszy nie będzie utajniony.

(Dopisane 14 lipca 2015).
Wciąż rozmyślam o moim Borsuczku, któremu nadałem imię Daksio! I on natychmiast to imię sobie przyswoił. Wystarczyło cicho go zawołać!... Wiem, że Daksio mnie odwiedza, ale rozmyślam także nad fenomenem jego ufności do mnie. Przecież Daksio musiał już wcześniej coś o mnie wiedzieć. Czy komuś się zdarzyło, że dziki jak najbardziej Borsuk chciał mu wskoczyć na kolana? Tedy taką mam hipotezę, że moje bytowanie w Bronnej Górze zmniejszyło tę straszliwą przepaść, która oddziela mnie od naszych Mniejszych Braci. 
Przychodzi do mnie wiele Zwierząt. Chcę, by czuły się u mnie bezpiecznie. Dlatego nie jest do zaakceptowania furia mordowania Zwierząt w parku narodowym! To tu ma być ta enklawa, ta czułość dla każdej roślinnej (prócz inwazyjnej olchy) i zwierzęcej Istoty?
Oto doszły do mnie słuchy, że WPN zaordynował planowe mordowanie Zwierząt w roku 2015! Wyznaczono limity:
27 jeleni !
20 saren !
50 dzików !
Póki co, mój Daksio nie znajduje się na tej liście!



                                                               rysowała Błotniaczka