BŁOTNE ABECADŁO

poniedziałek, 19 listopada 2012

ZAGUBIONE ZNAKI

Jakże wiele imion ma narodowo-katolicka psychoza. Bo, ostatecznie, diabeł z haczykowatym nosem od wieków w ludowej tradycji usprawiedliwia tego ludu własną umysłową gnuśność, niedołęstwo i zaniechanie. Prawda, że i nie zawsze warunki były do bezinteresownego kultywowania myśli o ziemi Ojców, ale i wykreowanie ciemiężcy jakże było łatwiejsze niźli przyznanie się, że w chwili jego aktywności byliśmy zaprani, albo sarmacki duch szczał po biesiadzie do kominka.

Tak więc i dzisiaj nie umiemy napisać dla siebie nawet definicji sporu, czyli tej przestrzeni, w której nie będziemy ulegać pomieszaniu pojęć i prawidłowo odczytamy proste znaki sąsiedzkie, bo to najbliższa naszym domostwom tradycja: owe ognie na wzgórzach i słowiańskie zaklęcia.

Może tedy jest i tak, że rozum nie jest w stanie wyprodukować niczego poza własnym zniewoleniem? Ludzie w istocie wciąż poszukują łatwego do przyswojenia zbioru prawd możliwych do uwierzenia. A tu Rzeczywistość i Nierzeczywistość zamieniają się miejscami. Bo przecież abecadło nie składa się z trzech krzykliwych literek, zdolnych co najwyżej do opisania własnej katolickiej pychy.

Szczególnie tam, gdzie stoją za nimi  dokonania dwóch kłamliwych klechów: Długosza i Kadłubka!

środa, 31 października 2012

CITROEN DS 19

Nie żyję wprawdzie aż tak długo jak kolumna dewota Zygmunta III Wazy, ale i ja byłem mimowolnym świadkiem i takich wydarzeń, które Historia mieć będzie w głębokim poważaniu:  nawet  Niemcy trzepali na Trakcie Królewskim swoje w czasie Powstania zagrabione dywany — i w ten sposób ostali się na kartach książki Jarosława Marka Rymkiewicza...

Otóż w poranek ów słoneczny, ja, wędrowiec młodociany i obdarty, na Nowym Swiecie w Warszawie, miałem spotkanie z limuzyną czarnego koloru. Był to citroen ds 19.
Przechodniów przypadkowych było mało, innych limuzyn nie było żadnych. I, wyobraźcie to sobie, byłem tylko ja na przejściu dla pieszych odmalowanym starannie.

Tak więc u skraju chodnika postanowiłem zaczekać, aż ten kosmiczny pojazd zbliżający się do mnie z dostojną prędkością przejedzie, a tu widać włączone zostały za łaską Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej — czyli ówczesnej Najświętszej Panienki Zawsze Dziewicy — wszystkie amortyzatory i hydrauliczne rozwory i receptory, bo pojazd zatrzymał się z pełnym namaszczenia kołyszącym się wdziękiem tuż przed pasami, i ręka z ekskluzywnym mankietem się wychyliła z bocznego okienka w łaskawym i przyzwalającym geście.

Podniesiony dumnie do takiej godności, polazłem przez jezdnię.
Za kierownicą citroena ds 19 siedział sam premier Józef Cyrankiewicz.

Jednak historia ta nie zakończyła się na Nowym Świecie.
Kilka lat póżniej moi znajomi w Paryżu zaprowadzili mnie do podziemnego garażu.
W kątku stał citroen ds 19, który chcieli mi darować za różne moje przysługi, i  obraz mój sygnowany zawsze tylko na odwrocie.

Nie przyjąłem tej darowizny.
A to dlatego, że citroen był niebieski!

21 września 2012

AUTOCENZURA

Andrzejowi Szubertowi

Ten postulat oświeconego dziennikarstwa i pełzającej w jego cieniu subtelnej propagandy — nader jest wciąż żywotny. Ot, tak delikatnie, dajemy taki znak, ażeby dla dobra i szczęśliwości ludu — który ma naszą troskę najprzystojniej we własnym tyłku — powściągnąć nasz trud poszukiwania  odpowiednich dla opisania sytuacji słów. (Wprawdzie ludek ten co jakiś czas gotów nam urządzić jakąś masakrę pod wizerunkiem Matki Boskiej i jej syna, koronowanego wbrew zapewne swoim intencjom na króla Polski: "Króluj nam, Chryste!"— powiada poplecznik takiego polskiego królestwa —"Zawsze i wszędzie" — odpowiada mu Iza Rostworowska, czyli Nasza Wolność Idąca Na Barykady). — Mamy się tedy wyrzec nie tylko własnej Duszy, ale i każdy ruch pióra na papierze ma być poddany szczególnym regulacjom. I to my sami mamy być własnymi nadzorcami.

Tak więc zawsze w dziejach, a szczególnie po każdym odnowicielskim przełomie, zawiązuje się towarzystwo wzajemnej adoracji, gdzie ich rzecznikiem jest jakiś przydupas, który naturalnie dla dobra polskiej literatury będzie nas kulturalnie namawiał na ratowanie naszego sumienia. I tu zacznie się niechybnie rozwodzić nad korzyściami, które naszej zniewolonej Duszy szczęśliwość niebiańską zapewnią. I, przy okazji, uchronią tubylczą ludność i wiarę naszą chrześcijańską przed unicestwieniem. Na końcu zaś takiego wystąpienia zmieści się jeszcze delikatna sugestia, że nasz upór może nam przynieść tylko o nas zapomnienie.

I tu złowrogi krzyż się ukazuje i niebieska gwiazda — bo pod takim znakiem znowu walą w piekielne kotły i bębny nasi dobroduszni, ożywieni jedynie katolickim duchem, rzekomi słowiańscy bracia.

21 kwietnia 2012

KAT W NIEBIAŃSKIEJ MASCE

Katolicy wciąż się chełpią, że stanowią ponad 95 procent ludności Polski. Liczba ta wprawdzie  niezbyt odpowiada rzeczywistości, ale sądząc po ilości przybytków katolickiej wiary i rzeszy klechów, można się zgodzić, że katolicyzm zdominował wszelkimi metodami słowiańskiego ducha. Logicznym więc będzie wniosek, że to właśnie katolicy są odpowiedzialni za doprowadzenie Polski do stanu śmierci klinicznej. Mimo to chcą pod zawołaniem: "aby Bóg czuwał nad ojczyzną" – znowu to dzieło własnego zaniechania i bezmyślności na sztandary wynieść i Ojczyznę naprawiać. Kiedy więc Polskę chce ratować taka Błękitna Armia, to przyjmuję tę zapowiedź jako znak złowieszczy.

Kiedy zaś krwiożerczy Polacy z Jedwabnego starali się w sadzawce przez dwie godziny odpiłować Ryfce głowę, nie mogli przypuszczać, że ta z takim trudem odpiłowana głowa będzie nadal żyła na polskim korpusie w patriotycznej i katolickiej wersji.

Ostatecznie nowe godło jest już gotowe – to błękitna Gwiazda Dawida wyrastająca z tkanek Polskiego Orła! (Projekt studia The League).
Taki oto znak (tymczasem dla potrzeb filmu izraelskiej artystki, reprezentującej polską sztukę na Biennale w Wenecji) podsuwa usłużnie niedobitkom Polan "sam" artycha Wilhelm Sasnal – tak jakoś od lat błękitnie niebiański wedle reguł pustynnych proroków!

Czyż więc można się dziwić, że polscy jeszcze piloci będą ćwiczyć swoje umiejętności w biblijnych przestworzach?

13 maja 2012

ŁZA BORSUKA

Szedłem dzisiaj przez Puszczę i nagle ziemia się zatrzęsła. Na wprost mnie galopował dorodny Borsuk. Stanąłem, aby nie przyprawiać go o palpitację serca związaną ze spotkania z ludzką Bestią, ale on zatrzymał się pięć metrów przede mną, wysikał się w spokoju i pognał w puszczańską gęstwinę. A tuż za nim nadbiegł drugi Borsuk, wysikał się w tym samym miejscu i pobiegł jego śladem. I w ten sposób stałem się świadkiem borsuczej namiętności.

Aliści przypomniał mi się inny Borsuk, umierający na asfalcie w mojej obecności.

Otóż nocą wyprzedził mnie jakiś wracający z dyskoteki samochód, czyli z prędkością nadmierną. I zaraz zobaczyłem w światłach reflektorów zaledwie poruszający się przedmiot na szosie. Zatrzymałem się tuż przed nim. Przede mną leżał oddychający spazmatycznie Borsuk.

Tymczasem do grona obserwatorów dołączyła także załoga tego samochodu, który Borsuka przejechał. Wszyscy byli zakłopotani. Bo Borsuk — niestety — żył jeszcze. Ale, wiadomo, koszty weterynaryjnej opieki wysokie są, i nikt nie kwapił się z pomocą. Tak więc sprawcy wypadku szybko się oddalili.

I oto pozostałem ja sam na szosie z potrzebującym pomocy Borsukiem. I zacząłem sobie także przemyśliwać nad kosztami i obowiązkami. Przecież Borsuk nie ma szans, i wystarczy, że go tutaj godnie pochowam.
I wtedy otwarło się na mnie oko Borsuka z tak bolesną wiedzą!

Borsuk — nasze sumienie!

30 marca 2012

niedziela, 28 października 2012

PRZY OGNIU W ZATOCE

Nie umieraj, mój Przyjacielu.

Ostatnie polano dogasa
Małych iskierek rój
W niebo się wzbija pół człowieka
Pół cienia...

...I każda inna, każda opuszczona
(Zatokę zakrywa jedwabna zasłona)
I każda jest szeptem...
Gdy z dzikich tych chmur
Zbliża się do mnie
Moje serce.

Dołóż choć jeszcze szczapkę brzozy
Nie chcę ich smutku.

piątek, 28 września 2012

FOTOGRAFIA W MUNDURZE LOTNICZYM

Napisałem kilka wierszy o upadłych aniołach
Zbudowałem okręt jak bajeczna Hispaniola
Z łatwością nauczyłem się gry na grzebieniu.

Służyłem w gwardyjskim pułku
Miałem czapkę jak dach zimowego kościoła
W ruletce wirowałem na blaszanym wieńcu. 

Chowałem szrapnel w usta
I dobosza białej skóry
(Odpadała od muru jak zaśliniona kalkomania).

Byłem poetą nubijskiego miasta
Które widzi siebie w przeciwległych zwierciadłach
I w rudych bezdrożach odwijało się moje ciało.

Jestem teraz sam
Bramy miasta
Otwiera niemy kinematograf.








wtorek, 18 września 2012

SWAROŻYC

Już tysiąc lat
Spoczywasz pod polskim dębem
Tak  dawno wyciętym
Na koła do wozu
Donikąd.

Ty, jako i my
Śmiertelny
Czasem
W przydrożnej kapliczce
Ocalony.

W moich wędrówkach
Po białych płótnach łąk
Nad Narwią i Wisłą
Twoja twarz tak zawsze błękitna
Pochylała się nade mną z zamkniętymi oczami.

Potem  tak niezdarnie
Tylko borsuczym pędzelkiem
Malowałem Twój duchowy portret.

Przed laty namalowałem taką twarz, która zrazu zdawała mi się autoportretem.
Jest już w Dziupli ten obrazek p.t. "SŁUCHAM..." z cyklu "Moja Ziemia".
Tedy go tutaj nie powtarzam. Ale też już dawno myślałem sobie po kryjomu,
że namalowałem twarz Swarożyca. I wreszcie jeszcze ktoś orzekł: To przecież twój Swarożyc!
Tedy o tym spotkaniu w Misterium Tworzenia jest ten wierszyk, z którego materią się mocuję.
Sława!

sobota, 14 kwietnia 2012

WIOSNA

Ulewa – jak pierwszy zapis kredy
Ulewa snu – Czerwony Kaptur
Rynnami biegniesz przez miasto.

Jaskółka zamyka gniazdo
Skrzydełkiem klonu
Latawcem lakmusowym.

A Ty
Między chmurami płyniesz
Niby gór falbanka odbita.


 "Czekam na Ciebie" – (fragment), gwasz
malował Błotniak z Bronnej Góry

sobota, 7 kwietnia 2012

ŁZA

Oto stoisz przede mną
Moja Łzo
Tak nieobecna.

Przybierasz czasem inną postać
Która w tobie się nie mieści.

Łzo
Nie mam nawet byle jakiej chorągiewki pod ręką
Biało-czerwonej
By zwrócić na siebie twoją uwagę.

Łzo
Przytul mnie do siebie.

Albowiem ty także
Nie możesz obyć się beze mnie.

środa, 21 marca 2012

SZLAKA PO POLSKU

Od granic wszelakich Rzeczypospolitej, ścielą się przez święte słowiańskie gaje widma tejże pradawnej Rzplitej zagłady. Dęby słowiańskie zmrużdżone, bogowie pogańscy wymordowani przez chrześcijan, koła dębowe do wozów dawno zgniły — tak jak gnije nam nasza, albo czyjaś i obca — Rzeczpospolita!

Tymczasem, dzięki uchwalonej przez maszynki do głosowania w roku 2006 ustawie, (Dz. Ustaw  Nr 75,  poz. 527 zm. Dz. Ustaw z 2008 roku Nr 235 poz. 1614) można — już całkiem bezmyślnie i bezkarnie, jak Polska długa i szeroka — zasypać Ją szlaką, czyli odpadami spalania węgla, z których utylizacją jest pewien problem, bowiem zawierają toksyczne i promieniotwórcze substancje. Wprawdzie w tej samej ustawie, na wszelki wypadek, wspomina się o konieczności spełnienia kilku warunków, ale któż by zwracał uwagę na takie dodatki, bo nie tylko można na przepchnięciu takiej ustawy godnie zarobić, ale i tubylczej ludności dać powody do radości. A radość ta ma wszelkie podstawy aby się utrwalić w zbiorowym amoku, albowiem taki np. dwutlenek siarki, będący jednym z głównych składników żużlu, świetnie rozpuszcza się w wodzie, tworząc kwas siarkawy. Dlatego szczególnie jest wskazane wysypywanie szlaki na podmokłe łąki i brzegi jezior, zaś bliskość studni i innych ujęć wody pitnej, umożliwi szybsze zapełnienie powstających jak grzyby po kwaśnym deszczu cmentarzy. Ten kierunek rozwoju gospodarki narodowej, gdzie polskimi orłami biznesu jest ksiądz i grabarz, znajduje oto swoje spełnienie.

Tak więc sypiemy ten ekologiczny gnój na nasze pradawne łąki i uroczyska, na nasze podmokłe brzegi jaćwieskich jezior — ażeby własną twarz zobaczyć. Bo tylko ona, nasza rodzinna maszkara, może nam zdradzić sens naszego na Tej Ziemi istnienia.
Kiedy więc pan Gerwazy w samobójczym geście protest wznosi, to prawie wszyscy mają go za półgłówka.

Bo też trudno ustrzec się przed taką kwalifikacją, gdy nawet w polskim parku narodowym  gospodarują dwaj przemyślni polscy bogowie: wandal i imbecyl — rozgrzeszeni przed konfesjonałem!

wtorek, 28 lutego 2012

ŻYCIE PO ŻYCIU

Życie w teatralnym bufecie wyraźnie zdycha, gdy manifestacja rzadkiej wśród intelektualistów i Artystów solidarności zmierza do ocenzurowania nawet zwolennika cenzury — w najbardziej świetlistej postaci — wymiatając przy okazji swoim cenzorskim ogonem pachnący świeżonką wątek: prawdziwa to bufetowa świeżonka! A przecież od dawna wiadomo, że Belzebub pożera również własne dzieci.

Daje się także zauważyć ogłoszona w trybie nagłym mobilizacja pozostających dotąd w magazynach szmacianych kukiełek, których głosy zdają się imitować orkiestrę grającą bez instrumentów. Odtwórcom zaś różnych ról, zaczyna wyraźnie doskwierać atmosfera spektaklu granego przy pustawej sali. I z mroku wyziera tylko papierowe Monstrum Cenzora o jakże wielu obliczach.

W innym zaś bufetowym teatrzyku odbywa się premiera sztuki "Chwalebna Historya Dwudziestu Lat Wyrywania Chwastów" — w reżyserii Agnieszki Holland i Adasia Michnika — na ten przykład. Ta długoletnia akcja oczyszczania polskiej kultury ze zbędnych elementów, dała tak znakomite rezultaty, że nawet aktorzy obsadzani zawsze tylko w głównych rolach, ogłaszają z bolesnym zdumieniem swoje wyroki.
Jak wtedy, gdy w lutowy dzień 1953 roku, za murem mokotowskiego więzienia, mordowano bez nazbyt wielu słów polskiego generała Augusta Emila Fieldorfa, który nakazał — w czas niemieckiej zbrodniczej okupacji — wykonać rozkaz likwidacji kata Warszawy Kutschery. I oto dzisiaj Jego kaci i ich mentalni spadkobiercy ukrywają się za swoją skrywaną  tożsamością, nazywając polską pamięć "rasizmem, ohydą i podłością",

Jak wtedy, gdy Artyści i Pisarze tworzyli nowe dzieła — wpychając knebel torturowanej Polsce! Jak wtedy, gdy do dobrych manier zaliczano eliminację tych Artystów, którzy mieli wstydliwe skrupuły. Albowiem do dziś z szczególnym wdziękiem pląsa sobie taki oto pogląd, że ludzka nikczemność może być rozgrzeszona przez boskie dzieło. Tak więc knebel w ustach albo piasek w oczodołach nie są dobrą rekomendacją.



wtorek, 21 lutego 2012

JAPOŃSKI DRZEWORYT

Nad rzeką Uchi
Na skraju lasów Suijin
W wiosce Sekiya
Żył Utagawa Hiroshige
Wśród kamieni i mchów
Pędzelków i czarnego tuszu.

Mijały lata wśród koników polnych
Wciąż tą samą ścieżką
Chodził ksiądz Twardowski.

Od czasu do czasu
Na gościniec
Wychodziła posępna zbroja.

Mrugało oko u ugiętych kolan.

Wokół biegały łzy
Jak źrebaki nad Wisłą.

Dwór w Głuchach milczał
Jak przystało na Poetę.

 

"Błotniak w Zbroi Posępnej" — szkic do dekoracji

sobota, 18 lutego 2012

NAUKA PERSPEKTYWY

Słowo nigdy nie miało oblicza
Więc i nie miało zasłony.

Słowo było światłem
Lecz światłem zgaszonym.

Koła słowa toczyły
Nieme młyny mieliły.

Nad równiną zwisała
Noc zdawkowa.


"IN STATU NASCENDI" – gwasz
malował Błotniak z Bronnej Góry

sobota, 4 lutego 2012

ZIMA POLSKA

Zimą ospałą, do chmur dojrzałą w białych bluszczach
Gdy dzień przed dniem rozwija świtanie
Wejdź do mego Domu, gdzie za kotarą
Jest białe miejsce po ogniu już zbytecznym.

Zimą ospałą wozy podróżne
Miedziorytnik blachę na niebo napina
Trumiennych widząc złote szeregi
Gdzie pole — kołysząc się — widnokrąg pełniło.

Tu, u stóp piastowskiego zamczyska
Na tych śmiertelnych białych poduszkach
Tlą się nasze prochy.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

RYMOWANKA ZIMOWA

Widzę ciebie, jakbym słyszał
Znakiem ocalałym z trwogi
Dziś już pełna – jutro pusta
Ja sam – w brzeg ptasiego płótna
Słyszę kroki...
Więc rozdmuchaj mnie już dzisiaj
Moja Zimo biała, wierna
Swym dmuchawcom dodaj tchu
Niech popłynę w biały bezmiar
Tak jak w lodzie płynie lód...
– Sufit płynie w trąbce słonia
Sny zamknięte w biały wór
A za oknem Zima czarna
Opuszczona.

BAL W OPERZE

Dramat w dwóch aktach

Osoby:

OFIR LAVIE izraelski tancerz, solista Polskiego Teatru Tańca, przybyły przed rokiem do Polski.

ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERINzastępca dyr. Teatru Wielkiego w Poznaniu, matka żydowskiego dziecka uczęszczającego do przedszkola i żydowskiej szkoły Fundacji Ronalda S. Laudera.

WOJTEK SZAJSTEKpracownik dekoratorni, kuśnierz z zawodu i miłośnik wędkarstwa, widmo Adolfa Hitlera.

ALON SIMHAYOFFattasche kulturalny ambasady Izraela.

MICHAŁ ZNANIECKIdyrektor Teatru Wielkiego w Poznaniu.

STATYŚCIdziennikarze i głosy ludu.

AKT I

Jest 9 listopada 2009 roku. Scena Teatru Wielkiego. Trwa próba "Alexanderplatz". Uroczysta premiera przewidziana jest na 11 listopada, Święto Niepodległości. W oddaleniu nad stawem posąg konny biały.

OFIR LAVIE – Cóż ja widzę, tam, za kotarą! Adolf Hitler patrzy na mnie! Straż! Aresztujcie tego drania, wyrwijcie mu te kły i obetnijcie mu ten wąsik! Ach, ja tańczyć już nie mogę! Słyszę zewsząd jakieś podniesione głosy...  te polskie obozy...

ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERIN – Jakie głosy, kto mnie wzywa! Tańczyć trzeba, ale ja tę próbę zrywam!

OFIR LAVIE - (Łykając kolejny proszek) – Kto ty jesteś nędzna pani! Ja przez taniec swój wyrażam narodu mego wielkość. Nie pozwolę! Nie pozwolę twemu "pieprzonemu narodowi" kalać tej wielkości! "Ten cholerny naród"...

ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERIN – "Ty pierdolony Żydzie!"

OFIR LAVIE – "Ty pierdolona nazistko!" (Rwie się do rękoczynów, ale zostaje powstrzymany)

WOJTEK SZAJSTEK -– Komuś tu puściły nerwy. Ja zniewagi nie wybaczę. Ludu! Broń honoru swego! Kościuszki maciejowicka szabla teraz w naszych rękach! (Zdejmuje czarne ubranie i przebiera się w białą powłóczystą szatę albo odzienie Wernyhory – albo mundur polskiego generała, wynajętego do brudnej roboty).

OFIR LAVIE – Kto tu krzyczy!? Ja poskarżę się gdzie trzeba! Ambasada Izraela bronić będzie mnie! Cały świat musi to usłyszeć! (Wrzask) Antysemityzm! Antysemityzm! Antysemityzm! (W tle płaczą tancerki, bo to wyssany z mlekiem matki, jakże polski antysemityzm, wyśpiewany przejmująco przez Pawła Śpiewaka). – Largo!

AKT II

W ambasadzie izraelskiej światła palą się przez całą noc. Obraduje sztab szybkiego reagowania na przejawy polskiego złowieszczego antysemityzmu. Skarga żydowskiego tancerza wzbudza też popłoch w Ministerstwie Zaprzaństwa Narodowego. Sam Minister doznaje sraczki umysłowej i znika w swych prywatnych apartamentach. W pobliskiej synagodze nieznani sprawcy podpalają drzwi. Ktoś oblewa farbą nagrobki na żydowskim cmentarzu. Na tramwajowych przystankach pojawiają się napisy "Żydzi do gazu". Pan Alon Simhayoff zwołuje konferencję prasową. (Wstęp tylko za imiennym zaproszeniem). Była już pani dyrektor przytula swe żydowskie dziecko... Dyrektor Znaniecki zmienia mokre gacie. Posąg konny biały znika dla świętego spokoju w ciemnościach.

ALON SIMHAYOFF – Tego już za wiele! Nie będzie nam jakaś Polka pluła w twarz! My tym zainteresujemy się!

ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERIN – Ja przepraszam. Mnie wybaczyć trzeba. Tańczyć umiem też. (Zaczyna w rytmie poloneza, ale po chwili kołysze się jakoś inaczej).

ALON SIMHAYOFF – Kto powierzył ci tę rolę? (Grzmoty). Kto twe dziecko natchnął myślą złą? Nienawiścią jakże polską! (Grzmoty i wichura).

ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERIN – Ja starałam się jak mogłam. Ale on mnie zamordować chciał. Dziecko moje sierotą by zostało. Bo przecież nie miernotą. (Posąg konny biały na chwilę wynurza się z ciemności, ale po chwili zniechęcony znika powtórnie).

DZIENNIKARZ – Oto nasza polska prawość! Hańbą okryliśmy się! (Lud wzburzony chce stawiać szubienice, ale nie wie jeszcze dokładnie dla kogo).

MICHAŁ ZNANIECKI – Ja tę panią wyrzucam na bruk! Ona ubliżyła mnie. Nie ma dla niej kary. To jeden Jahwe wie. (Znów zmienia mokre gacie, trzęsie się cały z zimna i wiatru przenikliwego. Słychać tupot nóg podchorążych).

ALON SIMHAYOFF -– My badamy. My za nic tak poważnej sprawy nie oddamy. (Ukazuje się rabin  Joskowicz z palcem karzącym).

MICHAŁ ZNANIECKI – My z Gminą Żydowską współpracujemy. Przy jej pomocy "Brundibana" realizujemy. Nie może, ach, doprawdy nie umiem tego wyrazić... nie może (Powstrzymuje czkawkę), nie może mnie reprezentować antysemita tak zwyrodniały.

KODA

Ciemne chmury podświetlone migającym reflektorem spowijają scenę. Wojtek Szajstek wybiega z dekoratorni i dramatycznym gestem łamie wędkę. Szable spadają z rumorem ze ścian. Król Jan Sobieski sam zamyka  za sobą wieko swojej ciasnej trumny. Wkrótce posąg konny biały  występuje w niepodległościowej paradzie, by po tej patriotycznej manifestacji odjechać do rzeźni. 
Jest 11 listopada, Święto Niepodległości!
Polski Teatr Tańca z żydowskim solistą!

Na cmentarzu w Krzywopłotach trwa jeszcze pod mchem zapomniane epitafium; jeszcze czułym dotykiem ręki odczytać je można. W nieodległym zamczysku zapadają się ściany... Między Kluczami a Wolbromiem, na Piastowskim Szlaku, w dniu 11 listopada, powiewa jedna polska chorągiew.

30 listopada 2009




sobota, 21 stycznia 2012

MICHALKIEWICZ NA KOŹLE

Ten mój Gerwazy sprowadza na mnie same zgryzoty; gdzie tylko dzioba otworzy, zaraz skandal wywoła!
Jak cytowany przeze mnie tekścik w dawnym teatralnym bufecie umieścił, to w niedługim czasie powstał tam taki ferment, że i niebawem doszło do samozagłady tego teatralnego umysłowego imperium. Wprawdzie mam na Gerwazego pewien wpływ, ale nie mogę przecież wszędzie za nim latać i dzioba jego pilnować!

I tak znowu polazł ten jegomość na forum, które dodatkiem do kożucha publicystycznej działalności Stanisława Michalkiewicza jest. Kożuch ten, prócz tego, że zdaje się robić trochę bokami — aby nie podpaść pod definicję falsyfikatu — wyraźnie jest jednak zaatakowany przez insekty, bowiem noszony na każdą okazję, nie ma nawet czasu, aby poleżeć sobie spokojnie w szafie nakryty choćby gałązkami bagna i przysypany naftaliną. Ten używany przez nasze babcie środek ma dobroczynne działanie dla wszelkich twórców w walce z upływającym czasem, który jakże często sprowadza dawne nadmuchane przez różne okoliczności wielkości do stanu równowagi.

W tym to zgromadzeniu i ja kiedyś swoje krzywe literki ustawiałem – tylko pod swoim błotnym imieniem - i doznałem tam takiej satysfakcji, że nieporadne moje teksty zyskały aż tak wielki aplauz wśród innych wybitnych "pisarzów" i ukrytego zmyślnie cenzora, tak nie były godne wszelkiej uwagi i polemiki, że nieboraki nie widziały innego wyjścia, jak ich unicestwienie i jakże twórczą prostacką manipulację.

Ma ten wypadek przy pracy kilka dodatkowych aspektów, które warto może by było rozwinąć, ale najbardziej zaprząta mnie w tej chwili skala determinacji, z jaką różne insekciki zagnieździły się w gniazdeczku jak najbardziej patriotycznym.
A i to jeszcze moją uwagę zaprząta, czy pana Stanisława Michalkiewicza jakieś nieznane siły posadziły na kozła niedawnymi czasy, czy on już tego kozła od dawna dosiada...?

3 lipca 2010

czwartek, 12 stycznia 2012

ARS POETICA

 Stanisławowi Grochowiakowi

Kiedy przychodzę
Zamieniam słuch na głos
I w rękach ściskam
Blaszki zimowych wartowni.
Nikt nie może mnie rozpoznać.
Wchodzę
I widzę siebie w tym samym pokoju
Jak niegdyś
W płonących korytarzach
Gdy zamykałem się w kuferku
Z przeźroczami.
I wszystko jest jak w dzieciństwie
Gdzie koń był
Podbiegunowy
A moja twarz blakła o świcie
W szkiełku wygasłej latarni.

(To jest jeszcze mój "dziecinny" wierszyk, który zadedykowałem przed laty Stanisławowi Grochowiakowi, ale nigdy nie ośmieliłem się podać go do druku z tą dedykacją. Wciąż Grochowiaka chcę pomieścić w moim "Błotnym abecadle", ale i wciąż serce mi zanadto bije... Tedy, dla ułomnej pamięci, zapodaję poniżej linoryt mój malowany, który dedykowałem Józefowi Gielniakowi – a tenże miał, tuszę, specjalne miejsce w sercu Stanisława. Ot, taka zaledwie sygnaturka... Bo któż dzisiaj chce pamiętać o Gielniaku i Grochowiaku, gdy tak niezłomnie idziemy w zaparte, że unicestwianie Rzplitej nie odbywa się za naszym udziałem i przyzwoleniem.)

 

"SYGNATURKA – pamięci Józefa Gielniaka" – linoryt malowany
malował Błotniak z Bronnej Góry