BŁOTNE ABECADŁO

piątek, 24 grudnia 2010

DOM NA POLESIU

Stoi na pagórku
Do wrót podwórza wspina się wilgotna łąka
W Domu chłopięca kryjówka
Tajemna ciemność kufra
Wyziębły niebieski pokój
Piec poczerniały
W pościeli bagno
W intarsjach szafy
Koń wspina się drewniany
Dymią jego chrapy
Stuka kopyto.

Wchodzą wszyscy
Tylko trochę bledsi
Trochę zmęczeni
Ktoś stawia figurę
Matka Boża w oknie
Poprawia zmokniętą suknię
Płonie stół pod lampą
Z pianina wylatują liście
Trzaska koperta zegarka we wnętrzu surduta
— Nawałnica już przechodzi
Powiada dziadek Łukasz cicho.

Bronna Góra,
w pażdzierniku roku 1996

Błotniak z Bronnej Góry

GOŁĄB

       Tego gołębia znalazłem na miejskich schodkach przy gwarnej ulicy. Kiedy mnie zobaczył, przytulił się przerażony do murku. Zatrzymałem się, by mógł spokojnie odlecieć. Ale gołąb nie odlatywał, wciąż przerażony. Podszedłem do niego — dał się bez oporu wziąć na ręce. Skulił się i zamarł. Byłem akurat w podróży i zupełnie nie wiedziałem, co mam zrobić. Ale też zaraz przypomniały mi się kuny grasujące tu już o zmroku i wypasione koty. No i ta ulica pełna samochodów... Włożyłem gołębia do tekturowego pudełka i pojechaliśmy.
      Mój znajomy hodowca gołębi orzekł, że gołąb ma podcięte skrzydła, więc latać nie może. Wyrwał mu te kikuty i zalecił cierpliwą opiekę, jako że piórka miały odrosnąć. Przy okazji okazało się, że mam do czynienia z gołębią niewiastą, więc otrzymała imię Froda. I tak Froda stała się członkiem rodziny.
      Na początku nie było łatwo. Froda dziobała wszystkich w rozpaczliwej obronie i nie dała się nikomu dotknąć. Z moją ręką oswoiła się najszybciej i już niedługo zaczęliśmy naukę latania. Kiedy poczuła moc w swoich skrzydłach, znikała nawet na cały dzień. Chodziłem wtedy po okolicznym gaju wołając do niej, bo dla ptaków drapieżnych była ponętną zdobyczą. I kiedy ją pewnego dnia odnalazłem, kiedy sfrunęła do mnie z wysokiej brzozy, gdy zaczęła muskać swoim dzióbkiem mój policzek, poszliśmy na zamarznięte jezioro na dalszą naukę latania.

      Froda wciąż za mną tęskni, wypatruje mnie wszędzie, skąd usłyszy mój głos. Kiedy mnie widzi przylatuje do mnie. Czasami nawet przylatują do niej dzikie gołębie, ale Froda nie odpowiada na ich hukanie. Froda uczy mnie rozumienia swojej ptasiej mowy i bardzo się stara rozumieć moją. Najszybciej nauczyła się swojego imienia, i to w kilku odmianach. Ma wielką potrzebę czułości i uwagi, ale też sama jest niezwykle opiekuńcza.
     Froda niewątpliwie posiada ptasi móżdżek, którego ludzie fałszywym wyobrażeniem — pełnym zarozumialstwa i pogardy dla naszych Mniejszych Braci — umyślili sobie nazywać własne umysłowe przypadłości, więc Froda nie mieści się w definicji napisanej przez ludzi empatii.

Błotniak z Bronnej Góry

czwartek, 23 grudnia 2010

ELEGIA NA ŚMIERĆ WIEWIÓRKI

Na Syberię szli powstańcy
Listopadowi
Styczniowi
Czasem za nimi w czarnych kolasach
Jechały żony
Z zagrabionych majątków.
Panowała żałoba
Nikt nie śmiał podnosić głosu
Czarna krepina i wstążki
U kapeluszy
Powiewały nad Wisłą
Nad Niemnem
Nad Szczarą
Nad stawem dworskim
Zasypanym liśćmi.
W stajniach jaskólki umierały z tęsknoty
Konie unosiły ukradkiem kopyta do oczu.
A tam, na Syberii
Malutkie wiewiórki
Czekały na polską gościnność
Na ciepłą dłoń dziedziczki
Na polską sosnę i bieriozkę
Na wieczorne wspomnienia babuni
I konfitury poziomkowe.

Dzisiaj burunduk umiera mi
W zakątku mojej dłoni.
Chylą się sztandary
Pałasze wirują w słońcu
Słychać fortepianu zerwane struny
Na Krakowskim Przedmieściu.
Dzisiaj wracamy do twojego kraju
Moja malutka syberyjska wiewiórko.

Bronna Góra — 12 sierpnia  2007


wtorek, 21 grudnia 2010

WILIA

Podobno już ponad tysięczny raz świętujemy te narodziny w obecności Wołu, Osła i Owieczki. Innym zwierzętom nie było dane dostąpić tej łaski.  Niewiele to w istocie znaczy, bo na co dzień i tak zapominamy o wszystkich naszych Mniejszych Braciach, tworząc z ich ciał i dusz bezlitosną Barbarię.
Kiedy więc przyjdzie czas, gdy zwierzęta naszym ludzkim głosem przemawiają, mówią — także w tonie skargi — nie odważmy się ich głosom przysłuchiwać.
U Sarmatów był wręcz obyczaj uszanowania tego czasu szczerości, bowiem własne sumienia też trzeba było jakoś ratować. A więc za podsłuchiwanie zwierząt w Noc Wigilijną jedna była kara. A że ze śmiercią nikt tańcować nie chciał nawet po pijaku, to i zwierzaki mogły sobie swobodnie porozmawiać.
Pójdźmy więc z dobrą nowiną do stajenki, do naszego psa, kota albo wiewiórki — zanim wybije północ.

Ryk osła brzmi dla Polan nazbyt dumnie! 

2001



malowała Błotniaczka

niedziela, 19 grudnia 2010

FELIETON ŚWIĄTECZNY


Na tej  kapliczce z Chrystusem Frasobliwym jeszcze nie wszystkie zwierzęta przychodzące i przylatujące do kapliczki zostały wymalowane. Brakuje klempy z synkiem, bobra, dzika, wiewiórki... ale pewnym jest, że ten Chrystus — przemieniony Słowianin, tak boleśnie zasępiony, nie jest już sam.
Bo przecież to ludzie skazali Go na takie osamotnienie, składając na Jego wątłe ramiona nadmierne ciężary swoich win i zbrodni, prosząc w dodatku o ich odkupienie i zanosząc przed Jego oblicze wciąż nowe prośby, obarczając Go odpowiedzialnością za ich niespełnienie.

"Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie!" - śpiewamy dzisiaj. (Jak gdyby to on nam ją odbierał).
Ale, jak trzeba było, adresatem tej proszalnej pieśni uczyniliśmy cara Aleksandra I, przyjaznego wprawdzie Polsce, ale nie pretendującego przecież do bycia Chrystusem, więc takie  polskie obłąkanie też wypada przypomnieć.


— JPan Alojzy Feliński, natchniony pieśnią "God save the King" (Boże, zachowaj króla), pisze naszą narodową pieśń.
— JPan kapitan Kaszewski z czwartego pułku piechoty robi do tego hymnu stosowną muzykę.
— Jego Cesarzewiczowska Mość W. Xsiążę Konstanty raczy wyrazić ukontentowanie swoje.
Jest zaledwie rok 1816...
A Polanie śpiewają:
"Przed twe ołtarze zanosim błaganie
Naszego Króla zachowaj nam Panie!"

A więc zaprzaństwo i bezmyślne korzystanie z daru życia, unicestwiające wszelkie bezinteresowne dusze i akty miłosierdzia. Powtórne uśmiercanie, zabijanie, mordowanie... jako akt najwyższej woli i troski o dobro wspólne.
Hekatomba, jako panaceum na znikczemniałe zbiorowe sumienie!

Tedy w tych dniach, gdy zgodnie z tradycją mamy świętować Boże Narodzenie, pomyślmy i o naszych Mniejszych Braciach, których tak przemyślnie bez litości mordujemy, interpretując w ten szczególny sposób tak nam chwalebnie zalecane: "Czyńcie sobie ziemię poddaną".

I zabijamy naszych Mniejszych Braci tylko po to, żeby się zwyczajnie nażreć! 

18 grudnia 2006

Błotniak z Bronnej Góry

sobota, 18 grudnia 2010

STAN WOJENNY

      Gdyby mnie ktoś zapytał, choć nikt nie ma takiego zamiaru, co było moim najbardziej dramatycznym w owym czasie przeżyciem, musiałbym odpowiedzieć, że bardzo sobie szanuję ten czas, gdy 17 stycznia 1982 roku byłem jedynym pasażerem pociągu do  Suwałk. Cóż to za rozkosz, gdy kierownik pociągu tylko na nas ma takie czułe baczenie, a wzmocnione uzbrojone posterunki czuwają nad naszym tylko bezpieczeństwem. Naturalnie w wojskowej komendzie  w Warszawie uzyskałem już wcześniej odpowiedni dokument, który mi na taką podróż zezwalał w ściśle ograniczonym czasie. Ta moja wyjątkowo haniebna postawa do dzisiaj nie daje mi spokoju i co rusz się objawia w różnych patriotycznych manifestacjach, bowiem nie sposób się doszukać żadnego wiarygodnego świadka moich prześladowczych zimowych bojów w obronie Ojczyzny — bo albo wszyscy siedzieli już w internatach, albo byli na nartach.

      A śniegu na ulicach w Suwałkach było wtedy dwa metry i fajnie się tam chodziło, mając na względzie ezoteryczne spotkanie w tym śniegowym tunelu aktorki Felliniego, która w jakimś filmie zanadto podciągnęła do góry sukienkę, co marszczenie Freda po różnych urzędach, jednostkach wojskowych i pustych stacjach benzynowych — nawet w tak dotkliwym czasie zimowej narodowej klęski — umożliwiało. Jednak i to trzeba jeszcze dopowiedzieć, że ta Felliniego ladacznica i piersi odkryła, co było już dla zamrożonych  suwalszczan jak lot do Bieguna Południowego na nadmuchanej prezerwatywie.

      Ja w każdym razie, po tak zdradzieckim wyczynie kumania się z wojskową juntą, nikomu nie śmiałem spojrzeć prosto w oczy i starałem się szybko opuścić to gniazdo międzynarodowej rozpusty. Do oblodzonej tedy taksówki wsiadłszy, z której zwisały wielkie lodowe sople, kazałem się wieźć drogą ku sowieckiej granicy, starając się rozeznać po drodze dyslokację naszych dzielnych wojsk. Już na skraju miasta zatrzymał nas posterunek wojskowy uzbrojony w czołg  i baterię przeciwlotniczą. Po rewizji w poszukiwaniu broni i nielegalnych trunków i druków, mających nadwątlić ducha wyzwoleńczej armii, udało się nam pojechać dalej.
Dużo dalej jednak się jechać nie dało, więc wysiadłem przy lesie, bo potrzebowałem duchowego wsparcia.
      Patrzę, a tu żadnego człowieka, ufortyfikowanego wroga też nie widać, tylko ślady saren, łosi i zajęcy, nie mówiąc o dzikach, lisach, kunach i jeleniach. I ta cisza bezmierna. Więc sobie idę. Śnieg coraz głębszy, wprost po pachy. Drogę Bóg zasypał niemiłosiernie. Ale on przecież zawsze wie co czyni.
      Tak i do Puszczy zbaczam, bo Puszcza, myślę sobie, zawsze mnie jakoś przytuli. Nie jest to tak nietrwałe, jak zakusy przypadkowej jakiejś białogłowy, która nas chce interesownie wymodliszkować. Tak więc się skuliłem pod jakimś wykrotem i noc postanowiłem przeczekać, bowiem czekała mnie jeszcze przeprawa przez okopy z II Wojny Światowej, gdzie jednak mogły na mnie czychać jakieś bojowe oddziały.
      W nocy — mimo mojej gotowości do poświęceń — coś mnie podstępnie podrzucało i chropało, ale ja tam ufności swojej tak łatwo się nie zbywam. 
      O bladym świcie nie byłem zdolny do żadnej ze sobą konwersacji, bo mi dupa do sosny mocarnej przymarzła. Więc się wiercę, sośnie ubliżam, żywoty grzesznych świętych na pomoc wołam, własne dokonania  w przedśmiertnym wspomnieniu przeklinam.
      I oto wychodzi do mnie Pani Zimowa, która obiecuje mnie uwolnić, ale i potomka mam jej zostawić. 
     Jakże tu odmówić niewieście! Tedy potomka mimo mrozu czynię, i w podskokach jakiejś ciepłej chałupy szukam. A tu znowu wilcy na mnie spoglądają swoimi krwawymi ślepiami. I ja już im nie dotrzymał, tylko zaczął zwiewać gdziekolwiek. Okopy więc też w mig zdobyłem. I  tak lasami, dokładając niemiłosiernie drogi, dotarłem do ludzkich domostw.

      I tam, zaraz na rogatkach dość wyludnionej wiejskiej metropolii, gdzie zaledwie kilka chałup sterczy, natknąłem się na płot w metrowej zaspie. Tuż nad granicą wiecznego śniegu, na zmurszałych drewnianych sztachetach, wisiało przybite pracowicie gwożdzikami z papierowami podkładkami — żeby to ino go wiatr nie zerwał — obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego na obszarze Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

Błotniak z Bronnej Góry

poniedziałek, 13 grudnia 2010

KOMUNIKAT

W grudniu nasze dzielne wojska zajęły cały kraj.
W głębokich śniegach ufortyfikowały się dywizje.
Kampania zimowa przebiegała prawie bez zakłóceń.
Pociągi jeździły bez pasażerów. Generałowie uchodzili wciąż
za dobrych strategów. Żołnierze padali od przeciągów.
Z kart książek pobrzękiwały ostrogi, karabiny ustawiano
w kozły, husaria cwałowała po zamarzniętych stawach;
Najświętsza Panienka zamykała oczy zabitym na obrazkach Grottgera.

Na głębokich tyłach ludzie oddychali z ulgą. Nadciągały
spokojne czasy. 

Bronna Góra — w marcu 1982

 

DO ANTONIA MACHADO

Czy już odszedłeś
Biały rumaku
Malowany koniu
Czy falą światła przebiegłeś
I w marszu cieni złożyłeś kości —
Koniu
W rumaku malowany
Z tekturowym siodełkiem
Z gazetowym jeźdzcem
Z kopią —
Koniu malowany
Popielnicowy koniu
Pozostawiony na łasce wyobraźni.

Błotniak z Bronnej Góry

OGŁOSZENIE Z PRZESZŁOŚCI

Szukam konia achałtekińskiego, najlepiej odsadka!
W ten kupiecki sposób chce się zapewne moja słowiańska dusza po tamtej stronie ukryć. W lasku smoleńskim przycupnąć. Na rozbitym skrzydle poranną mgłę smoleńską zawiesić. Na drodze smoleńskiej Okudżawy głos wskrzesić.

Przecież nie bez powodu mój dziadek Łukasz służył w carskim 489 Rybińskim Pułku.
Zegarek Pawła Bure dostał (pastawszczik dwora jewo wieliczestwa) i Krzyż św. Jerzego — za wyprowadzenie oddziału z okrążenia. W zegarek uderzył odłamek i Łukasz przeżył.
Ostróg wszelako Łukasz starał się nie używać, chyba tylko do fotografii, bo tkliwość miał dla koni. Za dowód pozostawił mi mosiężną misę, w której odmierzał owies dla swojego rumaka. Szabli też dobywał jeno w konieczności, bowiem ręka z sygnetem, na którym orzeł na biało-czerwonym tle zamarł, nie była dla tej szabli dobrą protekcją.
W okopach, jakże często, słychać było polskie przekleństwa i zaśpiewy, i rosyjskie pieśni.
A tuż obok, z innych dołów, wstawał mglisty poranek, gdzie głosy wszelkie na zawsze zamilkły.
Zaraz potem, na skraju ciemnicy, bolszewickie hordy zaczęły zaganiać tabuny także achałtekińskich koni, potrzebnych dla konnej armii, która zalała ziemie odradzającej się Polski.
Krzyż św. Jerzego gdzieś się zapodział jeszcze w II Rzeczypospolitej — choć przetrwał na mundurze Łukasza w sepiowej petersburskiej fotografii — ale zegarek ocalał i odmierza mi czas powtórnie.

I teraz patrzy na mnie ze starej fotografii mój dziadek Łukasz, na szablisku się wspiera, na zegarek Pawła Bure w skórzanej oprawie wskazuje, popiół ze szklanej lufki strzepuje, brzytwę przed goleniem na wojskowym pasie ostrzy.  Patrzy na mnie i lekko się uśmiecha, i stuka do mnie swoim kopiowym ołówkiem.
Za Jego plecami pochyla głowę achałtekiński koń.

Koniu mój, popielnicowy koniu
Achałtekiński koniu!

Zanieś mnie tam...

Błotniak z Bronnej Góry 



środa, 8 grudnia 2010

PRZEDMIOT POZOSTAWIONY NA ŁASCE WYOBRAŹNI


"PRZEDMIOT POZOSTAWIONY NA ŁASCE WYOBRAŹNI" - ołówek i gwasz
malował Błotniak z Bronnej Góry

ASFALT W MUZGÓ

       W czasie tropikalnej gorączki wyborczej, tej epidemii malarii prawdziwej, której ofiarą stał się także bywszy prezydęt, co najbardziej widomą oznaką katastrofalnego ocieplenia klimatu jest, ludziska jako tako zawieszający swoją uwagę na jaskiniowych metodach walki na ościenie, starają się też czasem całkiem na serio odróżnić i właściwie odczytać slogany i komiksowe pismo obrazkowe dla analfabetów, starające się w swym posłaniu trafić do ich kapryśnego ośrodka woli, którego spełnieniem jest ręka z odpowiednią kartką wyborczą w urnie; także ręka odcięta od korpusu z głową, jako zbędnym przydatkiem. Urna zaś w powszechnym odczuciu jest godnym miejscem, gdzie nasze prochy czekać będą na Zmartwychwstanie.
       Jest więc to naczynie mimowolnym elementem ekspresji układu choreograficznego szykującej się do występów koalicji Hetki z Pętelką. Przy czym najbardziej wyrazistym postulatem jednego z ojców wciąż osieroconego narodu jest wołanie o koalicję wszystkich ze wszystkimi i stworzenie po demo-wyborach kongresu zjednoczeniowego wszelakich partii dla powołania PZPR (Polskiej Zjednoczonej Partii Robali). Naturalnie dla dobra Polski, bo tymi pakułami zapychają sobie usta wszyscy: po wygłoszeniu sepleniącej tyrady wygłaszamy tę formułkę wyuczoną uprzednio na pamięć i nikt już z czystym sumieniem podskoczyć nam nie może. I ja ten scenariusz popieram i, mocą swego pióra wyrwanego własnoręcznie z okolic gwizdawki, do realizacji kieruję. Nie bez drobnej uwagi wszakże. Bo czyż takie majsterkowanie przy duchowym dziedzictwie Sarmatów nie obraża na tyle mojej ptasiej inteligencji, bym i ja - wzorem sztabowych choreografów i konferansjerów - jakiegoś programu naprawy Rzplitej sklecić nie umiał?

       Otóż pierwszym punktem mego programu politycznego jest likwidacja wszystkich polskich parków narodowych. A to dlatego, że z racji swojej rzekomo cennej przyrody i krajobrazu, które rzekomo tylko są dziedzictwem polskości, narażone są parki szczególnie na unicestwienie. Gdy nie będą już tym dobrem narodowym, powstrzymana zostanie w sposób naturalny ich degradacja poprzez szczególną wolę ich upiększania. Ja sam terminuję u Stwórcy już długie lata i widzę na przykładzie Wigierskiego Parku Narodowego, jak upiększamy Jego dzieło. Idę tutaj w ślady Jana Gwalberta Pawlikowskiego, który już blisko 100 lat temu nawoływał do podobnego upiększania Tatr poprzez ich urbanizację. A więc budowę nowych osiedli, hoteli i miejskiej infrastruktury, gdzie podstawowym budulcem jest asfalt i beton. Kiedy więc w  Parku Narodowym powstają następne skupiska budowlanego chciejstwa, bo przecież chcemy, a jakże, żyć w nie skażonej przyrodzie, z dala od zgiełku, spalin i zabetonowanego krajobrazu - zaraz też za nimi tęsknimy i chcemy zalewać asfaltem dzieło Stwórcy, ażeby nam się tyłki nawet na drobnych ekologicznych wybojach nie trzęsły i naszych metalowych kapliczek amortyzatory i przeguby szczególnej bożej opiece i modlitwie powierzyć pragniemy, za nic mając żyjące tutaj dinozaury i błotniaki.
       Ze smętkiem myślę sobie, czemu to Bóg tak mnie doświadcza, wysyłając wciąż w różne miejsca, gdzie moją powinnością jest narażanie się wszystkim, aby Jego wolę wypełnić świadectwem mego nędznego żywota i sen błogi moim bliźnim bez żadnego zadośćuczynienia przerywać, poza perspektywą umysłowych potów.
       Tymczasem więc, na użytek wyborców, poprzestaję na tym jednym, choć może zgoła osobliwym wołaniu, obiecując w przyszłości bardziej temat rozwinąć, ażeby każdy minister Ochrony Polskich Krajobrazów mógł odmawiać mój tekst jak litanię. A i zwykłemu śmiertelnikowi do urny może się przyda?

W październiku, RP 2007
Błotniak z Bronnej Góry

                 
Patriotyzm po polsku w parku narodowym

poniedziałek, 6 grudnia 2010

IN MEMORIAM...

      Nic się jeszcze nie stało, nic się nie spełniło. Świat nie jest, świat się wiecznie zaczyna – pisał poeta polski Julian Przyboś, moja młodzieńcza fascynacja i zauroczenie.
I te właśnie słowa spadają na mnie jak skrzydła tupolewa w smoleńskim lasku. Teraz, kiedy mogę jedynie potwierdzić moje wcześniejsze przywidzenia i intuicje. (Całą moją wiedzę i doświadczenie zabrałem z sobą. Ale tobie pozostawiam intuicję — takie słowa kazał wyryć na swoim nagrobku stary rybak.) Teraz, kiedy powinna zapanować cisza w smoleńskim lesie,  o którym tak pięknie i przejmująco śpiewał już tak dawno Bułat Okudżawa, rosyjski  lirnik, opłakujący naszych zaginionych w smoleńskiej mgle.
      A Wy, Bracia Rosjanie, wybaczcie nam, że musimy żyć z brednią w dniu naszym powszednim. I to także przecież pamiętamy, że nasi pomordowani żołnierze spoczywają obok pomordowanych Rosjan. To ich zbielałe już kości przytulały ciała polskich żołnierzy.

      Na tym ołtarzu, w skupionej modlitwie, niechaj spoczywają ofiary smoleńskiej katastrofy. I niech nikt się nie odważy skazywać ich na cierpienie powtórnego umierania, bo mało jest takich symboli naszego człowieczego cierpienia jak ten krzyż prosty, na którym Zbawiciel pozostawił nam Zbawienie w naszych rękach.

      Tam, w korzeniach sosnowego lasku, trwają w milczeniu kości nie "ruskich", ale Rosjan. Nie ten mój brat, który z plemiennej mojej nacji pochodzi. Ale ten, z którym na dobre i na złe zbudowaliśmy domy obok siebie. I kochamy ziemię, która domy nasze i nas samych przygarnęła. I ku niej w pokorze zdążamy.
      Dlatego ja, którego Przodkowie Wisłę szczególnie ukochali, ale i litewskich, łotewskich i germańskich niewiast dotknęli, do carskiego wojska w sołdaty szli, czyli ja, etniczny Polak z domieszką wszelakiej krwi, mam we wzgardzie sepleniące plemię tytularnych Polaków, którzy jeszcze w swych zakutych łbach za elitę Królestwa Polskiego chcieliby uchodzić. – Taka jest moja fantazja!

      My, Prawdziwi Patrioci, którzy wykrzykujemy słowa tak skąpane w męczeńskiej śmierci patriotycznych powinności, bowiem nic nas one nie kosztują, więc mogą być ogłaszane ze swadą pospolitego bluzgu, co zaplute karły już w gardziołku Piłsudskiego przewidywały, a rozwinięta została ta publicystyka w pierwszych latach władzy ludowej – i dzisiaj także święci swój tryumf, gdy językowa logika zdychać raczy w bramie cytadeli. Jeszcze trochę i będziemy mogli poświadczyć swój honor i przywiązanie do polskich sarmackich wartości – czyli umrzeć godnie za Rzeczpospolitą.

      Kupą, mości panowie!

Błotniak z Bronnej Góry

KRZYWE KOŁO

Te palce białe (skryty zalew muska)
Za drzwiami ściana w ścianę się opuszcza.
Ta bladość sieni (gdy skowyt w małży leży)
W pusty dziedziniec niesie ją znój Masztalerzy.
To światło lampy (lecz w cieniu jej klosza)
Dziecinnie umiera podwójny owad.

Już wieczór bezlistny i brzęczy ruchoma ściana
Ten Dom mój bliski zakrywa czarna otomana.

Błotniak z Bronnej Góry

LEKCJA ANATOMII

Nie możesz być tym
Kim byłeś,
Nie możesz być tą,
Którą jesteś.

Gonicie się dokoła stołu;

Przez wasze siwe włosy
Przemykam ukradkiem.

Na stole umiera wypchana wiewiórka.

Błotniak z Bronnej Góry

PORANEK

Nad mostem kamiennych schodni zatrzymało się słońce. Przybysz zwinął w trąbkę fiołkowe dłonie chwytając płomień. Świtające skrzydełka jaskółek zapaliły się ogniem z moczarów. ...Sto ich skrzydeł przytuliło się do mnie.

O równino! Swego bólu nie zmieniaj daremnie.

Błotniak z Bronnej Góry

czwartek, 2 grudnia 2010

UKĄSZENIE ESKULAPA

      Sezon turystyczny w tym roku zaczął się znacznie wcześniej, a to za przyczyną obozu warownego założonego przez pielęgniarki w Alejach Ujazdowskich. Pogoda na szczęście dopisała, Łazienki też, ale premier już mniej. Panuje bowiem tradycyjne przekonanie, że żabę ktoś zjeść musi. I przed taką konsumpcją pan premier się wzbrania.
       "Czy można żabie spojrzeć w oczy?" - sentymentalnie pytała kiedyś nieodżałowana Agnieszka Osiecka. Otóż można. Gdybyż to jednak premier Rzeczypospolitej miał taką jak ja wiarę, wiedzę i doświadczenie - wzdycham. Oszczędziłby w ten sposób sobie lekcji martwego języka, jakiej zechciał nam udzielić, nazywając przebywanie pielęgniarek w kancelarii - przestępstwem. Tego dnia radość robactwa, które obsiadło Rzplitą, była wielka, a i sam Belzebub, jeśli przystać na jego moc sprawczą w organizacji protestu, też był kontent.
Nieroztropnie też postąpił pan premier z osobistych względów, gdyż każdy był, jest, lub będzie pacjentem - jako mówią. Mają więc ludziska jakieś własne doświadczenia.

       I tak wielu się dziwi, że ma być wprowadzona, częściowa chociażby, odpłatność za usługi medyczne. Przecież system taki działa już od dawna, mimo to lekarze wciąż utyskują.
Oto zaledwie rok minął, gdy szwagier mój zapłacił za przyspieszenie operacji i lekarską troskliwość marne 3000 zł., co było niebywałą bezczelnością na tle przyjętych stawek, chociaż godzina pracy owego medyka uzyskała dodatkowy ekwiwalent w wysokości 700 zł. Niedługo po tym umarł mój szwagier ze wstydu, a także dlatego, aby nie narażać systemu opieki zdrowotnej na nadmierne i zapewne niepotrzebne koszta.
       Rozumiem, że taki eskulap nie dzieli się swoją wziętką z pielęgniarką, której dochody są marne. Dostęp do wziętki także jest nierówny, dlatego podzielam wiarę w lekarzy pamiętających jeszcze o przysiędze Hipokratesa. Jednak natura ludzka nie tak łatwo poddaje się przemianom i nawet prostacka indoktrynacja w zakresie naprawy lecznictwa poprzez uzdrowicielską moc prywatyzacji może skończyć się na prywatnym cmentarzu. Inne grupy zawodowe też nie mają się lepiej. O podpięcie się do państwowej kasy walczą niezłomnie firmy farmaceutyczne w dziedzinie leków refundowanych, bowiem możliwość zafundowania sobie leku przez przeciętnego śmiertelnika dawno już się skończyła na zakupie kropli walerianowych. (A czy to nie farmaceutyczny kartel jest odpowiedzialny za taki wzrost kosztów?) Jednak w sytuacjach granicznych przedstawiciel ludzkiego pogłowia, nie żyjący z procentów od kapitału załatwionego sobie przy okazji sprawowania publicznej funkcji, sięgnie do rezerw tkwiących dotąd bezczynnie w klejnotach prababki. Tak więc taki drenaż rynku też jest przewidziany w alternatywie: albo płać, albo lecz się sam przykładając liść babki na bolące miejsce.

       Wracajcie, Rodacy, do znachorów i zaklęć, uzdrawiaczy wszelkiej maści, do stawiania baniek i domowej produkcji leków na spirytusie.
W ramach zaś solidarnego państwa, którego to PiS jest gorącym orędownikiem, mimo że zostanę przez Macieja Rybińskiego uznany za piewcę urawniłowki, nawołuję do zmniejszenia o połowę apanaży posłów, senatorów i ogólnie całej budżetowej biurokracji.
Z tego, co im zostanie, wystarczy jeszcze na błotną kurację u wód i przeniesienie żywcem do Muzeum Osobliwości pod opieką wyznawców leczenia ukąszeniem samego Eskulapa.

W czerwcu, RP 2007

Błotniak z Bronnej Góry

 
malowała Błotniaczka

MODLITWA WIECZORNA

Dlaczego wasz Bóg
Nie chce do was przyjść?
Dlaczego nie chce usiąść między wami?
Dlaczego nie odmawia z wami modlitwy?
Dlaczego prosi was o żywot wieczny?

Bóg
Nie obdarza was swoją uwagą
Bo nie wie co z wami zrobić.

Więc pogódźcie się
Z ogniem i wodą
I resztą  żywiołów
Które chowacie
W kruszynach swoich serc.

1 grudnia 2010


środa, 1 grudnia 2010

PIERWSZY ŚNIEG

Dzisiaj
Spadł pierwszy śnieg
We wnętrzu Góry —
Tutaj
Białe jest to
Co niewidzialne:
Chmura, drzewo, dom
Kryjówka w szarym kamieniu;
Tutaj
Śpi sarna, łoś, który znikł
Ale się pojawia
Ptak z ilustracji
Któremu z brzuszka
Zniknęła nazwa —
Tutaj
Pada pierwszy śnieg.
Pochyla się nade mną
Jego wilgotna warga.

Bronna Góra,
29 października 1997

THANATOS


"THANATOS"- ołówek i gwasz
malował Błotniak z Bronnej Góry
 ze względów technicznych reprodukcja ta nie czyni zmowy milczenia przesłaniem, do którego trzeba w Polszcze przywyknąć. Zwróciłem się tedy do właścicielki tego obrazka o udostępnienie go dla przyszłych pokoleń. Boy zerka mi niecierpliwie spod pachy...

wtorek, 30 listopada 2010

USTAWY O ZAKAZIE PORNOGRAFII CIĄG DALSZY

      Powodowany straszliwa odpowiedzialnością za los mojej Ojczyzny, tudzież małego kręgu moich Przyjaciół, myślę nieustannie jak los ten polepszyć — i ulegam w końcu własnym zwierzeniom troglodyty. Po nocach się we śnie moim bezsennym tułam, na lodowce wyśnione wchodzę — a i do pieczar i jaskiń ognistych też. Przychodzi poranek, a ja w jaskini i nikt dowołać się mnie nie może.
    Postanowiłem tedy kardynalnie zmienić tryb postępowania: myślenie organiczne, konstruktywne, bez oglądania się na symbole. Orły dadzą sobie radę beze mnie.

       Po kolejnej bezsennej nocy, po krzątaniu się nocnym wśród wyświechtanych idei, strzępów ksiąg, małości bezinteresownej, w cudzie ludzkiego miłosierdzia nad losem koników polnych, mrówek, żabek, porzuconych dzieci, miłości porzuconych, a więc tych Stworzeń, które Bóg stworzył, poświadczając tym samym swoją nieodpowiedzialność, a więc będąc przygotowanym na najgorsze, na zapłatę za własną ufność i niedołęstwo, głupotę i zanik uczuć wyższych, za te wszystkie cnoty otóż, mając na widoku polowanie z chartami i słysząc ogłupiały skowyt tłuszczy, która niedźwiadkowi nie przepuści, w roku tym, roku niespokojnego słońca, iluminowało się we mnie wszystko, co materią jest. Otóż i wątroba, nerki, serce bez bajpasów, z lewą komorą wypełnioną łkaniem, ale poza tym zdrowe, do czynów bohaterskich zdolne i poświęceń wielorakich, za Ojczyznę do umierania gotowe. I w tym momencie serce tak lękliwe wykazało się roztropnością i męstwem godnym serc królewskich.

       Przykłady żywotów mając zacne, postanowiłem się zapuścić w zaczarowaną krainę dóbr doczesnych. Aliści świat poszedł ostro do przodu... Internet — to słowo wywołało także we mnie dygotanie przedsionków. Siedzisz w domu, śpisz ze swoją ukochaną niewiastą, i za to wszystko złote monety, perły, drogie kamienie na konto w pewnym banku na Kostaryce się sypią. Jakże życie piękne jest.
       Oczami duszy zobaczyłem miłe memu sercu niewiasty obdarowywane przeze mnie — cóż mówię — obsypywane przeze mnie klejnotami. Suknie, bielizny z najbardziej wyszukanych materiałów, wozy ciągnięte przez strusie z dyndającymi wachlarzami, z barwnymi do szaleństwa podwiązkami... ach, te igliwie jakże przystępne i furie zapachów.

       I oto w aureoli anielskich zastępów, w przestworzach przezroczystych jak muślinowe biustonosze do skrywania gorejących piersi — w tkliwości swojej równych wiosennej burzy — w drgających światełkach deszczowych kropli, ugodziło nas wszystkich żądło pożądania. Sypialnia maleńkich istot tonęła w zielonej przestrzeni.
      Zaczęliśmy tkliwie. Nasze ciała przestały się rozpoznawać, przestały się bronić. Przemierzaliśmy krainy naszych twarzy, chroniliśmy się w naszych ramionach. Wiatr nad Wisłą tężał, pnie odginały się i zanurzały w wiślanych odmętach, zatoki spokojnej wody przyjmowały nas. Wśród wiklin, wśród piasków twego podbrzusza, wśród sieści przyjaznych zwierząt, wśród połyskującej w oddali przystani bioder twojej przyjaciółki, której szept ogrzewał moją samotność przy tobie — czujnie szemrało oko internetowej kamery.

1999
Błotniak z Bronnej Góry

MIŁOŚĆ ROŚLINY

"Tylko my się kochamy
Ty umarła - ja żywy"
(J. M. Rymkiewicz)

Moja śmierć — nie twoja
Więc nie ujrzysz oczu
Bliższej z nich
Z pochylonych świateł wstaniesz nie znużona
W żarnie krwi swój biały obraz
Ścielisz.

Moja śmierć — alabastrowa głowa
Dziś w wędrownym worku
Martwe lęgi niesie
Dziś kolczyki twego ciała wiszą już w Toledo
W sarniej klaczy usypia serca
Przełęcz.

Tu
Gdzie wszystko
Umiera na cudzysłów.

Błotniak z Bronnej Góry

sobota, 27 listopada 2010

MIŁOŚĆ ROŚLINY


"MIŁOŚĆ ROŚLINY" - ołówek i gwasz
malował Błotniak z Bronnej Góry
(obrazek ten sprzedałem paryskiemu kolekcjonerowi, i to, co tutaj widać - reprodukowane z pocztówki - jest dalekim wspomnieniem oryginału.)

środa, 24 listopada 2010

DOCINKI W ODCINKACH, CZYLI ÓSMY DZIEŃ TYGODNIA REDAKTORA "GAZETY POLSKIEJ"

PONIEDZIAŁEK
Prezydęt Bush polecił zakupić w Polsce naszą technologię budowania sławojek, której wynalazcą był premier jeszcze II RP Sławoj-Składkowski. Pierwsza eksperymentalna budowa ruszy niebawem koło Słupska. Po pomyślnych tam testach, cały obszar Stanów Zjednoczonych zostanie pokryty tymi wyrzutniami. Niech sobie różne dupki nie myślą. W związku z tym, i nie tylko z tym, proszę Waldemara Łysiaka o liczenie się ze słowami. JA tu piszę!

WTOREK
Czy wyrażam się jasno?! Bo mogę powtórzyć! A nawet powtarzać nie mam zamiaru, bo nie będę się wysilał. O wszystkim już pierwszy pisałem i ostrzegałem. Nawet o opadach śniegu w Paragwaju, którego przewodniczący parlamentu przysłał mi ostatnio ankietę do wypełnienia o polskich opadach i klęskach. Teraz ślęczy nad tym cała redakcja. Chyba nie dociera tam regularnie "Gazeta Polska". Powinni prenumeratę do budżetu zapisać. To się nazywa cięcie po skrzydłach. Taka to demokracja w tym Urugwaju.

ŚRODA
Znowu środa - jak osiem dni temu. Ach, żeby to jeszcze Magdalena bezgrzeszna w wieku poborowym była...
W Izbie Gmin rozpoczęła się debata ta, albo i nie ta, albowiem wójt gminy pod Słupskiem puścił bąka podczas posiedzenia i miał czelność zapytać Pentagon, co zamierza postawić w jego stodole. Obserwatorzy podkreślają, że była to prawdopodobnie świadoma prowokacja, mająca na celu ośmieszenie kolebki polskiej demonicznej demokracji. W Indiach bengalskie tygrysy też puszczają bengalskie wiatry, co powoduje zmiany klimatyczne na całym świecie i wprawia w osłupienie całe dawne imperium, gdzie słońce nigdy nie zachodziło. Byle polski minister obrony, zwykły polityk czy dyplomata także wiedzą, że słońce nad imperium nigdy nie zachodzi.

CZWARTEK
Grono wybitnych publicystów przysłało mi list gratulacyjny. Cieszę się podwójnie, bo to oznacza, że i Janina Paradowska korzysta z moich analiz. Najważniejsze - to pracować w gazecie od początku aż do końca.

PIĄTEK
Wyszło właśnie tak długo oczekiwane przez naszych czytelników wydanie niezależne naszej gazety. Niezależnie od tego faktu, ja sam jestem niezależny nawet od swoich niezależnych poglądów. Dlatego piszę na stronie szóstej i siódmej, i polemizuję z tym tekstem na stronach szesnastej i siedemnastej, zaś na stronie przedostatniej znaleźć można moje myśli w odcinkach, zawierające ostrzeżenia, rady i połajanki. Pyszna lektura na każde sobotnie popołudnie. Wreszcie, niezależnie od tego, na stronie ostatniej mam swój stały niezależny felieton, który moje naturalne prawo do niezależnej polemiki zapewnia. Nie mogę więc pominąć i tej kwestii, że już dawno Łysiaka ostrzegałem, iż niezależność nie popłaca.

SOBOTA
Dzień ten poświęcam zwykle na czytanie moich "Odcinków" z ostatnich lat piętnastu. Wyraziście więc widzę. Człowiek jest mniej ważny od byle żaby czy jakiegoś zawilca zwiniętego. Świat "dotknięty jest chorobą fundamentalistycznego antyamerykanizmu, stanowiącego współczesną odmianę antysemityzmu". Każdy widzi, że Boy byłby ze mnie dumny.

NIEDZIELA
Dzisiaj miałem telefon z MSZ. Mam zostać ambasadorem naszej prowincji w stanie Texas. Na wszelki wypadek uczę się nazw dni tygodnia po angielsku i podczas codziennego treningu anglezuję z wyczuciem na moim dyplomatycznym, choć dotkniętym dychawicą koniu na biegunach. Nie widzę jednak nikogo, kto by mnie w redakcji zastąpił. Muszę podjąć świadomy trud. Może mi Wierzbicki z Isakiewicz pomogą. Liczę że Sakiewicz też, ...bo przecież dzieli ich tylko jedna litera.

MONDAY
All rights reserved - czyli - nakład kontrolowany.

Wasz Oldboy
Z Loży

17 sierpnia 2007

Błotniak z Bronnej Góry

MAŁY TRAKTAT O KLEPKACH

      Coraz częściej klepię się w mój łeb dla sprawdzenia, czy wszystkie klepki ofiarowane mi przez teorię ewolucji znajdują się na swoich miejscach. I zaraz napotykam na zgoła trywialne podejrzenie, że postawienie diagnozy przekracza moje siły, albowiem owo przyrodzone mi i ogólnie akceptowane jako jedynie słuszne umiejscowienie moich klepek, mnie samemu wydaje się krainą tajemniczą i, dalibóg, trudną do eksploracji. Do czego więc odwołać się mam, poszukując stanu chociażby chwiejnej równowagi, jeśli i przesunięcie w moich klepkach diagnozują politycy i autorytety medialnego zagłuszania, zajmujący się zawodowo przekładaniem klepek z miejsca na miejsce w umysłach swoich bliźnich?

      Ze społecznego punktu widzenia moje klepki są niewątpliwie porozrzucane po niedostępnych dla wielu miejscach. Korzyść z tego żadna jest dla pospólstwa i klientów Jerzego Owsiaka, który szczyci się duchową wspólnotą z arcybiskupem Życińskim. Orkiestra jak orkiestra: też fałszuje i opuszcza całe muzyczne frazy, takt wybija jedną nogą - wtedy dyrygent udaje swobodną improwizację. Publika oczekuje mimo to duchowego wsparcia i poczucia wspólnoty, które otrzymuje w postaci zrelatywizowanej wersji Hostii. Stąd taka rywalizacja o rząd dusz, gdzie stroną stała się część Kościoła katolickiego.

      Dla ojców redemptorystów i, co za tym idzie, dla wielu słuchaczy Radia Maryja, też będę podejrzany, bo o Powstaniu Warszawskim mam zgoła odmienne pojęcie.
Dla środowiska "Gazety Polskiej" także jestem nie do przełknięcia, bo mógłbym się nierozważnie rozpisać o niektórych jej autorach i redaktorach ze szczególnym uwzględnieniem redaktora Jacka Kwiecińskiego, od lat starającego się mozolnie wykrztusić kilka zdań powiązanych z myślami, która to męka napełnia mnie prostodusznym współczuciem. Chyba ten sam rodzaj współczucia olśnił też Waldemara Łysiaka, bo i on spalił się w tej jasności i zniknął, co ilustruje dobitnie tezę, iż gorszy publicysta, pisarz lub artysta wypiera lepszego, przynajmniej docześnie.

      Pozbycie się więc Waldemara Łysiaka z "Gazety Polskiej" zdaje mi się nie lada wyczynem, świadczącym nie tylko o potędze myśli, ale i o ich niezauważalnym braku. Co prawda ks. Isakowicz-Zaleski od razu wskoczył na Łysiakowe miejsce, które powinno teraz raczej świecić wstydliwą pustką w żałobnej ramce, ale przecież musi sobie zdawać sprawę, że i najbardziej dostojna i czcigodna sutanna Łysiaka nie przykryje. Już to przecież sam Belzebub, ufny w swoją moc, Łysiaka chciał czapką nakryć, a czapeczka ta, uszyta na miarę główki redaktora "Gazety Ukradzionej Polanom", nazbyt kusą się niestety okazała i plagiatu z dóbr literackich Kornela Makuszyńskiego udowodnić Łysiakowi nie zdołała, sama wpadając w pułapkę zastawioną misternie przez grafomańskiego - jak orzekł redaktor Michnik - autora.
      Po takim choćby wydarzeniu swąd siarki długo jeszcze pozostaje i trza najpierw złego ducha odpędzić, a nie szturchać kijkiem przebywającego w Urugwaju Polaka i na jego widok znak krzyża czynić, proszę Księdza! Sól na progu radzić rozsypywać małym jest wydatkiem i dlatego substancja ta właściwości swoje w czynieniu egzorcyzmów szybko traci.

      Piotr Lisiewicz z kolei, także redaktor owej gazety, pisze godny wsparcia szkic o zapomnianym poecie Stanisławie Balińskim, ale obok jego wiersza umieszcza jako ilustrację zdjęcie, na którym rozpoznaję  Jerzego Kuncewicza z małżonką swoją Marią Kuncewiczową. Nijak się to ma do tekstu o poecie, lecz niezborność tę składam na karb moich poprzestawianych klepek.

      Tak więc, jeśli już ktoś dotarł żmudnie aż do tego miejsca w dociekliwym czytaniu, musi również nabrać przeświadczenia, graniczącego z pewnością, o moich poprzestawianych klepkach i zaraz potem odesłać mnie powinien na jedynie pozbawione fałszywego wstydu łamy tygodnika "NIE". Skazany tedy w imieniu Rzeczypospolitej na męki piekielne u redaktora Urbana, mam tylko jedno wyjście. Otóż będę wykuwać moje facecje i dyrdymałki w granicie, co wprawdzie zajmie mi sporo czasu, ale też do większej zwięzłości zmusi, a wiedzę kamienia o naturze ułomnej Lechistanu wzbogaci i przyszłym badaczom dziejów kolejnych Rzeczypospolitych zajęcie zapewni. I tylko moja wiedza o stanie moich klepek zostanie wstydliwie przemilczana.
      Ażeby więc zaprotestować przeciwko tej nieprawości, ażeby zmierzyć się z własną legendą, już teraz napiszę list otwarty do Papieża, posiłkując się znanymi kanonami. Wprawdzie tutaj moja sukienka duchowa ubogą jest, kontusz też z trupa zdarty, ale granice śmieszności przesuwają się wciąż w królestwie króla Ubu.

      Klepka za klepkę, rzepka za rzepkę, i jeszcze coś na przyczepkę...
Tego nie da się ani znieść, ani przepić.

10 sierpnia, Roku Pańskiego 2007

Błotniak z Bronnej Góry 


 malowała Błotniaczka

STAWISKO

Pamięci Jarosława Iwaszkiewicza

Przedwiośnie
Wiatr suchy i resztki śniegu
Rankiem słońce i koń
Przebiegający po dachach
Koń w sitowiu, stojący na drodze
Chłopiec z perkozem
Znieruchomiały.
 

Nie wiedzał, a przecież oczy jego widzę
"Koń mnie uniesie przez głębię"
Schylona głowa wsparta na cienkiej lasce
W coraz dalszej podróży.
 

A u nas, w Polsce
Zmarznięte jeszcze leżą łąki, stawy
Przywarły do okiennic
Mchy kładą się na Twojej piersi
I zimne wieczory
Twoje oczy zwilgotni poranna warga zajęcza.
Oddech będzie lekki i łagodny
A słowa zaczną wygrzebywać się z piasku
I już nigdy nie staną
W pałacu kamiennej straży.
Alejką, w kamiennym parku
Pójdziesz na Ukrainę
Szymanowski w tło stepu
Wbiegnie
W dużym pokoju zobaczysz po raz pierwszy
Czarną nogę fortepianu
Przynajmniej jedno lato
Spędzisz w Nohant.
Tak wiele Cię czeka
W tym życiu.
Idź więc wolno.
 

Na tej mapie
Rozpoczął to, czego nie zakończył
A co zawsze chciało stać się poezją.


2 marca 1980

czwartek, 4 listopada 2010

OJCZYZNA

Rozpięty na widnokręgu zagadkowych płócien
Patrzysz martwymi oczami na nasze obolałe schronienia
Na zaciemniałym lotnisku mojego i twojego kraju
Nieustanny monolog defilady.


Błotniak z Bronnej Góry

środa, 3 listopada 2010

PIERWSZA KADROWA

      Marszałek ...Putra to jedna z galionowych figur PiS-owskiej Wielkiej Armady, kanonier podlaskiej dłubanki tak umysłowo napiętnowany przy owej dłubaninie, że i gesty obu rąk mające unieść tę napuszoną nicość są jak instrument, który z powagą oświadcza, iż będzie grać sam. To już moje myszy grają piękniej na fortepianie biegając po strunach i zamieniając go w harfę. Tymczasem jegomość Putra chce za wszelką cenę podtrzymać swoje o sobie złudzenia na koszt podatników i innych podmiotów biorących udział w hipnotycznym seansie. 
      Otóż takie właśnie medium zapraszane jest ochoczo do wprowadzania w stan hipnozy nadwiślańskiego pospólstwa, które z tego stanu wyjść o własnych siłach najwyraźniej nie potrafi, lub też - o zgrozo - potrzeby nie widzi. I to jest bezsprzecznie triumf rezackiego sierpa mediów, organizującego tę demoniczną zabawę ludową. Głowa Putry tyleż jest wprawdzie warta, co jego sumiaste wąsy - nawet odcięta nie przestaje gadać i zaraz odrasta - ale nawiedza mnie podejrzenie, że w związku z tą sytuacją, kapitan tego okrętu wykonuje sam wszelkie funkcje przy nawigacji, refowaniu żagli, myciu pokładu i sterowaniu. Lata więc zdyszany po pokładzie, po rejach, koło sterowe Putrą podpiera, sekstant w zmęczonych dłoniach utrzymać próbuje i Gwiazdę IV RP namierzyć się stara w publicznej opinii.
       Użycie więc swego byłego ministra Janusza Kaczmarka jako kotwicy, mającej zatrzymać tę PiS-owską brygantynę w dryfie na skały, zdaje się należeć do takiego arsenału środków medialnego przymusu: głębokość wody jest tu nazbyt wielka, aby kotwica nie płynęła razem z okrętem. Ale, zakładając najlepszą wolę, cóż ma począć kapitan tego okrętu, kiedy nawet i na innym członku załogi oprzeć się nie może, bo mu ten zorganizuje powtórnie wybory prezydenckie Misis Hajki Prezydęt-Walczik. I jeszcze rozbrajająco się usprawiedliwi, że został tylko do takiego zadania w przeszłości wynajęty. Boże, spuść nogę i kopnij!
       Może więc kapitan tej brygantyny taki zamysł ma, aby okręt o skały rozstrzaskać, w nadziei pozbycia się tego balastu podśmierdujących gadających głów, toczących się bezwolnie po pokładzie, zapełniających ładownię, wykonujących nieudolnie obowiązki puszkarzy i niezłomnej załogi zdolnej jakoby do abordażu?
       A tu wieść gminna niesie takie oto przesłanie, że wystarczy tylko tego dżina Kaczmarka do butelki z powrotem wsadzić, dobrze zakorkować i nalepki ostrzegające umieścić. I tu wysuwany na pierwszy plan jego brak lojalności zdawałby się wieść tę potwierdzać. Ale co zrobić i z innym szeptanym scenariuszem, który wśród Błotniaków w formie nikczemnej propagandowej ulotki rozrzuciły wraże siły?

       Otóż ta wieść niesie, że lojalność Kaczmarka skończyła się w momencie, gdy bez skrupułów zamieniono go w tę kotwicę i na stos ofiarny wrzucono jego głowę zamiast ... Głowy Prezydenta. No, bo jeśli pan Prezydent tak hołubił jedynego, zasługującego w Polszcze na zaufanie i szacunek biznesmena, który z taką łatwością od stolika poprzedniego prezydęta przeszedł suchą nogą na pokład IV RP; kiedy Pierwsza Dama kołysała na falach prestiżowego katamarana, to i cały dwór wsłuchiwał się w tę kołysankę, interpretując jej przesłanie zgodnie z tradycją podobnych układów za prezydętury Aleksandra Aparatczyka I. Trudno więc mieć do Kaczmarka pretensje, że znalazł się w niewygodnym rozkroku, między lojalnością do Rzeczypospolitej a lojalnością do osoby Prezydenta. Jako dworak on zwyczajnie odczytywał z ust swego pryncypała nie wypowiedziane życzenia, analizując także jego gesty. Wynurzenia zaś Lecha Kaczyńskiego i towarzyszące temu wzruszenie, jaką to łaskawą uwagą obdarzył go ów biznesmen, gdy nic nie znaczył politycznie, wypada uznać za szczególną łatwowierność lub niewybaczalny błąd. Potwierdził tym samym pan Prezydent moc zniewalającego uroku burżuazji, w którego blasku nie tylko pospólstwo chciałoby się ogrzać i przy wspólnym stole posiedzieć. I nikt tam nie chce patrzeć w oczy Fortunie, wydartej zwykłym śmiertelnikom mimo ich potu i łez. Pan Prezydent wydaje się na taki splendor wyjątkowo nieodporny.

       Tak więc premier RP jest w trudnej sytuacji. Ale mając 40 dział z lewej i 40 dział z prawej burty, może  tymi głowami działa nabić, lonty zapalić, oddać salwę choćby na wiwat i powtórzyć w razie potrzeby. To statek zachować może pozwoli.
       A potem ja, Admirał Błot Poleskich, wtaplam się na pokład i wszędzie swojskie błotko rozniosę, co by wszystkim pracę zapewnić i należytej dbałości o dobro wspólne nauczyć.
       Tylko co zrobić z Głową Prezydenta?

wrzesień 2007

PLĄSY NA TARCZY

      Nawet zastępy totumfackich publicystów starających się tak rozważnie dobierać słowa orzekło, że tarcza — jak sama nazwa wskazuje — służy do obrony, a więc — jak sama nazwa wskazuje — do obrony słusznej.  Mój zabieg rozbudowania nieco głosów tego chórku wydaje mi się na tyle usprawiedliwiony, że nie tylko o samo semantyczne znaczenie tarczy idzie.

       Otóż nie znam z Historii żadnej armii, która posługiwała się samymi tarczami, z czego wynika oczywisty wniosek, że tarcza nie jest defensywnym narzędziem obronnym, ale jak najbardziej ofensywną bronią do osłonienia siebie po to, aby zadać przeciwnikowi cios dotkliwy. Zmuszenie go przy pomocy samej tarczy do uległości, czyli poddania się, naturalnie też wchodzi w rachubę, ale w szczęku bitewnym zdarzało się relatywnie rzadko. Wynika z tego następny słuszny wniosek, że tarczy potrzebny jest przede wszystkim miecz. I tutaj konstrukcja nasza przemyślna dotychczasowej definicji tarczy bierze w łeb. Dla podtrzymania jednak ducha walki posługujemy się przeto owym, tak obciążonym pamięcią nieudanych powstań i bitew heroicznym zawołaniem: Z tarczą lub na tarczy! Okazuje się wtedy, iż na tarczy — bywało — niesiono poległego wojownika, który nie sprostał umiejętnościom, przebiegłości lub przewadze liczebnej nieprzyjaciela. Funkcja więc obronna tarczy staje się co najmniej połowiczna, skoro tarcza może służyć za katafalk, a staje się jeszcze mniejsza, gdy decyzja o użyciu tarczy zależy od obcego wodza prowadzącego własne wojny i uwikłanego we własne konflikty — czego nie powinien negować w publicystycznym ferworze nawet nasz rodzimy Koziołek Matołek, bo stanowić to może obrazę jego rozumu, który on sobie tak ceni.

       Do czego więc w istocie służyć może tarcza? Nie tylko przecież wikingowie bili w tarcze jak w bębny, chcąc zamanifestować własne męstwo i medialnym hukiem ogłuszyć przeciwnika, tudzież dodać sobie splendoru.
Celowośc otóż budowania i używania tarczy zależeć może — acz nie musi  — od spychanego coraz bardziej w zapomnienie rozumu w nadrzędnej obronie polskiej racji stanu, pojmowanej wszakże — na Swarożyca! — nie jako budowanie trójkąta Świętego Przymierza między USA, Izraelem i Rzecząpospolitą jeszcze Polską — co roi się główce prezydenckiej jejmości minister, będącej  wszak emanacją Głowy samego Prezydenta RP. Albowiem będziemy tam reprezentowani wyłącznie przez te kręgi patriotyczne, których opinie możemy bez przeszkód czytać i słuchać, a jakże, w niezależnych mediach.

       Wyrażenie więc woli o chęci spopielenia siebie, swoich dziatek i dalszej rodziny daleko przed czasem — na w miarę znośnych warunkach — wykracza daleko poza prezydenckie i ministerialne kompetencje i wymaga przynajmniej erystycznej oprawy, której zdają się nam odmawiać nie tylko wspomniane dwa urzędy. Wciskanie zaś Polanom jedynie słusznej miazgi w tym zakresie jest kopią propagowania irackiego zagrożenia nuklearnego, biologicznego i chemicznego dla całego świata, w które publicystyczne Koziołki zdawały się wierzyć bezprzykładnie.

       Tak więc w naszych rozważaniach dochodzimy do odmiany tarczy tradycyjnej: jest nią tarcza strzelecka. Tarcza ta służy — też tradycyjnie — do dziurawienia nieszczęsnych głupków nierozważnie wystawiających siebie i bliźnich na cel. Może to być też liść tarczowaty przyrośnięty nie do ogonka, lecz w środku.
Czy jednak za tym liściem skryć się można i osłonić przed armią Hunów z bliższego lub dalszego Wschodu — powątpiewają nawet ślimaki.

       Ja, pozostając przy mojej herbowej tarczy Lubicz, udaję się teraz na poszukiwania mniej oczywistego i bardziej sprzecznego wewnętrznie morału, co — jeśli Swarożyc pozwoli — może stać się udziałem także dotychczasowych miłośników gier losowych.

lipiec 2007

Błotniak z Bronnej Góry
 

 malowała Błotniaczka

sobota, 30 października 2010

TOŻSAMOŚĆ ŁZY

      Wśród duchowej mizerii reliktu guberni suwalsko-augustowskiej nie jest łatwo sklecić donos na siebie, na topniejące grono przyjaciół, na świat odbity w oku jaszczurki. Pory roku mijają i coraz więcej listów nie odnajduje swoich adresatów. Jedni umierają opuszczając ten padół, i inni umierają, przechodząc w stan zapominania. Jako miłośnik epistolografii przypatruję się tym zjawiskom z wstydliwym zażenowaniem, bowiem - po latach zmagań - pogodziłem w końcu niektórych dawnych przyjaciół i znajomych z wizerunkiem odwiecznego patafiana. Wśród sztuk wszelakich bezinteresowność myśli zdaje się sztuką najtrudniejszą!

       Aliśći i obyczaj pisania listów - wymierający pośród innych wymarłych już obyczajów - zmusza czasem do pisania głupstw, które też są świadectwem naszego istnienia. Aby zaś nie polec w tej nierównej walce z własnym natchnionym bełkotem, cytujemy na wszelki wypadek i dla psychicznej higieny choćby kilka, znanych ze swej uniwersalnośći przysłów polskich, które stanowią przy tym wystarczającą rekompensatę za utraconą krainę dzieciństwa w staropolskiej baśni i brak skupienia w dążeniu do stanu iluminacji. Jawi się więc taka sytuacja jako swoista kara akceptowana także przez nasze elementarne poczucie przyzwoitości, noszone wprawdzie okazjonalnie, ale dumnie, wśród min, ruin i grymasów zdezelowanej tożsamości. Wprawdzie żyją sobie tu i ówdzie te wyroki umysłowej dekadencji na koszt reszty współplemieńców z przynależnym im wdziękiem, bez którego istnienie Teatrzyku Piątek Klepki byłoby wręcz nie do zniesienia; chociaż pozostawiają uczucie estetycznego niedosytu, ale zaraz ściągają mnie za nogi z wysokich rejestrów, karmiąc wątpliwości wkradające się w moją radosną ingerencję w twór bez mała doskonały, niwecząc wszakże wszystkie slogany, przy których życie duchowe mumii zmierza do apostolskiej apoteozy. Jakże mała jest moja duszyczka w obliczu nieskazitelnej czystości moralnej wiekuistej Prawdy, którą nicujemy na wszystkie strony w codziennym trudzie o przetrwanie materii.

       Zdesperowany myślę sobie, jak wyrodnym jestem okazem zoologicznego antypolonizmu i antysemityzmu równocześnie, chociaż tak umiarkowanie kpię sobie z ożywającego co i rusz denata o inicjałach PZPR i z innych rozchybotanych skrótów, wywodzących się z tego izmu. Skrycie też przyznaję, że łatwizna jest to umysłowa, która tylko moją wiarę w oczyszczającą moc wody wiślanej ma z determinacją podkreślać, o czym mówi się na rynku w Kaliszu!
Kiedy więc myśl moja tak w nadmiarze i wbrew mojej woli gdzieś ulata, lub do Kalisza prostym traktem zdąża, kiedy na swych rachitycznych nóżkach napina się i burczy - potrzebne są jakieś szczudła. Zacząłem tedy sobie przemyśliwać, jakie to rękojmie wynikały dla Polan z racji samego istnienia owej przodującej kiedyś siły narodu, której tchnienie jeszcze i dzisiaj czujemy na plecach.

       Otóż ludziom żyło się coraz godniej i dostatniej. Mieliśmy flotę, kopalnie, huty, stocznie i sanatoria, bezpłatne lecznictwo i szkolnictwo, związki i stypendia twórcze, pochody pierwszomajowe, "Śląsk" i "Mazowsze", powszechne zatrudnienie i kino moralnego niepokoju, talony na samochody dla sprzedajnych intelektualistów i artystów - z których lepiono funkcjonujące i dzisiaj autorytety - tanie książki i mieszkania, 3 miliony członków PZPR, milicję obywatelską, nagrody państwowe, ludowe wojsko, dziurawą cenzurę, wymierny zaprzaństwem dostęp do paszportu, wolne wybory i koncesjonowaną opozycję, dziennik telewizyjny i bezpieczne granice. I wreszcie mieliśmy nasze sumienia dogorywające w ostatnich myślach tych najbardziej osamotnionych, którym wpychano do ust - przed strzałem w tył głowy - pachnące sośnianym lasem trociny. I, nie bez kozery, mieliśmy różne polityczne przełomy i wymuszone olśnienia, a wreszcie też marcowe wypadki roku '68, czyli ów niewybrednie nazywany "Holokaust urządzony przez Polaków", stanowczo nie doceniany dzisiaj przy majstrowaniu polskiej myśli politycznej.
       A więc już wówczas wielu, nie mogąc sobie poradzić z urzekającą wielowymiarowością świata, odwoływało się do filozofii godnej skrwawionego napletka. Tak pojmowana dezynfekcyjna działalność umysłowa, którą polecam wszystkim mającym jakieś rozterki, doprowadziła otóż do sytuacji, gdy do każdego prawie zdania trzeba dopisywać obszerne przypisy, czyli narażać większość plemienia Polan na niewysłowioną udrękę. Dlatego najłatwiej jest ogłosić koniec epoki, początek nowej i zaraz potem jej upadek. Wszystko ma być nowe, a białe plamy w naszych zamazanych życiorysach, gdzie tkwią kłopotliwe sekwencje, możemy znów zaczerniać literkami niewinnej bazgraniny.
A więc Nowe Państwo - jak magiczny Nowy Wyraz!

       Tymczasem już na tę III RP składa się dorobek wielu klasyków.
Jeszcze chłopięciem będąc, przeczytałem u Stanisława Lema w "Astronautach" o zwycięstwie komunizmu na całym świecie gdzieś tak w okolicach naszego roku 2006. Zwykła podróż do jakiejś gwiazdy wdawała mi się równie realna. Po latach Lem przyrównał stan swojego kontaktowania się z tubylczą ludnością do jednoosobowej gry w szachy. Przenikliwa ta uwaga zdawała się jednak pomijać skutki owego futurystycznego wróżbiarstwa, wykazując przy tym nadmierne oczarowanie skutecznością medialnego urabiania tychże tubylców na naród beznadziejnych kretynów.
I oto jesteśmy świadkami, jak Gwiazda tej umownej przecie IV RP blednie i miga zwodniczo, a niektórzy ogłosili już wręcz jej upadek. Biorąc jednak pod uwagę czas potrzebny światłu Gwiazdy IV RP na dotarcie nad Wisłę, może się okazać, że światło Jej Majestatu dotrze do nas dopiero wtedy, gdy ona sama nie będzie już zdolna do istnienia, dając tym samym asumpt do kolejnego beznadziejnego powstania.

       Aliści chrześcijański niestety Bóg, znużony powszechnym oczekiwaniem na swoje Miłosierdzie, uronił był Łzę nad opadłym liściem. Ta Łza odbija się w nieruchomym oku jaszczurki. Ta Łza przez Kraj nasz się toczy.


3 września 2007


Błotniak z Bronnej Góry

piątek, 29 października 2010

ZAMKNIJ MI OCZY

Pamiętasz to jezioro
Co lśnieniem swoim spowijało nas
W gąszczu gałązek i dzikich traw?

I płynęła ku nam wenecka łódź
Bez frędzli i strusich piór
Pod baldachimem niebo się ukryło
I blednąca gwiazda.

Teraz tu jesteś
W Tobie zamieszkał ptasi gwar o świtaniu
W Tobie poczyna się jesienny wiatr i zamieć
Zasypująca wszystko.

Gdy Sternik
Ukazuje nam wreszcie
Swoje oblicze.

Bronna Góra, w roku 2000


LACRIMOSA


"LACRIMOSA" - olej
malował Błotniak z Bronnej Góry

czwartek, 28 października 2010

LIST DO KICI KOCI

ks. Janowi Twardowskiemu

Dzisiaj, gdy ten list do Ciebie piszę
Nadeszły jesienne chłody, życie skurczyło się
Do ciemnej kropki nad literką z
— Wątroba boleje
Żydzi lamentują
Miłosz stuka palcem w ścianę
Wyspiański milczy
Grochowiak uzupełnia zawartość walizeczki
Iwaszkiewicz wysypuje z kieszeni naftalinę
Małgorzata Hillar wyciera gumką swój wiersz
Nad Utratą
Zbigniew Bieńkowski biegnie do niej
Z siatką na motyle
Krzysztof Mętrak czeka przy Grubej Kaśce
Na Zwiastowanie i Miłosierdzie
Stażewski wkłada do ust czekoladkę
I zawija się szczelniej w niebieski szlafrok
Edzio Krasiński wyciąga nitkę z tego szlafroka

I przykleja ją na murach Paryża
Na odpowiedniej wysokości
Janusz Bogucki wpada raptem do Bronnej Góry
Z zawiniątkiem pod pachą
Z Haliną Piprek jedziemy nad Wisłę
I do Maciejowic
Igor Newerly buduje stół na nasze spotkanie
W Zgonie
Janek Dziędziora przysiada na kamieniu
I znów zaprasza mnie do domku Kici Koci
Na kolację (będzie wódeczka i kartofle)
Antoni Trocki zaprzęga kobyłkę do sań
Choć to jeszcze nie pora
Józef Majewski wyciąga z ukrycia latawiec
Z purpurowym ogonem
Felek Jakubowski zjada kaszkę

Jak Ostatni Sakrament. 

Na firmamencie
Himilsbach z Maklakiewiczem
Opleceni falującymi wstęgami
Unoszą się bezwiednie.


Tadzio zakłada skobel w drewutni 
I mówi do mnie w pochyleniu:  
Tędy wyszedł Bóg Ojciec. 

12 października 2004




"Nad Utratą" — rysunek piórkiem
rysował Błotniak z Bronnej Góry
 

MODLITWA

Ojcze nasz, Baga
Sam masz wgląd we wszystkie nasze sprawy
Widzisz naszą głupotę i zaprzaństwo
Spoglądasz w naszą ukradkiem skrywaną małość.
Ojcze, Panie nasz
My tak sobie tu żyjemy
Nie umiejąc Twoich czynów rozpoznać
Dziedzictwa Tej Ziemi unieść.
Nasze gesty są puste
Z książek powypadały literki
Nasza mowa stała się niezborna.
Jesteśmy jako te kukiełki, które nie żyją
Ale ożywają.
My, zaklęci w kamienie rycerze.
Teraz, aby nas ożywić, nie wystarczą nasze łzy.
Zatraciliśmy bowiem także poczucie wstydu.

Ojczyzna
Kraj nad łąkami
Brzezina i olch czernina
Piasek na kołach.

Baga
Jeśli tu z nami jesteś — wytrwaj!

Nie umieliśmy unieść Twojej łzy
I ona teraz przez nasz Kraj się toczy.

Błotniak z Bronnej Góry

O RYBIE NA ŚWIĄTECZNY STÓŁ

      Chyba zacznę komentować felietony Macieja Rybińskiego, którego wołają Rybą!
A jak bardziej opanuję sztukę drapania pazurem w pożółkłe karty z jego felietonami, kiedy już zacznę odróżniać ż z kropką od rz, wtedy dopisywać będę do nich własne, nigdy przedtem nie spisywane oracje. Zawsze to przecież Ryba o czymś zapomni, coś innego potraktuje z lekceważeniem lub nadmierną uwagą. Zdarzyć się też może jakiś bardziej kompromitujący detal, i ja wtedy, czychający na taką okazję, będę pierwszy na miejscu tego sromotnego wypadku. I niespiesznie, z wyrachowaniem, rzecz całą opiszę.
       Czeka mnie więc przyszłość ciekawa, bo jako rzep uczepiony ogona Ryby będę mógł donosić do gazet i odpowiednich archiwów o wszelkich Ryby poczynaniach, czyli - mówiąc językiem literackim - o tym, co Ryba z siebie w upojeniu wydala.
       Nadarza się właśnie ku temu wyborna okazja, bowiem przymusowo okupujący budynek Sejmu Posłowie i Posłanki - w naszej błotnej społeczności nazywani Obiecanki i Cacanki - przeznaczyli środki budżetowe na dofinansowanie ogrodów zoologicznych w celu przygotowania ich do przyjęcia nowych pensjonariuszy. (W więzieniach brak już miejsc).

       Dla Ryby powstanie zapewne oddział specjalny muzeum oceanograficznego p.n. Rybacka Spółdzielnia Pracy, dla której hodowla rybek w akwarium - do którego Ryba zostanie wspaniałomyślnie wpuszczona - będzie priorytetowym zadaniem postawionym przez wszystkie ministerstwa czuwające nad dalszym rozwojem gospodarki narodowej.
       I w takim oto akwarium, wśród kiełbików, skalarów, welonów i pływających tu i ówdzie majestatycznych ośmiornic, czas będzie upływał Rybie wyjątkowo godnie.
Szczególnie cenne mogą się okazać zapiski Ryby uzasadniające sens przemiany człowieka w Rybę. Bowiem moda na imiona ptasie i wszelakich innych stworów nie ominęła także gryzipiórków.
Nawet w IV Oddziale Oczyszczania Kraju powszechnie szanowany kierownik zsypu przyjął chrzest i czyni teraz honory za wszystkie pluszaki, dożywające swych dni na terenie objętym jurysdykcją IV RP. 
       Ja, jako wyliniałe i przesadnie spleśniałe ptaszydło, kalające własne gniazdo z upodobaniem godnym lepszej sprawy, mające wciąż nazbyt często występującą skłonność do kłapania dziobem po próżnicy, zostanę obdarowany obiecaną mi przez Polan złotą klatką. A były premier jeszcze III RP, którego szybko na pocieszenie mianowano bankowcem, w uznaniu moich zasług zawiesi mi na szyi piętnujący dzwoneczek zamiast odznaczenia.

       Kiedy więc w wigilijny wieczór pojawi się na stołach wielu Polan owa przyrządzana na tak wiele sposobów Ryba - niedaleko będzie do świątecznego kanibalizmu.
Z tego to powodu Ryba marzy sobie, aby w teorii i praktyce ewolucji zająć zaszczytne miejsce u boku małpy, a najlepiej wcielić się nie tylko w jej skórę, ale i w duszę. Małpi móżdżek też co prawda niektórzy sobie cenią, ale przynajmniej ten obyczaj nie ma już nic wspólnego z naszymi świętami.
I to jest prawdziwy powód, dla którego Ryba chce zostać zwykłą Małpą!

       Czegóż to nie robi się, aby uratować własną skórę.
Najwyraźniej cudze życie ma mniejszą wartość.

19 grudnia 2006





rysowała Błotniaczka

ŻYCIE NA ŚMIETNIKU

      Jako ten zaledwie marny przyczynek do naszych dziejów, jako ten dwukropek, przecinek i wykrzyknik, siedzę sobie oto przy moim oknie i wyglądam, bezradnie patrząc na zafajdany trawnik, którego ze względu na moje umysłowe ograniczenie i wiek nie mogę posprzątać.
Od czasu do czasu macham przyjaźnie łapą do ludzi i Głupków też, co nie oznacza wcale, że jestem zwolennikiem przyjemnej i usypiającej retoryki. Pewnie dlatego wierzę wciąż jeszcze w moc słów, chociaż moje strzały nie po to są, aby zabijać i ranić. Mało kto jednak to rozumie!
Im więc głupsza gdzieś wypowiedź, tym większe kółko zainteresowań solidarnie umysłowej niemocy.
Ja seplenię, ty seplenisz - więc razem tworzymy myśli w odwieczne wartości zaklęte.

       Nie na wiele też się zdaje  przypominanie zasad erystyki, gdy niektórzy recenzenci przyjmują na siebie nieco nadmierny trud wyjaśniania innym sensu i intencji myśli, których oni sami zupełnie nie rozumieją. I takie właśnie klony propagatorów różnych izmów fikają sobie radośnie w internetowej przestrzeni, zasmradzając swymi odchodami każdą ciekawie zapowiadającą się dyskusję. A ponieważ nie jestem miłośnikiem publicystyki Stpiczyńskiego, znajduję się w prawdziwym kłopocie, bowiem tego rodzaju działalność przeradza się w krótkim czasie w brzemienne posłannictwo, grożące fizycznym unicestwieniem każdej myśli. Aliści i recenzentom brakuje zazwyczaj nie tylko myśli, ale i słów, więc obdzielają epitetami zjawiska i osoby, imputując przy okazji recenzowanym obiektom wynaturzoną agresję do recenzenta, pozostawiając w ten sposób meritum sprawy - jak najbardziej zresztą słusznie - poza przedmiotem swych zainteresowań. No, ale skoro tylko takich recenzentów jako nikczemne ptaszydło się dorobiłem, to widocznie nie zasługuję na nic lepszego. W końcu wielkość moich wrogów może dodać moim piórom splendoru! A tak to tylko pohańbienie mnie czeka!
W wyniku tej kłopotliwej sytuacji muszę jednak zadać sobie pytanie, po której stronie tego krzywego lustra ja sam się znajduję? 
      I tu z pomocą przychodzi mi nieoceniona Ziuta Hennelowa, która proponuje mi pełne pokory milczenie. Powiada ta niewiasta, że Chrystus także mediów do dyspozycji nie miał.
W tej sytuacji - myślę sobie - jednoosobowa gra w szachy wyraża najpełniej ducha polemik, które to dojmujące uczucie musiało i Stanisławowi Lemowi dotkliwie ciążyć, ale nie mógł przecież też wiedzieć, że żadna moja z nim polemika na internetowej stronie Tygodnika Powszechnego nigdy nie została opublikowana. Umarł więc Lem z rezygnacją i w poczuciu pisarskiej klęski. 
A ja latam sobie coraz niżej i dziób kaleczę o przypadkowe sprzęty: a to wiadro dziurawe, a to sedes rozbity, a to potykam się o własną pisaninę w miejscach przypadkowych...

       W takim właśnie duchu przebiega moje życie z Głupkiem, który na dodatek chce mi koniecznie wytłumaczyć sens aliteracji, aluzji historycznej i literackiej, objaśnić skomplikowaną figurę antytezy.
"I ty, mój czytelniku, powoli, powoli czytaj" - chciałbym powiedzieć za Tuwimem.
Ale i to nie zda się na nic. Bo nieśmiertelny Głupek żąda takiego formułowania myśli, aby on sam, bez zbędnego wysiłku, wszystko sobie sam wyrozumował. Nie wystarcza mu już ta duchowa strawa serwowana specjalnie dla niego przez telewizję, prasę codzienną i kolorowe tygodniki.
Głupek ma bowiem jeszcze ambicje!

       "Z prochuś powstał, w małpę się obrócisz" - mawiał Adolf Nowaczyński.
I ta sentencja zdaje się sprzyjać także marzeniom Ryby!

19 grudniu 2006

P.S. Trzeba tu przypomnieć, że Rybą nazywano właściciela świetnego publicystycznego pióra, zmarłego niedawno Macieja Rybińskiego.

Błotniak z Bronnej Góry