BŁOTNE ABECADŁO

piątek, 9 grudnia 2016

REJS W PONTONIE

Coś musi być na rzeczy z uporczywą plotką, że siły ciemności sięgnęły po kwity na Solorza i w ten subtelny sposób TVP – telewizja coraz mniej publiczna – przejmuje "Polsat", zatrudniając jego oficera frontu ideologicznego, zawodnika wprawdzie średniej klasy piórkowej w publicystycznym żargonie, ale mającego prezencję spełniającą wymagania zdezorientowanych klientów zakładu fryzjerskiego, konieczną dla budowy wizerunku  przyszłego prezydenckiego majestatu.
Nie wymienię tu – z lęku i litości dla bezmyślnych lub wtórnie zdziecinniałych apologetów – innego pomazańca, który równolegle dostąpił zaszczytu, patriotycznego jak najbardziej, sikania do ogniska direkt w klatce telewizyjnego – pro publico bono – studia, bo mi przypomniane zostanie, że oprócz uprawianego zawodowo szmalcownictwa, ciąży jeszcze na mnie zarzut mordu rytualnego na żydzie , dokonanym z chrześcijańskim miłosierdziem na bródnowskim kirkucie. I zabronione zostaną ze mną wszelkie kontakty, a nawet zbierze się Rada Mędrców, która orzeknie ostatecznie i nieodwołalnie o moim anal–fabetyzmie.
Potwierdzam tedy na wszelki wypadek wszystkie te zarzuty, co stworzy sprzyjającą atmosferę dla odpowiedniej recepcji następnych objawień, jakich raczył był doznać zmumifikowany proffessor Gross w następstwie leczniczej lewatywy. A hiena, owinięta narodowym sztandarem, będzie dalej bajać i powtarzać do znudzenia stare zwietrzałe grymasy i grypsy, którą to pantonimę uwielbia czerń już przy drugim piwie.

I właściwie nie ma co narzekać, bo wszystko przebiega zgodnie z planem, chociaż konieczne są czasami małe modyfikacje. Bowiem alter ego prezydenckiego wizerunku, łaskawie i dla dobra Ojczyzny udostępnionego publicznie, czyli jaśnie wielmożny prezes Telavizji o jakże słusznej ksywie "Ponton", spełnia także – jak przywołany na wstępie Lisek – wszelkie wymagania stawiane pisowskim kadrowym mutantom.

2007
("Remanenty")

poniedziałek, 14 listopada 2016

SKIERNIEWICE, FLORIANA 4

Właściwie wszystko zaczęło się zwyczajnie. Aczkolwiek dość wieloznacznym faktem mogło być przyjęcie mnie do Związku Polskich Artystów Plastyków na podstawie tzw. dorobku twórczego. Bo przecież nazbyt mało miałem czasu, by się oddawać artystycznym studyjnym obrzędom. Malowałem więc na krześle, bo sztaluga była poza moją ówczesną możliwością realizacji. Po przebrnięciu przez dwie artystyczne komisje, w których zasiadali uznani Artyści i profesorowie ASP (Jan Tarasin chciał mnie z miejsca wziąć do swojej pracowni, Henryk Stażewski i Edward Krasiński rekomendowali mnie na piśmie, a jeszcze i Janusz Bogucki napisał o mnie opinię), kiedy ówczesny prezes Janusz Kaczmarski wręczył mi uroczyście odpowiednią legitymację, to zaraz zabrałem się za kamienie, ażeby ślad pędzla utrwalić szczególnym werniksem. I w ten pospolity sposób poniekąd zaczęła powstawać Bronna Góra.
Ale to są tylko poboczne rysunki piórkiem ważne dlatego, że bez ich zaistnienia nie byłbym  obdarowany dwiema niewiastami, które na ulicy Floriana 4 (dawnej Floriańskiej) w Skierniewicach z dawien dawna przebywały.


                               Dwa okienka przy tablicy były izdebki Zofii oknami
                             na świat. Kraty wstawiono już dla celów muzealnych.
                           W tej właśnie izbie dożywała swoich dni pani Konstancja.

Jedna, Zofia Wąsikowa, wdowa po malarzu (Stanisławie?) Wąsiku, szczególną była opowieścią. Krotochwilna i sarmacka, dwuznaczna i rubaszna, z przebiegłym chochlikiem w jednym oku gdyż drugie przesłonięte było czarną opaską. Zaś Wanda Wejher, właścicielka niewielkiej przydomowej kwiatowej szklarni, starała się trwać przy Zofii w pokornym milczeniu. (Jakie były tam stosunki własnościowe, tego w istocie nie wiem. Ale Zofia z Wandą razem w szklarni pracowały. Tak czy owak, szklarenka była jeszcze z dziewiętnastego wieku).
Mieszkały tam tedy dwie samotne niewiasty: w dwóch izbach dawnego dworku, naznaczonych jeszcze obecnością Konstancji Gładkowskiej – bo i na piecowym ozdobnym kaflu w dużej białej izbie zostało jej odbicie. Obok stało banalne czarne pianino, a o fortepianie w ogrodowej nadpalonej przybudówce jeszcze nic nie wiedziałem.


Kiedy więc przeczytałem  ogłoszenie na związkowej tablicy o oferowanej do sprzedaży sztaludze – natychmiast pojechałem.
Dworzec w Skierniewicach ostał się jak za dawnych czasów, jakby w "Lalce". Ulice też były jeszcze ciemne i ciche. Owej jesieni szedłem od dworca na chybił trafił mroczną aleją, aż potknąłem się o próg w sieni..., gdzie za ścianą trwał rozświetlony naftowymi lampami świat, który i na zewnątrz oddychał jeszcze tu i ówdzie – w pozostawionych dożywających rekwizytach.
W ciemności zapukałem w coś, co w dotyku przypominało drzwi. Ozwało się szczekanie i za chwilę między drzwiami i framugą ukazał się świetlny promyk. I stanęła Zofia opromieniona boskim światłem, i  wzięła moje zmarznięte ręce w swoje.
I zaraz wyskoczył Traf, naciskając klamkę sąsiedniej izby. Pani Zofia nie zdążyła zareagować. Skoczył ten zwirz na mnie w obronie swojej pańci i chyba w locie zmienił decyzję. (Przyszłe wypadki pokazały, że Traf traktował swoje obowiązki całkiem serio). Poczułem tylko obejmujące mnie wielkie łapy i jęzor na mojej szyi. (Ostatecznie facet był przynajmniej mojego wzrostu). Pani Zofia zupełnie oniemiała, i to tylko zdołala wykrztusić, że Traf nigdy nikogo tak nie przywitał. Traf, bo się trafił, znaleziony przez Zofię jeszcze ślepy szczeniak, umierający na żeliwnej kracie  miejskiego rynsztoku.

Kiedy dzisiaj cienkim piórkiem rysuję mój rysunek, chciałbym każdy szczegół opisać, który się błąka po mojej pamięci. Opisać, czyli darować ludziom i przedmiotom jeszcze trochę wytchnienia, jeszcze trochę czasu, który sposobi się do ich unicestwienia.


Jakie obrazy wisiały na ścianach, gdzie stał stół potężny i pradawne krzesła przy nim, lampa nad stołem z minionego wieku, głos dźwięczny Zofii i szept lękliwy Wandy w półmroku ukryty; opisać ich suknie i kapelusiki, pantofle i śniegowe kamasze, chusteczki zwiewne i chłód dotkliwy w izbach, cienie przemykające się od ulicznego parterowego okienka i ukrywające się między szafą a komodą..., nuty rozproszone pozbierać..., Marię Rycerską, siostrę Wandy, poprosić, by zechciała nadal grać na fortepianie, który od wielu lat stoi w Bronnej Górze.

Jeszcze nic się nie stało, nic się nie spełniło, świat nie jest, świat się wiecznie zaczyna – prawił mój poetycki autorytet lat chłopięcych Julian Przyboś. Cytuję te słowa prosto z głowy, czyli z niczego, bo rozwlekle trzeba by tłumaczyć ich moc, gdy skierniewicka jesienna mgła zaciera kontury i ucisza głosy.
Tak więc siedzę ja, dwudziestoletni, z Zofią przy stole, a ona wciąż mi podsuwa jakieś frykasy, konfitury i uważnie mnie obserwuje. Jako przedmiot badawczy czuję się naturalnie dość nieswojo, ale Zofia zaborczo zamierza wykorzystać moje zniewolenie i wreszcie pyta o powód mojej wizyty. Kiedy coś bąkam o sztaludze w ogłoszeniu, Zofia z szelmowskim błyskiem w oku woła: a ja od razu wiedziałam, że nie przyjechał pan do mnie bezinteresownie!
W końcu więc, rada nierada, prowadzi mnie z zapaloną świeczką przez ciemną sień do ogrodu, gdzie skrywają się kontury jakiejś budowli. Sztaluga tam ponoć jest!
 – Miałyśmy tu pożar, ale tylko połowa się spaliła.
Po omacku dreptam za Zofią i wreszcie wchodzimy do izby, gdzie są wszystkie ściany. I staję jak wryty, bo w pełgającym światełku świecy widzę – wprawdzie przykryty dywanem – ten jedyny kształt, który był przedmiotem mojego największego marzenia, gdy jako dziesięciolatek w drodze do szkoły na ulicy Borzymowskiej, wygrywałem na sztachetach opuszczonego zaczarowanego ogrodu sonaty i nokturny naszego Fryderyka. To była klawiatura mojego fortepianu!
Odrzucam dywan i unoszę klapę. Tam naprawdę są białe i czarne klawisze!
Do Zofii dopiero po dłuższej chwili dociera moje chłopięce obłąkanie.

Tamten czas powoli się dopełnia, bo ma czas.  Tam tak niewiele zostało zapisane, albowiem kres życia zdawał się nazbyt odległy, by poświęcać mu swoją uwagę. Dzisiaj, w tym zgiełku i chaosie, powracam do moich skierniewickich szeptów i szelestów codzienności, do Zofii i Wandy witających mnie w szczególnym niewieścim uniesieniu. Powracam tam, skąd w istocie przybyłem.

                                                                                



poniedziałek, 10 października 2016

REDUTA ORDONA

Motto:
"Czy Matka Boska Częstochowska obroni Warszawę ?"
(Generał Jan Krukowiecki do generała Jana Skrzyneckiego).
"Obiecuję świetny grób wykopać dla armii polskiej."
(Generał Jan Skrzynecki do rządu obejmując dowództwo).

Oto nasza Reduta, na której wytrwamy po kres naszego żywota. Oto nasza Ojczyzna, nasz wzór i natchnienie, niezbywalna lechicka tożsamość: ta nasza prochowa beczka polskiego patriotyzmu.   
A jak się to ma do faktów?
Reduta nr 54 broniona była przez około 300 żołnierzy pod dowództwem  podporucznika artylerii Juliana Konstantego Ordona. Po zajęciu opuszczonej (nieobsadzonej) przez Polaków reduty nr 55 żołnierze carscy przypuścili szturm na jeszcze bronioną redutę nr 54. Obrona ta dość szybko zamarła (po 15 minutach)! i Rosjanie wypełnili redutę. Wtedy miał nastąpić wybuch zgromadzonych prochów i masakra żołnierzy. Jacy to byli żołnierze, nie sposób rozsądzić.  Historiografia doliczyła się trupów (Rosjan i Polaków) około dwustu.
Ale i w zakresie tego podstawowego faktu nie ma zgodności. Wybuch miał bowiem nastąpić zanim rosyjscy żołnierze zajęli redutę, więc ofiarami musieli być tylko Polacy. Zaś sprawców było trzech: Nakrot i Nowosielski albo przypadkowy pocisk.
I tu się zaczyna literacka patriotyczna fikcja, której autorem stał się wieszcz nasz narodowy Adam Mickiewicz.
(W mojej przepastnej bibliotece Powstanie Listopadowe traktowane jest z szczególną rewerencją. I aczkolwiek felieton ten pomyślany był z góry zamierzoną tezą, na wszelki wypadek sięgnąłem do dawnych lektur. I tu po raz wtóry natknąłem się na hipotezy, bajania, zmyślenia i sprzeczne relacje. Jakże więc przesiać  przez felietonowe sito ten szczęk oręża w listopadowy zimny wieczór, ten gwar i ognie... i płomyki w oknach? Jakże Ich Wszystkich przywrócić do życia, ażeby nam sami jeszcze raz wszystko opowiedzieli?)

CDN

niedziela, 4 września 2016

BŁOTNE ABECADŁO POD PRĘGIERZEM

Ledwie posypię sobie co jakiś czas mój dziób popiołem, a już napierające nowe okoliczności przyrody domagają się ode mnie kolejnej ekspiacji za krzywdy wyrządzone moim bliźnim bliższym i dalszym, co moja pojednawcza natura stara się traktować z wyrozumiałością i należytą powagą, tym bardziej, że nie są mi one na zawsze przydane.
Oto odezwał się do mnie w prywatnym liście jeden z bohaterów "BŁOTNEGO ABECADŁA", bynajmniej nie uszczęśliwiony zaliczeniem go w ten sposób do pocztu nieśmiertelnych. Całość jego wypowiedzi podana została w impertynenckm i obrażonym tonie, co staram się zrozumieć, bo własny wizerunek zdaje się wielu jak szkaplerzyk wyświęcony wodą kolońską.
Szczególne oburzenie – poprzez nazwanie mojej niewinnej laurki DONOSEM – wywołało przywołanie dla narodowej polskiej pamięci pisma "Fołks Sztyme", gdzie mój bohater przed laty debiutował. Miejsce tego debiutu nigdy nie wywoływało we mnie jakiejś niezdrowej sensacji, bo przecież obowiązywała wówczas doktryna nieobecnośći Żydów w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i mówiło się zupełnie poważnie, że ocalałych z "Holocaustu" jest co najwyżej dwa tysiące. Doprawdy zawiodła mnie jednak moja wyobraźnia dotkliwie, bo nie mogłem się spodziewać, że w przyszłości  miejsce jego literackiej inicjacji będzie dla autora tak wstydliwym grzechem. Aliści śmiercionośnym już w obecnej rzeczywistości zarzutem było podsumowanie, że świadczy to o mojej "obsesji zaglądania wszystkim w spodnie". Co szczególnie ciekawe, obruszył się ów literacki adept na moje prześmiewcze nieco zdziwienie, że nie wzbogaca także literatury w języku jidysz, do czego ma absolutne prawo i powody, bo i obrzezanie się w wieku dojrzałym przy pomocy żyletki, jest świadectwem szczególnej determinacji. ...Ja tego języka nie znam – powiada ze złością i żałością, które mają mnie moralnie unicestwić i przy okazji być dowodem na nikczemność moich hipotez, bo przecież na Grochowie żaden tubylec udający Żyda albo Polaka nigdy nie istniał, co i pisarzowi Stasiukowi może się wydawać artystyczną halucynacją.
Jednakże w mojej filipce pełnił ten zwrot rolę figury retorycznej, której znaczenie dla ludzi powściągliwych powinno być dość wyraziste. Wychodzi więc na to, że – wbrew moim intencjom – sam mój literacki bohater stara się ukryć, czyli znieważyć swoich przodków, którzy przyjęli niegdyś talmudyczne wartości nie tylko dla politycznych korzyści, ale i dla duchowej krzepkości swojego ludu, który zaraz na wstępie zaczął się przepoczwarzać w Naród Wybrany dla przeprowadzenia czystki wśród słowiańskiej sierści, co rzeczywistym Żydom niekoniecznie było po ich myśli.
W tym momencie wstępujemy na grunt grząski i pełen zdradliwych zasadzek, w otchłań opadających w nią Istnień, bo przecież nie muszę szukać daleko.
Moja babcia, Julia Gagucka, była wszak z domu Kroman. Mój pradziad pełnił służbę w Kurlandii jako geodeta, also wykształcony był. Mam więc jakieś poszlaki, ale i tę pewność, że nad Wisłą się urodziłem i tutaj zmieszam się z polskimi łąkami, brzezinami, piaskami i gliną, z której ktoś może kiedyś ulepi zwyczajny garnek.
Tak więc łatwo można wskazać wielu przybyszów, którzy Polskę miłowali jako swoją Ojczyznę. I odwrotnie, wielu zasiedziałych tubylców traktuje Polską Ziemię jak postaw sukna z pańskiego stołu. Ile wyrwiemy, to nasze! Ile się nażremy i napijemy, to nasze! A po nas zmarnowane lasy, wyasfaltowane krajobrazy, wybita Zwierzyna i wyschnięte jeziora – jak umierające w takt katolskich modlitewnych oberków i skrzypiących koparek pobliskiej żwirowni jezioro Wigry: oczyszczalnia ścieków dla Suwałk!
Tak, Furia we mnie mieszka. Ja już nie mogę słuchać tych płaczliwych skarg i zdziwień: znowu nas ktoś gdzieś skrzywdził lub omamił! – To czemu śpimy gdy wartę trzeba trzymać, czemu puszczamy bąki na postrach gdy nieprzyjaciel naciera? Czemu mowy polskiej nie hołubimy, tylko paciorki klepiemy na  Rzplitej zatratę?  Czemu jesteśmy tak straszliwie byle jacy, a ja tonę w dygresjach?
Taki na ten przykład poeta Jacek Bierezin wstanie jutro z grobu i da mi po mordzie, bo swego czasu napisałem o jego dość znacznym nosie, który był w znacznych łaskach u zagubionych na paryskim bruku niewiast, które tym nosem doprowadzał do romantycznego szału, co na Wyspie św. Ludwika przybierało już bardziej godną patriotycznego obowiązku postać, chociaż właściciel polskiej księgarni obok historycznej kamienicy księcia Adama Jerzego Czartoryskiego dał się omotać nie tylko żydowskiej hucpie i stracił wiarę. Także więc i tu mogę być obwiniony przez wytrwałych tropicieli mojego (zwierzęcego) antysemityzmu, albowiem redaktor Dziki Kamień – bywszy paryski rezydent, tak żałośnie i bez umiaru fetowany w medialnej szczujni – splunie na mnie z parchatym wdziękiem i znajdzie tamże jedyne wytłumaczenie mojej z nim polemiki, dopełniając w ten sposób istnienie paranoi jako terminu literackiego, w którym każda brednia zmieści się wielokrotnie – ku ogólnemu zaćmieniu umysłów.

I tak znowu minęło dni mało wiele, i ten mój stary tekst  – wydobyty z zakamarków Internetu – zaczyna mną rządzić.  Tu coś dopiszę, tu coś skreślę, owam coś zagmatwam. I tak łażę jak ostatnia niedojda.
Bo może zanadto się trudzę – niepomny na wrzaski i chichoty? Niepomny na nasze doczesne połajanki, litanie i złowrogie pomruki?
Łatwo mi można zarzucić, że odbiegam od tematu i grzęznę w kontekstach. Jednakże nie chciałbym spoczywać na laurach nawiedzonego referenta. Bo przecież nikogo nie można wyręczyć w trudzie samodzielnych poszukiwań.
W "BŁOTNYM ABECADLE" pomieszczonych jest 248 tekstów. Razem z 85 felietonami, 38 tekstami poezyi samozwańczych i 31 obrazami – to już dość znaczna księga. Trzeba zrobić korektę i liczyć na zapomnienie. A jak się da, to jeszcze to i owo wydukać...
Mam jednak taką przykrą refleksję, że dałem się nabić w butelkę.

niedziela, 14 sierpnia 2016

PRZYPADKI ALEKSANDRA JABŁONOWSKIEGO

Rozpoczynam ten felieton dość akrobatycznie, albowiem dopiero w trakcie pisania odnaleźć się może "jakiś"(słowo mistyczne, międlenia zaczyn) zamysł, który w obecnym uniesieniu stalówki nie jest jeszcze gotów. A to dlatego, że nie wiadomo, jaka to kolejna efemeryda nawiedziła pola bitewne Rzeczypospolitej, znajdującej się w stanie wskazującym na zatratę po wieczne czasy.
Oto pojawił się Jegomość w uniformie przypominającym żołnierski mundur. Mówi składnie i to wszystko, co kilku internetowych autorów od lat pisało. Żadna to więc jest nowość ani objawienie, ale podane w takiej scenografii – zaraz zyskało tłumy wielbicieli.
Nie należy się jednak dziwić, bo od dawna jest wiadome, że czytanie udręką jest niemiłosierną. A tubylczy ludek, jakoś tak, przyswaja tylko to, co zza węgła usłyszy albo na teatralnej scenie, bo komedianci są zawsze na tapecie, czyli podziw i uwagę publiczności mają murowane.
Aliści na Jabłonowskiego spadła taka ilość zbuków i zgniłych pomidorów, taka palba rac i racji świętych, czyli ostatecznych, że i ja, trochę zdezorientowany, postanowiłem po napisaniu tego wstępu poczekać na jakąś Muzę, która do piersi mnie przytuli i światłości dotknąć pozwoli.
Trzeciego dnia wyczekiwanego, pojawiła się Muza prosto z kałamarza Jana Parandowskiego – i w te słowy do mnie przemówiła: ty, Błotniak, nie czekaj na natchnienie, ty się weź do pracy! – Po czym połechtała moje pióra nieodpowiedzialnie i ukryła się w obłoku, wiszącym akurat dość nisko nad Bronną Górą.
Popadłem w zrozumiałą konfuzję!
Na początek przestałem wierzyć swojemu rozumowi, którego resztki doskwierają mi dotkliwie. Muza ma przecież boskie plenipotencje!
Zacząłem tedy, w potach archiwisty, szukać różnych fiszek: donosów, plotek, kalumni, zazdrosnych szeptanek, załganych prawd chwilowych, opinii stręczycielskich, histerycznych wiatrów mózgowych!
I oto natrafiłem na taki Cud, któremu na imię Agnieszka Fatyga. To jej sercem zawładnął niegdyś nasz mityczny Aleksander Jabłonowski, którego jakieś umysłowe łachmany nazywają dzisiaj przebierańcem! Wprawdzie niewiasty mają czasem szokujące upodobania, ale trudno mi przystać – słuchając takiego śpiewania – na tak skrajną hipotezę mimikry. (Aczkolwiek w definicji tego pojęcia tkwić może strategiczna wskazówka)!


Kiedy więc do tak wyszukanego aplauzu dodam kawaleryjskie upodobania Aleksandra Jabłonowskiego – a konie miłuję od czasów mojego konika bujanego – (co za nieznośna poetyczność) – to wydawać się może, że mój bohater ma mnie prawie za cholewą, czyli w strefie bezpośredniego zgniotu. Aliści moja wredna natura trudna jest do okiełznania, bo mając wędzidło w pysku poniosę i  tak tylko tam, gdzie zechcę! Bez wędzidła, czyli bez wszelakiej przemocy, mogę nawet wygłosić kazanie na katolickiej ambonie! I biada wiernym!
I tu mam Aleksandra Jabłonowskiego chwilowo na głowni mojego pióra, bo ostrze dokonuje zwykle rozstrzygnięć ostatecznych, a tym z założenia jestem przeciwny. Kiedy jednak widzę panienki w pantofelkach z gołymi nogami dosiadające kawaleryjskie owe rumaki, to wstyd nie pozwala mi więcej wykrztusić ponad to, że nie może być większej obrazy dla kawaleryjskiego konia! Bowiem sztuki jeździeckiej uczył mnie kawalerzysta pułkownik Falewicz. (Ta marginalna uwaga po to jest, aby wykazać, że posługiwanie się dziurawą hipotezą świadectwem jest moich rozterek).
Tak więc prawdziwe mam utrapienie z tym Jabłonowskim: co z wieczora napiszę, to zaraz o poranku w panice skreślę. Niebawem więc osiągnę taki stan publicystycznej profesji, że postawiona rankiem kropka, po całym dniu rozmyślań, zamieni się wieczorem w dwukropek. Pożałowania godny jest żywot publicysty, a szczególnie nad Wisłą. (Wprawdzie nikt mi nie płaci wierszówki, nad czym naturalnie boleję, ale mam z tego taką korzyść, że wciąż ktoś mnie może kupić. I na takich marzeniach upływa mi mój dzień powszedni).
Jednakże zaczęło mi się zdawać, że także moje – bezinteresowne z konieczności – publicystyczne zabiegi zaczynają przynosić owoce. To przecież nie obraża moich pisarskich ambicji – których nie mam – gdy ktoś ściąga z moich tekstów. Bo, na Swarożyca, przecież tylko Rzeczypospolitej służę. Więc jak Stanisław Michalkiewicz po tygodniu cytuje w swoim felietonie moje literki jako swoje odkrycie, to mi pióra rosną; jak robi swoistą karierę w Internecie moje określenie obecnego państwa jeszcze polskiego jako Bantustanu, to się wbijam w zbroję. Przecież za służbę nie ma zapłaty, nie ma nagród i awansów... Bo takie być powinny polskie obowiązki!
A tymczasem widzę festiwal małostkowych nadętych politycznych parweniuszy. Niczym oni się nie różnią od swoich pozornych przeciwników. Także grupy rekonstrukcji historycznych, które powstały dla szlachetnych celów, wydały taki pomiot, jak ten lubelski zombi, witający w kawaleryjskim polskim mundurze hameryckie wojska! Uporczywie tedy słyszę w tyle głowy pieśń o Powstaniu, kiedy serce zdaje się zamierać w tej pieśni – gdy nie sposób oddzielić łkania od rozumu – jak baśni o Rzeczypospolitej od nędznych przypowieści. A takimi są odwołania do katolickich obrzędów i watykańskiego zaborcy, tego najbardziej podstępnego i bezwzględnego zabójcy słowiańskiego Ducha. Polska to wciąż kraj na białym płótnie, uwolniony od obcej dominacji i administracyjnej przemocy – jednaki dla Ludzkich Stworzeń, Bogów, Grobów, Roślin i Zwierząt!

Jeśli Polska jest niewiastą, to najlepiej zobaczymy tę alegorię na obrazie Podkowińskiego. Ale ta białogłowa nie udawała sanitariuszki czy zwykłego podjezdka w upamiętnianiu powstańczego całopalenia, lecz dosiadała w erotycznej pozie karego rumaka z domyślną potencją. I tam zapewne mogłaby spoczywać – bez porad pruderyjnych katolickich ciot – nasza zagubiona pamięć rycerska. I żaden tam katolski biskupek i kardynałek, żaden wykształcony na katolskim uniwersytecie pleciuch brylujący w Internecie, żaden znawca masonerii poświęcony w dzieciństwie Matce Bożej, żaden międlarujący osobnik fanatyzujący bezwolnych katoli – nie miał do niej przystępu!
Kiedy więc Aleksander Jabłonowski mówi z wdziękiem i profesją o rzeczach dawno opisanych w pokorze, to przecież nie mogę mieć do niego pretensji. (Myśli i idee są także towarem i nie jest bez znaczenia w tym zamęcie, w jakim opakowaniu są sprzedawane i w jakiej intencji. A że są to czasem kalekie skróty, sami sobie jesteśmy winni, bo trudno podawać do każdego zdania przypisy). Każdy z nas składa się z molekuł poprzednich wieków i pobitych kryształków czasu, w którym dokonuje swego żywota. Jednak nie wypada nie wspomnieć – skoro każda polityczna opcja włazi nieprzystojnie  proboszczom (publicznie i skrycie) pod sutannę – że Kościół katolicki, jako agenda państwa watykańskiego, był przeciwny reaktywowaniu Rzeczypospolitej po 123 latach!
Na tym wyzwaniu poprzestanę, albowiem opisywanie katolickich nikczemności wobec Rzplitej przekracza ramy felietonowej poetyki. Jakiż to jest jednak ten dzisiejszy patriotycznie kościółkowy ethos, jeśli aktor Ryszard Filipski – w podzięce za "Hubala" – obdarza Bohdana Porębę obelgą? Na nic się także zdają pogardliwe miny kleptanego historyka z encyklopedycznym zacięciem, któremu w sukurs zdąża wybiórcza amnezja fetowanego publicysty – pieszczocha wszelkich prawicowych odchyłek. Oni zwyczajnie nie są w stanie znieść tej internetowej rzeczywistości, w której bez totumfackich min będą mogli nadal istnieć! Tedy robią grymasy i się nadymają patriotycznie skompilowaną katolicką trawą, którą każdy tubylec mógłby łatwo skosić, gdyby miał odpowiednie narzędzie. Ćmają tedy i ćkają, wymyślonego trupa fetują jako króla Polski – coby pospólstwo utrzymać w stanie katolickiej hipnozy Rzplitej na pohybel.
Polska jest niewolona przez tubylcze zmory. Ale to w Jej ciele, wciąż pokątnie i ukradkiem, bije pogańskie słowiańskie serce.

(dopisane 3 października 2016)
Pan Aleksander Jabłonowski swoją osobą przysporzył popularności – poczętej w kruchcie – medialnej katolskiej bojówce, która z emfazą nazywa siebie "Sumieniem Narodu". Bojówka ta, już na samym wstępie, korzysta ze sprawdzonych wzorców zamordyzmu, chociaż stara się tę swoją właściwość maskować patriotyczną troską, zza której i tak prześwieca gęba prałata. Taką troskę o swego żywiciela przejawiają zwykle czerwie,  które jeszcze na trupie "Magnum Polonia" będą się żywić.  Jeśli ktoś ma nadzieję na kompromis dla dobra Rzeczypospolitej z przedstawicielami watykańskiego okupanta, to znaczy, że żyje w świecie ułudy.



sobota, 30 lipca 2016

JESZCZE RAZ ELENA


Nie mogłem pisać, bo łażące wciąż za mną internetowe Robaki i Pająki zniszczyły mój komputer w ten sposób, że pisane literki zamieniały się w dadaistyczne szaleństwo. Tedy na nowe otwarcie posłuchajmy Eleny raz jeszcze... i jeszcze raz.

https://www.youtube.com/watch?v=XsL_LFcXdQw

I postarajmy się pamiętać, że za ginącym nadmiernie Ruskim Sołdatem – szły dywizje NKWD!
Kiedy więc dzisiaj, jakże ułomni, unicestwiamy pamięć o zwykłym żołnierzu, bo na jego piersi miała się ogrzewać zbrodnia i czerwona gwiazda; kiedy ktoś za nas wypowiada nie nasze myśli, bo naszych nam zabrakło; kiedy nad Rzplitą nadciągają ciemne chmury – połóżmy głowy we własne ramiona, bo nikt inny nad nami się nie pochyli.
(Tak więc bez żadnych w istocie  przeszkód toczy nas i zżera obłąkana rusofobia, sowicie karmiona przez  bulgocący tygiel warzonej wedle tej samej receptury strawy.) Ująłem to zdanie w nawias, bo może zanadto dolałem esencji.


poniedziałek, 22 lutego 2016

RZEŹ WIERZĄTEK

Jurgielnicy z PISIS zaordynowali ku chwale Rzeczypospolitej rzeź Dzików. Wielka to zabawa dla pozujących na myśliwych z piórkiem i trąbką w tyłku obywateli. Ponoć najwięcej tych osobników ukrywa się w Sejmie i przyległych Pisuarach. Tak więc 40 tysięcy Dzików przeznaczono na tzw. odstrzał sanitarny. Można będzie teraz mordować o każdej porze roku. Lud już się cieszy, a nawet w polskich parkach narodowych zacierają rączki. Będzie okazja do wypitki i konsumowania dziczyzny. Sarnina też nie będzie do pogardzenia. A przy okazji lud nabierze pewności, kto jest jego dobroczyńcą, bo i Szyszki, Nadszyszki i Podszyszki są z tego samego zgromadzenia, które za nic ma Orły nad jeziorem, Czaplę siwą w trzcinach, meandry bagiennej rzeki, Zająca śpiącego ufnie przy naszym domostwie, Borsuka szukającego u nas pomocy, Wiewiórki wspinającej się na nasze plecy, Sikorek wędrujących z nami po Puszczy, Klępy z ciekawskim małym Łosiem, Bobra na brzegu podczas porannej toalety, wreszcie Sarny pasącej się obok naszej Klaczki i hukającego Koziołka.

                                                                rysowała Błotniaczka
  

Puszczańskie dźwięki zamierają gdy słyszę huk wystrzałów: – w kniei, gdzieś na bezlitosnym zapadlisku, umiera w osamotnieniu Zwierzęca Istota, której w naszym modlitewnym do Jahwe amoku odmówiliśmy prawa do empatii. Wszak tej właśnie oszukańczej formule bezmyślnie od stuleci ulegamy: paciorek, kolana zgięte w konfesjonale, poddańczy pokłon wobec naszego duchowego unicestwienia w profesji zabijania  Braci Mniejszych.
Czy to więc będzie tatrzański Niedźwiadek ukamieniowany w potoku przez natchnionych myśliwską pasją "turystów" w różańcowej paplaninie, czy to Jeleń w śmiertelnych zapasach patrzący na swoich morderców z ogromniejącą łzą w swoim zamierającym oku, czy to Pies błąkający się po Puszczy, któremu kula ze strzelby "strażnika przyrody" wyrwie wnętrzności – aby można było w zgodzie z harmonogramem zabić owego Jelenia – to wszystko zakrywa puszczańskie milczenie i drżenie gałązek. W gabinetowych statystykach krew nie znajduje dla siebie miejsca w żadnym raporcie...
Za to na poczesnym miejscu trwa i rozwija się pod totalniackim przewodnictwem samo(nie)rządu koncept obłąkanej urbanizacji Wigierskiego Parku Narodowego. W tym dziele nieodwracalnego zniszczenia tubylczy okupant ma niebywałe zasługi !

I jeszcze, jakby takich nieszczęść było mało, jurgielnicy zabrali się ochoczo za dorzynanie dwóch charyzmatycznych stadnin, hodujących konie arabskie od czasów niepamiętnych. Nie piszę bez emocji, albowiem jestem ze stadniną w Janowie Podlaskim rodzinnie powiązany: – ojciec mojej Donnki, Esculap, urodził się właśnie w janowskiej stadninie, w roku 1999. Wprawdzie Marek Trela wtedy jeszcze dyrektorem nie był, ale miał już namaszczenie ikony hodowli polskiego araba, Andrzeja Krzyształowicza. Bo, jak to znającym się na rzeczy wiadomo, koń arabski został stworzony właśnie na polskich ziemiach. Ale przecież tym jurgielnickim dyletantom nic nie mówi np. :Wołoszka, Sławuta, Ilderim... Oni, w ramach swej decyzyjnej libacji, są zaledwie zdolni do produkcji kalumni i nieporadnych kłamstw. Korzystają przy tym – jakżeby nie – z usług dziennikarskiej swołoczy, która dla oślepienia tubylczej nacji wkłada patriotyczny kamuflaż.

 Gorze mi!


czwartek, 11 lutego 2016

ROŃDO ALLA POLACCA

Wiele wskazuje na taki rozwój wydarzeń, w których Polska znajduje się w schyłkowym okresie swoich dziejów, albowiem kończy się właśnie projekt polskiego państwa narodowego. I nic tu nie pomogą płacze, modlitwy, lamenty, strzelnice, kaplice, ołtarze i procesje – gdy rozumu w pospolitej codzienności nie staje. Na nic się tedy w odruchu stadnym zdaje odwołanie do staropolskich konwencji, gdy prezydencki samolot w smoleńskiej mgle może kilka wieków polskiej Historii obrócić w farsę. Przydatny jest także w tym procesie duński inżynier – nominowany błyskawicznie na eksperta od badania wypadków lotniczych – którego Matka Boska Stankiewicz połechtała w odpowiednim miejscu, by pozyskać katolicką mózgową spermę dla odżywienia polskiego jakoby patriotyzmu. Bo nie ulega przecież (mimo braku dowodów) żadnej wątpliwości, że ponury Putin zamordował polskiego prezydenta i wypił jego krew na miejscu katastrofy. Okazało się wszakże, że legion odpornych na takie fantasmagorie także ma coś do powiedzenia i tu sztandarowym przebiegłym przykładem zdaje się dotychczasowy niewierny współpracownik Gapola Leszek Misiak, prekursor hipotezy wybuchu w smoleńskim zamachu, którego śledcze dziennikarskie preferencje były starannie eksploatowane w kolejnych odsłonach spisku przeciwko prezydentowi, który izraelską rację stanu kojarzył filuternie z piastowską racją. Owóż Autor ten wydał po kilku latach przemilczaną przez to środowisko książkę, w której miał czelność opisać polityczne manewry "Gazety Polskiej" wokół tej tragedii. I zaraz pogrążył się w niebyt za sprawą swojej niesubordynacji. Jak więc widać, polskie kołtuństwo wciąż ma zdolność do zamiany masek. Dlatego wyrugowało ze swojej świadomości chociażby tak kaleki fakt, że to nikt inny, jak adoptowany przez Lecha Kaczyńskiego na swoje nieszczęście minister Szczygło, oddalił ze wstrętem rosyjską propozycję, by na pokładzie Tu-154 w locie do Smoleńska znajdował się rosyjski nawigator.
Wszelako, gdyby tak zewidencjonować kolejne "zamachowe" hipotezy wytworzone przez radosną twórczość naukowych autorytetów, to mielibyśmy przykładowy kogel mogel, gdzie brak dowodu powoduje tworzenie jego rozlicznych kopii, mających już pieczęć eksperckiego bezinteresownego myślenia. A przecież zespół Macieja Laska niczego na nowo nie badał. On tylko starał się na ludzki język przełożyć 1500 stron dokumentów, których przykładowy katolicki zwolennik zamachu na prezydencki samolot z wiadomych względów nie pojmuje. Tedy jak najbardziej może podlegać ocenie, czy owo gremium robiło to mniej czy bardziej udolnie. Jednakże takie działanie, także dla dobra narodowej zgody – które przecież nie wyklucza  odmiennych interpretacji – funkcyjna dziennikarka PISIS Anita Gargas nazwała propagandą, co dotkliwie deprecjonuje nie tylko rzetelne wnioski, ale i fakty. A proffessor Rońda, dla podtrzymania tej tezy, wyciągał z kapelusza swoje kolejne cyrkowe zwierzęta.
Czyż więc ktokolwiek może się dziwić, że śmierć i cierpienia zadawane przez ludzi Zwierzętom nie znajdują mojej aprobaty?

P.S.
Pan dr Wacław Berczyński zza Wielkiej Wody – (...jeden z głównych inżynierów Boeinga, jeden z tych wielu Polaków, którzy przez lata budowali potęgę Stanów Zjednoczonych. – pos. Antoni Macierewicz) – mianowany właśnie na szefa nowej komisji mającej wreszcie obiektywnie i w zgodzie z naukowymi zasadami wyjaśnić zagubionym Polanom mechanizm powietrznej smoleńskiej katastrofy, wyjawił z naukową pewnością, że: "niezwykle rzadko zdarza się katastrofa lotnicza, w której giną wszyscy pasażerowie". Właśnie dlatego tak przejmująca jest teza, że Rosjanie dobili strzałem w potylicę trzech ocalałych pasażerów. I kiwa się pan Berczyński w takt zawiłej pracy swoich mózgowych zwojów, bo synagoga to jednak jest marne miejsce do przeprowadzenia badań naukowych. W tym kontekście pochopną mi się zdaje zgoda Rosjan na taką formułę badania tej katastrofy, która musiała ożywić wszystkie Trupaki, których jedyną racją bytu jest wieczna nienawiść do Rosji. A panu dr Berczyńskiemu podpowiadam Opowieści Lasku Kabackiego i muzykę sfer z fortów na Okęciu. Aczkolwiek nawet zwykły powieściopisarz może starać się o przyjęcie do Polskiej Akademii Nauk, co nawet wyrozumiały prezes Michał Kleiber powita z naukowym wdziękiem. Nie wydaje mi się jednak, by dr Berczyński chciał się poddać nawet tej procedurze. Przecież wystarczy, że radiomaryjne autorytety wyniosły doktora do godności proffessora i badacza wypadków lotniczych.

Zupełnie marginalne wydają się więc dywagacje o kosztach zawracania Wisły patykiem. Koszty to wprawdzie różnorakie, aliści najbardziej wymierne są argumenty wycenione w twardej walucie. Otóż wiele razy dało się słyszeć święte oburzenie, że "kłamstwa smoleńskie" dotychczasowych badaczy są opłacane z kieszeni polskiego podatnika. Nowa komisja ma przeto sposobność pracy cechującej wolontariat lub też korzystania z potajemnych źródeł finansowania. Póki co, wielebni eksperci będą otrzymywać od robionych w bambuko potomków Polan "ok. 10 tysięcy PLN brutto". Wyrówna im to głodowe wynagrodzenie marny dodatek na tramwajowe przejazdy i ubogie stancje... Jak wiadomo, podpora demo-kracji (Wujek Sam) zażywa cielesnych rozkoszy nieopodal ulicy Wiejskiej.




piątek, 8 stycznia 2016

DUCH W PIECU ZAKLĘTY


I zaraz się pojawił...


Duch jakiś czas w piecu biwakował, ale w końcu sobie poszedł, co umożliwiło dalsze prace. Kafle zostały sklamrowane odpowiednim drutem i dno pieca wyłożyłem szamotową cegłą na zaprawie glinianej z dodatkiem mączki szamotowej. Właściwe proporcje gliny i piasku ustaliłem po wielu próbach. Konieczne okazało się także moczenie kafli i cegieł, podobnie jak przy tradycyjnej murarce.


Owóż elementarną trudnością z jaką przyszło mi się borykać, jest niemożność przycinania kafli ze względu na ich reliefową strukturę. Ostatecznym zaś potwierdzeniem dobroci glinianej zaprawy okazał się nadzwyczaj prosty test, w którym przyklejona do kafla szamotowa cegiełka zdolna była po kilku dniach unieść pokaźnego ciężaru (3,6 kg) kafel. Tym samym odsyłam inne porady w tym zakresie do śmietnika.




Trochę mitręgi się zeszło... Cały piec będzie ważył dobrze ponad tonę. A wszystko to stoi na stropie nad stajenką Donnki.






piątek, 1 stycznia 2016

SZRON

W dawnych czasach, na oknach w zimowych miesiącach, powstawały zimowe ogrody. Ta przemiana codziennej realności w rzeczywistość baśni i bajek, zdawała się niezmiennym bytem. A więc to, co widzieliśmy na okiennej szybie, istniało jeszcze bardziej, aniżeli dotykalna niektórymi zmysłami rzeczywistość. Dzisiaj zanikają baśnie i bajki tworzone w odległej pamięci zrujnowanych zamków, dworów i obronnych grodów. Zanikają fotografie naszych Babć smażących zimowe konfitury. Znikają nasi w srebrnym nalocie pleśni Dziadkowie oparci na szabli i na łęku siodła. Znika świat, który oni stworzyli – a my w nim teraz dożywamy za ich zasługą.
Mimo to wydarliśmy sobie z naszych serc pamięć o Ich dożywaniu. A więc o tej najbardziej bolesnej Istocie naszego zamierania. I co rusz staramy się wskrzesić samych siebie, których pozostawiliśmy na  bitewnych polach i w kamiennych kręgach pogańskiego ognia, na kartach zadymionych rycin i w pustych muzealnych zbrojach.
Czy to Powstanie Warszawskie, czy to jakiś inny patriotyczny wybryk – wszystko nam się kojarzy jako dojmująca klęska. Tak więc Szron zdaje się rysować wszelkie żyjące i martwe formy, bo Zima mrozi nasze serca i umysły w dojmujący deseń czarownych śniegowych płatków, w zmarzlinę wieczną, w której zasypiamy.

Szron: jak milczący dzwon Andrieja Rublowa – albo Sołżenicyn na lodowym Archipelagu.