BŁOTNE ABECADŁO

poniedziałek, 14 listopada 2016

SKIERNIEWICE, FLORIANA 4

Właściwie wszystko zaczęło się zwyczajnie. Aczkolwiek dość wieloznacznym faktem mogło być przyjęcie mnie do Związku Polskich Artystów Plastyków na podstawie tzw. dorobku twórczego. Bo przecież nazbyt mało miałem czasu, by się oddawać artystycznym studyjnym obrzędom. Malowałem więc na krześle, bo sztaluga była poza moją ówczesną możliwością realizacji. Po przebrnięciu przez dwie artystyczne komisje, w których zasiadali uznani Artyści i profesorowie ASP (Jan Tarasin chciał mnie z miejsca wziąć do swojej pracowni, Henryk Stażewski i Edward Krasiński rekomendowali mnie na piśmie, a jeszcze i Janusz Bogucki napisał o mnie opinię), kiedy ówczesny prezes Janusz Kaczmarski wręczył mi uroczyście odpowiednią legitymację, to zaraz zabrałem się za kamienie, ażeby ślad pędzla utrwalić szczególnym werniksem. I w ten pospolity sposób poniekąd zaczęła powstawać Bronna Góra.
Ale to są tylko poboczne rysunki piórkiem ważne dlatego, że bez ich zaistnienia nie byłbym  obdarowany dwiema niewiastami, które na ulicy Floriana 4 (dawnej Floriańskiej) w Skierniewicach z dawien dawna przebywały.


                               Dwa okienka przy tablicy były izdebki Zofii oknami
                             na świat. Kraty wstawiono już dla celów muzealnych.
                           W tej właśnie izbie dożywała swoich dni pani Konstancja.

Jedna, Zofia Wąsikowa, wdowa po malarzu (Stanisławie?) Wąsiku, szczególną była opowieścią. Krotochwilna i sarmacka, dwuznaczna i rubaszna, z przebiegłym chochlikiem w jednym oku gdyż drugie przesłonięte było czarną opaską. Zaś Wanda Wejher, właścicielka niewielkiej przydomowej kwiatowej szklarni, starała się trwać przy Zofii w pokornym milczeniu. (Jakie były tam stosunki własnościowe, tego w istocie nie wiem. Ale Zofia z Wandą razem w szklarni pracowały. Tak czy owak, szklarenka była jeszcze z dziewiętnastego wieku).
Mieszkały tam tedy dwie samotne niewiasty: w dwóch izbach dawnego dworku, naznaczonych jeszcze obecnością Konstancji Gładkowskiej – bo i na piecowym ozdobnym kaflu w dużej białej izbie zostało jej odbicie. Obok stało banalne czarne pianino, a o fortepianie w ogrodowej nadpalonej przybudówce jeszcze nic nie wiedziałem.


Kiedy więc przeczytałem  ogłoszenie na związkowej tablicy o oferowanej do sprzedaży sztaludze – natychmiast pojechałem.
Dworzec w Skierniewicach ostał się jak za dawnych czasów, jakby w "Lalce". Ulice też były jeszcze ciemne i ciche. Owej jesieni szedłem od dworca na chybił trafił mroczną aleją, aż potknąłem się o próg w sieni..., gdzie za ścianą trwał rozświetlony naftowymi lampami świat, który i na zewnątrz oddychał jeszcze tu i ówdzie – w pozostawionych dożywających rekwizytach.
W ciemności zapukałem w coś, co w dotyku przypominało drzwi. Ozwało się szczekanie i za chwilę między drzwiami i framugą ukazał się świetlny promyk. I stanęła Zofia opromieniona boskim światłem, i  wzięła moje zmarznięte ręce w swoje.
I zaraz wyskoczył Traf, naciskając klamkę sąsiedniej izby. Pani Zofia nie zdążyła zareagować. Skoczył ten zwirz na mnie w obronie swojej pańci i chyba w locie zmienił decyzję. (Przyszłe wypadki pokazały, że Traf traktował swoje obowiązki całkiem serio). Poczułem tylko obejmujące mnie wielkie łapy i jęzor na mojej szyi. (Ostatecznie facet był przynajmniej mojego wzrostu). Pani Zofia zupełnie oniemiała, i to tylko zdołala wykrztusić, że Traf nigdy nikogo tak nie przywitał. Traf, bo się trafił, znaleziony przez Zofię jeszcze ślepy szczeniak, umierający na żeliwnej kracie  miejskiego rynsztoku.

Kiedy dzisiaj cienkim piórkiem rysuję mój rysunek, chciałbym każdy szczegół opisać, który się błąka po mojej pamięci. Opisać, czyli darować ludziom i przedmiotom jeszcze trochę wytchnienia, jeszcze trochę czasu, który sposobi się do ich unicestwienia.


Jakie obrazy wisiały na ścianach, gdzie stał stół potężny i pradawne krzesła przy nim, lampa nad stołem z minionego wieku, głos dźwięczny Zofii i szept lękliwy Wandy w półmroku ukryty; opisać ich suknie i kapelusiki, pantofle i śniegowe kamasze, chusteczki zwiewne i chłód dotkliwy w izbach, cienie przemykające się od ulicznego parterowego okienka i ukrywające się między szafą a komodą..., nuty rozproszone pozbierać..., Marię Rycerską, siostrę Wandy, poprosić, by zechciała nadal grać na fortepianie, który od wielu lat stoi w Bronnej Górze.

Jeszcze nic się nie stało, nic się nie spełniło, świat nie jest, świat się wiecznie zaczyna – prawił mój poetycki autorytet lat chłopięcych Julian Przyboś. Cytuję te słowa prosto z głowy, czyli z niczego, bo rozwlekle trzeba by tłumaczyć ich moc, gdy skierniewicka jesienna mgła zaciera kontury i ucisza głosy.
Tak więc siedzę ja, dwudziestoletni, z Zofią przy stole, a ona wciąż mi podsuwa jakieś frykasy, konfitury i uważnie mnie obserwuje. Jako przedmiot badawczy czuję się naturalnie dość nieswojo, ale Zofia zaborczo zamierza wykorzystać moje zniewolenie i wreszcie pyta o powód mojej wizyty. Kiedy coś bąkam o sztaludze w ogłoszeniu, Zofia z szelmowskim błyskiem w oku woła: a ja od razu wiedziałam, że nie przyjechał pan do mnie bezinteresownie!
W końcu więc, rada nierada, prowadzi mnie z zapaloną świeczką przez ciemną sień do ogrodu, gdzie skrywają się kontury jakiejś budowli. Sztaluga tam ponoć jest!
 – Miałyśmy tu pożar, ale tylko połowa się spaliła.
Po omacku dreptam za Zofią i wreszcie wchodzimy do izby, gdzie są wszystkie ściany. I staję jak wryty, bo w pełgającym światełku świecy widzę – wprawdzie przykryty dywanem – ten jedyny kształt, który był przedmiotem mojego największego marzenia, gdy jako dziesięciolatek w drodze do szkoły na ulicy Borzymowskiej, wygrywałem na sztachetach opuszczonego zaczarowanego ogrodu sonaty i nokturny naszego Fryderyka. To była klawiatura mojego fortepianu!
Odrzucam dywan i unoszę klapę. Tam naprawdę są białe i czarne klawisze!
Do Zofii dopiero po dłuższej chwili dociera moje chłopięce obłąkanie.

Tamten czas powoli się dopełnia, bo ma czas.  Tam tak niewiele zostało zapisane, albowiem kres życia zdawał się nazbyt odległy, by poświęcać mu swoją uwagę. Dzisiaj, w tym zgiełku i chaosie, powracam do moich skierniewickich szeptów i szelestów codzienności, do Zofii i Wandy witających mnie w szczególnym niewieścim uniesieniu. Powracam tam, skąd w istocie przybyłem.