BŁOTNE ABECADŁO

poniedziałek, 8 maja 2017

LIST DO ANDRZEJA SZUBERTA

Wróciłem właśnie z Suwałk i zasiadłem z dobrą wiarą przed klawiaturą. Trawa na mojej leśmianowej  łące pięknie mi rośnie, bo rozsypałem zawczasu granulat wapnia dla łąki odkwaszenia, zabronowałem i deszczownię zainstalowałem.
Donnka rży do mnie kiedy mnie widzi lub usłyszy i nie mam żadnych nowych pragnień. A nawet uważam, że zanadto do moich zasług zostałem przez Swarożyca obdarowany.
Bo przecież stworzyłem tutaj z niczego moją Małą Ojczyznę. Posadziłem wiele drzew, które urosły w siłę. Jak na ten przykład ten modrzew, kiedyś rachityczna gałązka, którego pnia już przed kilku laty nie mogłem objąć. Wybudowałem także Dom mocarny nie tyle dla schronienia, co dla dania świadectwa.
Po cóż mi więc ta jakże problematyczna Ojczyzna, zasiedlona tłumem tubylczych głupków, rabusiów i skorumpowanej swołoczy, zniewolona jazgotem prostackiej propagandy, zamulona cenzorskim knutem, policyjną pałką i paralizatorem, wekslem dłużnym, katolicką amboną i patryjotyczną egzekucją?!
Przecież nie mówimy tym samym językiem, nie pochylamy się z jednaką troską nad naszą Matką Ziemią, która jest łupiona bez opamiętania. Wśród łopotu sztandarów – gdzie polska flaga służy za tablicę ogłoszeniową – klepiemy paciorki przesuwając kulki różańca i zerkając w ekrany tabletów dla lepszej pamięci. Więc (nie zaczyna się zdania od więc) jakiś usłużny klecha poprowadzi nas znów na manifestację, barykadę lub redutę, gdzie przykładnie będziemy musieli zginąć, aby nie zawieść oczekiwań dekowników i politycznych manipulatorów. Będziemy ginąć wśród tumultu znaczeń, niezrozumiałych znaków i hołdów czynionych gipsowej figurze z zamkniętymi oczami. Bo tak nam nakazuje oszukańcza katolicka tradycja zrodzona z przemocy.

W ten oto sposób – prawie jednym tchem – napisałem prolog, który zapomnianą sztukę epistolografii wznieść miał na wyżynę publicystycznej ekspresji i rozrywki. Wszakże zaraz zauważyłem, że wsiadłem na konia nazbyt chyżego, który zwyczajnie mnie poniósł.
Przecież nie jest jeszcze tak, że nie umiem się utrzymać w siodle nawet w szaleńczym cwale. Wprawdzie już nie jeżdżę konno bez ogłowia i siodła, ale mam w pamięci własną niegdysiejszą jeździecką sprawność. Moje zaś internetowe doświadczenia wyraźnie mi wskazują, że w ewentualnych polemikach mam co najwyżej do czynienia  z motłochem, który ubrany w strusie pióra zapomniał o znaczeniu zwykłej stalówki.


CDN