BŁOTNE ABECADŁO
piątek, 28 grudnia 2012
wtorek, 25 grudnia 2012
sobota, 8 grudnia 2012
poniedziałek, 19 listopada 2012
ZAGUBIONE ZNAKI
Jakże wiele imion ma narodowo-katolicka psychoza. Bo, ostatecznie, diabeł z haczykowatym nosem od wieków w ludowej tradycji usprawiedliwia tego ludu własną umysłową gnuśność, niedołęstwo i zaniechanie. Prawda, że i nie zawsze warunki były do bezinteresownego kultywowania myśli o ziemi Ojców, ale i wykreowanie ciemiężcy jakże było łatwiejsze niźli przyznanie się, że w chwili jego aktywności byliśmy zaprani, albo sarmacki duch szczał po biesiadzie do kominka.
Tak więc i dzisiaj nie umiemy napisać dla siebie nawet definicji sporu, czyli tej przestrzeni, w której nie będziemy ulegać pomieszaniu pojęć i prawidłowo odczytamy proste znaki sąsiedzkie, bo to najbliższa naszym domostwom tradycja: owe ognie na wzgórzach i słowiańskie zaklęcia.
Może tedy jest i tak, że rozum nie jest w stanie wyprodukować niczego poza własnym zniewoleniem? Ludzie w istocie wciąż poszukują łatwego do przyswojenia zbioru prawd możliwych do uwierzenia. A tu Rzeczywistość i Nierzeczywistość zamieniają się miejscami. Bo przecież abecadło nie składa się z trzech krzykliwych literek, zdolnych co najwyżej do opisania własnej katolickiej pychy.
środa, 31 października 2012
CITROEN DS 19
Nie żyję wprawdzie aż tak długo jak
kolumna dewota Zygmunta III Wazy, ale i ja byłem mimowolnym świadkiem i
takich wydarzeń, które Historia mieć będzie w głębokim poważaniu: nawet
Niemcy trzepali na Trakcie Królewskim swoje w czasie Powstania
zagrabione dywany — i w ten sposób ostali się na kartach książki Jarosława Marka Rymkiewicza...
Otóż
w poranek ów słoneczny, ja, wędrowiec młodociany i obdarty, na Nowym Świecie w Warszawie, miałem spotkanie z limuzyną czarnego koloru. Był to
citroen ds 19.
Przechodniów
przypadkowych było mało, innych limuzyn nie było żadnych. I, wyobraźcie
to sobie, byłem tylko ja na przejściu dla pieszych odmalowanym
starannie.
Tak
więc u skraju chodnika postanowiłem zaczekać, aż ten kosmiczny pojazd
zbliżający się do mnie z dostojną prędkością przejedzie, a tu widać
włączone zostały za łaską Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej —
czyli ówczesnej Najświętszej Panienki Zawsze Dziewicy — wszystkie
amortyzatory i hydrauliczne rozwory i receptory, bo pojazd zatrzymał się
z pełnym namaszczenia kołyszącym się wdziękiem tuż przed pasami, i ręka
z ekskluzywnym mankietem się wychyliła z bocznego okienka w łaskawym i
przyzwalającym geście.
Podniesiony dumnie do takiej godności polazłem przez jezdnię.
Za kierownicą citroena ds 19 siedział sam premier Józef Cyrankiewicz.
Jednak historia ta nie zakończyła się na Nowym Świecie.
Wiele lat póżniej moi znajomi w Paryżu zaprowadzili mnie do podziemnego garażu.
W kątku stał citroen ds 19, który chcieli mi darować za różne moje przysługi.
Nie przyjąłem tej darowizny.
A to dlatego, że citroen był niebieski!
21 września 2012
21 września 2012
AUTOCENZURA
Andrzejowi Szubertowi
Ten postulat oświeconego dziennikarstwa i pełzającej w jego cieniu subtelnej propagandy — nader jest wciąż żywotny. Ot, tak delikatnie, dajemy taki znak, ażeby dla dobra i szczęśliwości ludu — który ma naszą troskę najprzystojniej we własnym tyłku — powściągnąć nasz trud poszukiwania odpowiednich dla opisania sytuacji słów. (Wprawdzie ludek ten co jakiś czas gotów nam urządzić jakąś masakrę pod wizerunkiem Matki Boskiej i jej syna, koronowanego wbrew zapewne swoim intencjom na króla Polski: "Króluj nam, Chryste!"— powiada poplecznik takiego polskiego królestwa —"Zawsze i wszędzie" — odpowiada mu Iza Rostworowska, czyli Nasza Wolność Idąca Na Barykady). — Mamy się tedy wyrzec nie tylko własnej Duszy, ale i każdy ruch pióra na papierze ma być poddany szczególnym regulacjom. I to my sami mamy być własnymi nadzorcami.
Ten postulat oświeconego dziennikarstwa i pełzającej w jego cieniu subtelnej propagandy — nader jest wciąż żywotny. Ot, tak delikatnie, dajemy taki znak, ażeby dla dobra i szczęśliwości ludu — który ma naszą troskę najprzystojniej we własnym tyłku — powściągnąć nasz trud poszukiwania odpowiednich dla opisania sytuacji słów. (Wprawdzie ludek ten co jakiś czas gotów nam urządzić jakąś masakrę pod wizerunkiem Matki Boskiej i jej syna, koronowanego wbrew zapewne swoim intencjom na króla Polski: "Króluj nam, Chryste!"— powiada poplecznik takiego polskiego królestwa —"Zawsze i wszędzie" — odpowiada mu Iza Rostworowska, czyli Nasza Wolność Idąca Na Barykady). — Mamy się tedy wyrzec nie tylko własnej Duszy, ale i każdy ruch pióra na papierze ma być poddany szczególnym regulacjom. I to my sami mamy być własnymi nadzorcami.
Tak
więc zawsze w dziejach, a szczególnie po każdym odnowicielskim
przełomie, zawiązuje się towarzystwo wzajemnej adoracji, gdzie ich
rzecznikiem jest jakiś przydupas, który naturalnie dla dobra polskiej
literatury będzie nas kulturalnie namawiał na ratowanie naszego
sumienia. I tu zacznie się niechybnie rozwodzić nad korzyściami, które
naszej zniewolonej Duszy szczęśliwość niebiańską zapewnią. I, przy
okazji, uchronią tubylczą ludność i wiarę naszą chrześcijańską przed
unicestwieniem. Na końcu zaś takiego wystąpienia zmieści się jeszcze
delikatna sugestia, że nasz upór może nam przynieść tylko o nas
zapomnienie.
I
tu złowrogi krzyż się ukazuje i niebieska gwiazda — bo pod takim
znakiem znowu walą w piekielne kotły i bębny nasi dobroduszni, ożywieni
jedynie katolickim duchem, rzekomi słowiańscy bracia.
21 kwietnia 2012
21 kwietnia 2012
KAT W NIEBIAŃSKIEJ MASCE
Katolicy wciąż się chełpią, że
stanowią ponad 95 procent ludności Polski. Liczba ta wprawdzie niezbyt
odpowiada rzeczywistości, ale sądząc po ilości przybytków katolickiej
wiary i rzeszy klechów, można się zgodzić, że katolicyzm zdominował
wszelkimi metodami słowiańskiego ducha. Logicznym więc będzie wniosek,
że to właśnie katolicy są odpowiedzialni za doprowadzenie Polski do
stanu śmierci klinicznej. Mimo to chcą pod zawołaniem: "aby Bóg czuwał
nad ojczyzną" – znowu to dzieło własnego zaniechania i bezmyślności na
sztandary wynieść i Ojczyznę naprawiać. Kiedy więc Polskę chce ratować
taka Błękitna Armia, to przyjmuję tę zapowiedź jako znak złowieszczy.
Kiedy zaś krwiożerczy Polacy z Jedwabnego starali się w sadzawce przez dwie godziny odpiłować Ryfce głowę, nie mogli przypuszczać, że ta z takim trudem odpiłowana głowa będzie nadal żyła na polskim korpusie w patriotycznej i katolickiej wersji.
Ostatecznie nowe godło jest już gotowe – to błękitna Gwiazda Dawida wyrastająca z tkanek Polskiego Orła! (Projekt studia The League).
Taki oto znak (tymczasem dla potrzeb filmu izraelskiej artystki, reprezentującej polską sztukę na Biennale w Wenecji) podsuwa usłużnie niedobitkom Polan "sam" artycha Wilhelm Sasnal – tak jakoś od lat błękitnie niebiański wedle reguł pustynnych proroków!
Czyż więc można się dziwić, że polscy jeszcze piloci będą ćwiczyć swoje umiejętności w biblijnych przestworzach?
13 maja 2012
Kiedy zaś krwiożerczy Polacy z Jedwabnego starali się w sadzawce przez dwie godziny odpiłować Ryfce głowę, nie mogli przypuszczać, że ta z takim trudem odpiłowana głowa będzie nadal żyła na polskim korpusie w patriotycznej i katolickiej wersji.
Ostatecznie nowe godło jest już gotowe – to błękitna Gwiazda Dawida wyrastająca z tkanek Polskiego Orła! (Projekt studia The League).
Taki oto znak (tymczasem dla potrzeb filmu izraelskiej artystki, reprezentującej polską sztukę na Biennale w Wenecji) podsuwa usłużnie niedobitkom Polan "sam" artycha Wilhelm Sasnal – tak jakoś od lat błękitnie niebiański wedle reguł pustynnych proroków!
Czyż więc można się dziwić, że polscy jeszcze piloci będą ćwiczyć swoje umiejętności w biblijnych przestworzach?
13 maja 2012
ŁZA BORSUKA
Szedłem dzisiaj przez Puszczę i
nagle ziemia się zatrzęsła. Na wprost mnie galopował dorodny Borsuk.
Stanąłem, aby nie przyprawiać go o palpitację serca związaną ze
spotkania z ludzką Bestią, ale on zatrzymał się pięć metrów przede mną,
wysikał się w spokoju i pognał w puszczańską gęstwinę. A tuż za nim
nadbiegł drugi Borsuk, wysikał się w tym samym miejscu i pobiegł jego
śladem. I w ten sposób stałem się świadkiem borsuczej namiętności.
Aliści przypomniał mi się inny Borsuk, umierający na asfalcie w mojej obecności.
Otóż
nocą wyprzedził mnie jakiś wracający z dyskoteki samochód, czyli z
prędkością nadmierną. I zaraz zobaczyłem w światłach reflektorów
zaledwie poruszający się przedmiot na szosie. Zatrzymałem się tuż przed
nim. Przede mną leżał oddychający spazmatycznie Borsuk.
Tymczasem
do grona obserwatorów dołączyła także załoga tego samochodu, który
Borsuka przejechał. Wszyscy byli zakłopotani. Bo Borsuk — niestety — żył
jeszcze. Ale, wiadomo, koszty weterynaryjnej opieki wysokie są, i nikt
nie kwapił się z pomocą. Tak więc sprawcy wypadku szybko się oddalili.
I
oto pozostałem ja sam na szosie z potrzebującym pomocy Borsukiem. I
zacząłem sobie także przemyśliwać nad kosztami i obowiązkami. Przecież
Borsuk nie ma szans, i wystarczy, że go tutaj godnie pochowam.
I wtedy otwarło się na mnie oko Borsuka z tak bolesną wiedzą!
Borsuk — nasze sumienie!
30 marca 2012
30 marca 2012
niedziela, 28 października 2012
PRZY OGNIU W ZATOCE
Nie umieraj, mój Przyjacielu.
Ostatnie polano dogasa
Małych iskierek rój
W niebo się wzbija pół człowieka
Pół cienia...
...I każda inna, każda opuszczona
(Zatokę zakrywa jedwabna zasłona)
I każda jest szeptem...
Gdy z dzikich tych chmur
Zbliża się do mnie
Moje serce.
Dołóż choć jeszcze szczapkę brzozy
Nie chcę ich smutku.
Ostatnie polano dogasa
Małych iskierek rój
W niebo się wzbija pół człowieka
Pół cienia...
...I każda inna, każda opuszczona
(Zatokę zakrywa jedwabna zasłona)
I każda jest szeptem...
Gdy z dzikich tych chmur
Zbliża się do mnie
Moje serce.
Dołóż choć jeszcze szczapkę brzozy
Nie chcę ich smutku.
piątek, 28 września 2012
FOTOGRAFIA W MUNDURZE LOTNICZYM
Napisałem kilka wierszy o upadłych aniołach
Zbudowałem okręt jak bajeczna Hispaniola
Z łatwością nauczyłem się gry na grzebieniu.
Służyłem w gwardyjskim pułku
Miałem czapkę jak dach zimowego kościoła
W ruletce wirowałem na blaszanym wieńcu.
Chowałem szrapnel w usta
I dobosza białej skóry
(Odpadała od muru jak zaśliniona kalkomania).
Byłem poetą nubijskiego miasta
Które widzi siebie w przeciwległych zwierciadłach
I w rudych bezdrożach odwijało się moje ciało.
Jestem teraz sam
Bramy miasta
Otwiera niemy kinematograf.
Zbudowałem okręt jak bajeczna Hispaniola
Z łatwością nauczyłem się gry na grzebieniu.
Służyłem w gwardyjskim pułku
Miałem czapkę jak dach zimowego kościoła
W ruletce wirowałem na blaszanym wieńcu.
Chowałem szrapnel w usta
I dobosza białej skóry
(Odpadała od muru jak zaśliniona kalkomania).
Byłem poetą nubijskiego miasta
Które widzi siebie w przeciwległych zwierciadłach
I w rudych bezdrożach odwijało się moje ciało.
Jestem teraz sam
Bramy miasta
Otwiera niemy kinematograf.
wtorek, 18 września 2012
SWAROŻYC
Już tysiąc lat
Spoczywasz pod polskim dębem
Tak dawno wyciętym
Na koła do wozu
Donikąd.
Ty, jako i my
Śmiertelny
Czasem
W przydrożnej kapliczce
Ocalony.
W moich wędrówkach
Po białych płótnach łąk
Nad Narwią i Wisłą
Twoja twarz tak zawsze błękitna
Pochylała się nade mną z zamkniętymi oczami.
Potem tak niezdarnie
Tylko borsuczym pędzelkiem
Malowałem Twój duchowy portret.
Przed laty namalowałem taką twarz, która zrazu zdawała mi się autoportretem.
Jest już w Dziupli ten obrazek p.t. "SŁUCHAM..." z cyklu "Moja Ziemia".
Tedy go tutaj nie powtarzam. Ale też już dawno myślałem sobie po kryjomu,
że namalowałem twarz Swarożyca. I wreszcie jeszcze ktoś orzekł: To przecież twój Swarożyc!
Tedy o tym spotkaniu w Misterium Tworzenia jest ten wierszyk, z którego materią się mocuję.
Sława!
Spoczywasz pod polskim dębem
Tak dawno wyciętym
Na koła do wozu
Donikąd.
Ty, jako i my
Śmiertelny
Czasem
W przydrożnej kapliczce
Ocalony.
W moich wędrówkach
Po białych płótnach łąk
Nad Narwią i Wisłą
Twoja twarz tak zawsze błękitna
Pochylała się nade mną z zamkniętymi oczami.
Potem tak niezdarnie
Tylko borsuczym pędzelkiem
Malowałem Twój duchowy portret.
Przed laty namalowałem taką twarz, która zrazu zdawała mi się autoportretem.
Jest już w Dziupli ten obrazek p.t. "SŁUCHAM..." z cyklu "Moja Ziemia".
Tedy go tutaj nie powtarzam. Ale też już dawno myślałem sobie po kryjomu,
że namalowałem twarz Swarożyca. I wreszcie jeszcze ktoś orzekł: To przecież twój Swarożyc!
Tedy o tym spotkaniu w Misterium Tworzenia jest ten wierszyk, z którego materią się mocuję.
Sława!
piątek, 18 maja 2012
sobota, 14 kwietnia 2012
WIOSNA
Ulewa – jak pierwszy zapis kredy
Ulewa snu – Czerwony Kaptur
Rynnami biegniesz przez miasto.
Jaskółka zamyka gniazdo
Skrzydełkiem klonu
Latawcem lakmusowym.
A Ty
Między chmurami płyniesz
Niby gór falbanka odbita.
Ulewa snu – Czerwony Kaptur
Rynnami biegniesz przez miasto.
Jaskółka zamyka gniazdo
Skrzydełkiem klonu
Latawcem lakmusowym.
A Ty
Między chmurami płyniesz
Niby gór falbanka odbita.
"Czekam na Ciebie" – (fragment), gwasz
malował Błotniak z Bronnej Góry
sobota, 7 kwietnia 2012
ŁZA
Oto stoisz przede mną
Moja Łzo
Tak nieobecna.
Przybierasz czasem inną postać
Która w tobie się nie mieści.
Łzo
Nie mam nawet byle jakiej chorągiewki pod ręką
Biało-czerwonej
By zwrócić na siebie twoją uwagę.
Łzo
Przytul mnie do siebie.
Albowiem ty także
Nie możesz obyć się beze mnie.
Moja Łzo
Tak nieobecna.
Przybierasz czasem inną postać
Która w tobie się nie mieści.
Łzo
Nie mam nawet byle jakiej chorągiewki pod ręką
Biało-czerwonej
By zwrócić na siebie twoją uwagę.
Łzo
Przytul mnie do siebie.
Albowiem ty także
Nie możesz obyć się beze mnie.
środa, 21 marca 2012
SZLAKA PO POLSKU
Od granic wszelakich Rzeczypospolitej, ścielą się przez święte słowiańskie gaje widma tejże pradawnej Rzplitej zagłady. Dęby słowiańskie zmrużdżone, bogowie pogańscy wymordowani przez chrześcijan, koła dębowe do wozów dawno zgniły — tak jak gnije nam nasza, albo czyjaś i obca — Rzeczpospolita!
Tymczasem, dzięki uchwalonej przez maszynki do głosowania w roku 2006 ustawie, (Dz. Ustaw Nr 75, poz. 527 zm. Dz. Ustaw z 2008 roku Nr 235 poz. 1614) można — już całkiem bezmyślnie i bezkarnie, jak Polska długa i szeroka — zasypać Ją szlaką, czyli odpadami spalania węgla, z których utylizacją jest pewien problem, bowiem zawierają toksyczne i promieniotwórcze substancje. Wprawdzie w tej samej ustawie, na wszelki wypadek, wspomina się o konieczności spełnienia kilku warunków, ale któż by zwracał uwagę na takie dodatki, bo nie tylko można na przepchnięciu takiej ustawy godnie zarobić, ale i tubylczej ludności dać powody do radości. A radość ta ma wszelkie podstawy aby się utrwalić w zbiorowym amoku, albowiem taki np. dwutlenek siarki, będący jednym z głównych składników żużlu, świetnie rozpuszcza się w wodzie, tworząc kwas siarkawy. Dlatego szczególnie jest wskazane wysypywanie szlaki na podmokłe łąki i brzegi jezior, zaś bliskość studni i innych ujęć wody pitnej, umożliwi szybsze zapełnienie powstających jak grzyby po kwaśnym deszczu cmentarzy. Ten kierunek rozwoju gospodarki narodowej, gdzie polskimi orłami biznesu jest ksiądz i grabarz, znajduje oto swoje spełnienie.
Tak więc sypiemy ten ekologiczny gnój na nasze pradawne łąki i uroczyska, na nasze podmokłe brzegi jaćwieskich jezior — ażeby własną twarz zobaczyć. Bo tylko ona, nasza rodzinna maszkara, może nam zdradzić sens naszego na Tej Ziemi istnienia.
Kiedy więc pan Gerwazy w samobójczym geście protest wznosi, to prawie wszyscy mają go za półgłówka.
Bo też trudno ustrzec się przed taką kwalifikacją, gdy nawet w polskim parku narodowym gospodarują dwaj przemyślni polscy bogowie: wandal i imbecyl — rozgrzeszeni przed konfesjonałem!
Bo też trudno ustrzec się przed taką kwalifikacją, gdy nawet w polskim parku narodowym gospodarują dwaj przemyślni polscy bogowie: wandal i imbecyl — rozgrzeszeni przed konfesjonałem!
wtorek, 28 lutego 2012
ŻYCIE PO ŻYCIU
Życie w teatralnym bufecie wyraźnie zdycha, gdy manifestacja rzadkiej wśród intelektualistów i Artystów solidarności zmierza do ocenzurowania nawet zwolennika cenzury — w najbardziej świetlistej postaci — wymiatając przy okazji swoim cenzorskim ogonem pachnący świeżonką wątek: prawdziwa to bufetowa świeżonka! A przecież od dawna wiadomo, że Belzebub pożera również własne dzieci.
Daje się także zauważyć ogłoszona w trybie nagłym mobilizacja pozostających dotąd w magazynach szmacianych kukiełek, których głosy zdają się imitować orkiestrę grającą bez instrumentów. Odtwórcom zaś różnych ról, zaczyna wyraźnie doskwierać atmosfera spektaklu granego przy pustawej sali. I z mroku wyziera tylko papierowe Monstrum Cenzora o jakże wielu obliczach.
W innym zaś bufetowym teatrzyku odbywa się premiera sztuki "Chwalebna Historya Dwudziestu Lat Wyrywania Chwastów" — w reżyserii Agnieszki Holland i Adasia Michnika — na ten przykład. Ta długoletnia akcja oczyszczania polskiej kultury ze zbędnych elementów, dała tak znakomite rezultaty, że nawet aktorzy obsadzani zawsze tylko w głównych rolach, ogłaszają z bolesnym zdumieniem swoje wyroki.
Jak wtedy, gdy w lutowy dzień 1953 roku, za murem mokotowskiego więzienia, mordowano bez nazbyt wielu słów polskiego generała Augusta Emila Fieldorfa, który nakazał — w czas niemieckiej zbrodniczej okupacji — wykonać rozkaz likwidacji kata Warszawy Kutschery. I oto dzisiaj Jego kaci i ich mentalni spadkobiercy ukrywają się za swoją skrywaną tożsamością, nazywając polską pamięć "rasizmem, ohydą i podłością",
Jak wtedy, gdy Artyści i Pisarze tworzyli nowe dzieła — wpychając knebel torturowanej Polsce! Jak wtedy, gdy do dobrych manier zaliczano eliminację tych Artystów, którzy mieli wstydliwe skrupuły. Albowiem do dziś z szczególnym wdziękiem pląsa sobie taki oto pogląd, że ludzka nikczemność może być rozgrzeszona przez boskie dzieło. Tak więc knebel w ustach albo piasek w oczodołach nie są dobrą rekomendacją.
W innym zaś bufetowym teatrzyku odbywa się premiera sztuki "Chwalebna Historya Dwudziestu Lat Wyrywania Chwastów" — w reżyserii Agnieszki Holland i Adasia Michnika — na ten przykład. Ta długoletnia akcja oczyszczania polskiej kultury ze zbędnych elementów, dała tak znakomite rezultaty, że nawet aktorzy obsadzani zawsze tylko w głównych rolach, ogłaszają z bolesnym zdumieniem swoje wyroki.
Jak wtedy, gdy w lutowy dzień 1953 roku, za murem mokotowskiego więzienia, mordowano bez nazbyt wielu słów polskiego generała Augusta Emila Fieldorfa, który nakazał — w czas niemieckiej zbrodniczej okupacji — wykonać rozkaz likwidacji kata Warszawy Kutschery. I oto dzisiaj Jego kaci i ich mentalni spadkobiercy ukrywają się za swoją skrywaną tożsamością, nazywając polską pamięć "rasizmem, ohydą i podłością",
Jak wtedy, gdy Artyści i Pisarze tworzyli nowe dzieła — wpychając knebel torturowanej Polsce! Jak wtedy, gdy do dobrych manier zaliczano eliminację tych Artystów, którzy mieli wstydliwe skrupuły. Albowiem do dziś z szczególnym wdziękiem pląsa sobie taki oto pogląd, że ludzka nikczemność może być rozgrzeszona przez boskie dzieło. Tak więc knebel w ustach albo piasek w oczodołach nie są dobrą rekomendacją.
wtorek, 21 lutego 2012
JAPOŃSKI DRZEWORYT
Nad rzeką Uchi
Na skraju lasów Suijin
W wiosce Sekiya
Żył Utagawa Hiroshige
Wśród kamieni i mchów
Pędzelków i czarnego tuszu.
Mijały lata wśród koników polnych
Wciąż tą samą ścieżką
Chodził ksiądz Twardowski.
Od czasu do czasu
Na gościniec
Wychodziła posępna zbroja.
Mrugało oko u ugiętych kolan.
Wokół biegały łzy
Jak źrebaki nad Wisłą.
Dwór w Głuchach milczał
Jak przystało na Poetę.
Na skraju lasów Suijin
W wiosce Sekiya
Żył Utagawa Hiroshige
Wśród kamieni i mchów
Pędzelków i czarnego tuszu.
Mijały lata wśród koników polnych
Wciąż tą samą ścieżką
Chodził ksiądz Twardowski.
Od czasu do czasu
Na gościniec
Wychodziła posępna zbroja.
Mrugało oko u ugiętych kolan.
Wokół biegały łzy
Jak źrebaki nad Wisłą.
Dwór w Głuchach milczał
Jak przystało na Poetę.
"Błotniak w Zbroi Posępnej" — szkic do dekoracji
sobota, 18 lutego 2012
NAUKA PERSPEKTYWY
Słowo nigdy nie miało oblicza
Więc i nie miało zasłony.
Słowo było światłem
Lecz światłem zgaszonym.
Koła słowa toczyły
Nieme młyny mieliły.
Nad równiną zwisała
Noc zdawkowa.
Więc i nie miało zasłony.
Słowo było światłem
Lecz światłem zgaszonym.
Koła słowa toczyły
Nieme młyny mieliły.
Nad równiną zwisała
Noc zdawkowa.
"IN STATU NASCENDI" – gwasz
malował Błotniak z Bronnej Góry
czwartek, 9 lutego 2012
sobota, 4 lutego 2012
ZIMA POLSKA
Zimą ospałą, do chmur dojrzałą w białych bluszczach
Gdy dzień przed dniem rozwija świtanie
Wejdź do mego Domu, gdzie za kotarą
Jest białe miejsce po ogniu już zbytecznym.
Zimą ospałą wozy podróżne
Ostatni z tylnej straży całun na niebo napina
Trumiennych widząc złote szeregi
Gdzie pole — kołysząc się — widnokrąg pełniło.
Tu, u stóp piastowskiego zamczyska
Na tych śmiertelnych białych poduszkach
Tlą się nasze prochy.
Gdy dzień przed dniem rozwija świtanie
Wejdź do mego Domu, gdzie za kotarą
Jest białe miejsce po ogniu już zbytecznym.
Zimą ospałą wozy podróżne
Ostatni z tylnej straży całun na niebo napina
Trumiennych widząc złote szeregi
Gdzie pole — kołysząc się — widnokrąg pełniło.
Tu, u stóp piastowskiego zamczyska
Na tych śmiertelnych białych poduszkach
Tlą się nasze prochy.
sobota, 28 stycznia 2012
poniedziałek, 23 stycznia 2012
RYMOWANKA ZIMOWA
Widzę ciebie, jakbym słyszał
Znakiem ocalałym z trwogi
Dziś już pełna – jutro pusta
Ja sam – w brzeg ptasiego płótna
Słyszę kroki...
Więc rozdmuchaj mnie już dzisiaj
Moja Zimo biała, wierna
Swym dmuchawcom dodaj tchu
Niech popłynę w biały bezmiar
Tak jak w lodzie płynie lód...
– Sufit płynie w trąbce słonia
Sny zamknięte w biały wór
A za oknem Zima czarna
Opuszczona.
Znakiem ocalałym z trwogi
Dziś już pełna – jutro pusta
Ja sam – w brzeg ptasiego płótna
Słyszę kroki...
Więc rozdmuchaj mnie już dzisiaj
Moja Zimo biała, wierna
Swym dmuchawcom dodaj tchu
Niech popłynę w biały bezmiar
Tak jak w lodzie płynie lód...
– Sufit płynie w trąbce słonia
Sny zamknięte w biały wór
A za oknem Zima czarna
Opuszczona.
BAL W OPERZE
Dramat w dwóch aktach
Osoby:
OFIR LAVIE – izraelski tancerz, solista Polskiego Teatru Tańca, przybyły przed rokiem do Polski.
ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERIN – zastępca dyr. Teatru Wielkiego w Poznaniu, matka żydowskiego dziecka uczęszczającego do przedszkola i żydowskiej szkoły Fundacji Ronalda S. Laudera.
WOJTEK SZAJSTEK – pracownik dekoratorni, kuśnierz z zawodu i miłośnik wędkarstwa, widmo Adolfa Hitlera.
ALON SIMHAYOFF – attasche kulturalny ambasady Izraela.
MICHAŁ ZNANIECKI – dyrektor Teatru Wielkiego w Poznaniu.
STATYŚCI – dziennikarze i głosy ludu.
AKT I
Jest 9 listopada 2009 roku. Scena Teatru Wielkiego. Trwa próba "Alexanderplatz". Uroczysta premiera przewidziana jest na 11 listopada, Święto Niepodległości. W oddaleniu nad stawem posąg konny biały.
OFIR LAVIE – Cóż ja widzę, tam, za kotarą! Adolf Hitler patrzy na mnie! Straż! Aresztujcie tego drania, wyrwijcie mu te kły i obetnijcie mu ten wąsik! Ach, ja tańczyć już nie mogę! Słyszę zewsząd jakieś podniesione głosy... te polskie obozy...
ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERIN – Jakie głosy, kto mnie wzywa! Tańczyć trzeba, ale ja tę próbę zrywam!
OFIR LAVIE - (Łykając kolejny proszek) – Kto ty jesteś nędzna pani! Ja przez taniec swój wyrażam narodu mego wielkość. Nie pozwolę! Nie pozwolę twemu "pieprzonemu narodowi" kalać tej wielkości! "Ten cholerny naród"...
ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERIN – "Ty pierdolony Żydzie!"
OFIR LAVIE – "Ty pierdolona nazistko!" (Rwie się do rękoczynów, ale zostaje powstrzymany)
WOJTEK SZAJSTEK -– Komuś tu puściły nerwy. Ja zniewagi nie wybaczę. Ludu! Broń honoru swego! Kościuszki maciejowicka szabla teraz w naszych rękach! (Zdejmuje czarne ubranie i przebiera się w białą powłóczystą szatę albo odzienie Wernyhory – albo mundur polskiego generała, wynajętego do brudnej roboty).
OFIR LAVIE – Kto tu krzyczy!? Ja poskarżę się gdzie trzeba! Ambasada Izraela bronić będzie mnie! Cały świat musi to usłyszeć! (Wrzask) Antysemityzm! Antysemityzm! Antysemityzm! (W tle płaczą tancerki, bo to wyssany z mlekiem matki, jakże polski antysemityzm, wyśpiewany przejmująco przez Pawła Śpiewaka). – Largo!
AKT II
W ambasadzie izraelskiej światła palą się przez całą noc. Obraduje sztab szybkiego reagowania na przejawy polskiego złowieszczego antysemityzmu. Skarga żydowskiego tancerza wzbudza też popłoch w Ministerstwie Zaprzaństwa Narodowego. Sam Minister doznaje sraczki umysłowej i znika w swych prywatnych apartamentach. W pobliskiej synagodze nieznani sprawcy podpalają drzwi. Ktoś oblewa farbą nagrobki na żydowskim cmentarzu. Na tramwajowych przystankach pojawiają się napisy "Żydzi do gazu". Pan Alon Simhayoff zwołuje konferencję prasową. (Wstęp tylko za imiennym zaproszeniem). Była już pani dyrektor przytula swe żydowskie dziecko... Dyrektor Znaniecki zmienia mokre gacie. Posąg konny biały znika dla świętego spokoju w ciemnościach.
ALON SIMHAYOFF – Tego już za wiele! Nie będzie nam jakaś Polka pluła w twarz! My tym zainteresujemy się!
ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERIN – Ja przepraszam. Mnie wybaczyć trzeba. Tańczyć umiem też. (Zaczyna w rytmie poloneza, ale po chwili kołysze się jakoś inaczej).
ALON SIMHAYOFF – Kto powierzył ci tę rolę? (Grzmoty). Kto twe dziecko natchnął myślą złą? Nienawiścią jakże polską! (Grzmoty i wichura).
ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERIN – Ja starałam się jak mogłam. Ale on mnie zamordować chciał. Dziecko moje sierotą by zostało. Bo przecież nie miernotą. (Posąg konny biały na chwilę wynurza się z ciemności, ale po chwili zniechęcony znika powtórnie).
DZIENNIKARZ – Oto nasza polska prawość! Hańbą okryliśmy się! (Lud wzburzony chce stawiać szubienice, ale nie wie jeszcze dokładnie dla kogo).
MICHAŁ ZNANIECKI – Ja tę panią wyrzucam na bruk! Ona ubliżyła mnie. Nie ma dla niej kary. To jeden Jahwe wie. (Znów zmienia mokre gacie, trzęsie się cały z zimna i wiatru przenikliwego. Słychać tupot nóg podchorążych).
ALON SIMHAYOFF -– My badamy. My za nic tak poważnej sprawy nie oddamy. (Ukazuje się rabin Joskowicz z palcem karzącym).
MICHAŁ ZNANIECKI – My z Gminą Żydowską współpracujemy. Przy jej pomocy "Brundibana" realizujemy. Nie może, ach, doprawdy nie umiem tego wyrazić... nie może (Powstrzymuje czkawkę), nie może mnie reprezentować antysemita tak zwyrodniały.
KODA
Ciemne chmury podświetlone migającym reflektorem spowijają scenę. Wojtek Szajstek wybiega z dekoratorni i dramatycznym gestem łamie wędkę. Szable spadają z rumorem ze ścian. Król Jan Sobieski sam zamyka za sobą wieko swojej ciasnej trumny. Wkrótce posąg konny biały występuje w niepodległościowej paradzie, by po tej patriotycznej manifestacji odjechać do rzeźni.
Jest 11 listopada, Święto Niepodległości!
Polski Teatr Tańca z żydowskim solistą!
Na cmentarzu w Krzywopłotach trwa jeszcze pod mchem zapomniane epitafium; jeszcze czułym dotykiem ręki odczytać je można. W nieodległym zamczysku zapadają się ściany... Między Kluczami a Wolbromiem, na Piastowskim Szlaku, w dniu 11 listopada, powiewa jedna polska chorągiew.
30 listopada 2009
AKT II
W ambasadzie izraelskiej światła palą się przez całą noc. Obraduje sztab szybkiego reagowania na przejawy polskiego złowieszczego antysemityzmu. Skarga żydowskiego tancerza wzbudza też popłoch w Ministerstwie Zaprzaństwa Narodowego. Sam Minister doznaje sraczki umysłowej i znika w swych prywatnych apartamentach. W pobliskiej synagodze nieznani sprawcy podpalają drzwi. Ktoś oblewa farbą nagrobki na żydowskim cmentarzu. Na tramwajowych przystankach pojawiają się napisy "Żydzi do gazu". Pan Alon Simhayoff zwołuje konferencję prasową. (Wstęp tylko za imiennym zaproszeniem). Była już pani dyrektor przytula swe żydowskie dziecko... Dyrektor Znaniecki zmienia mokre gacie. Posąg konny biały znika dla świętego spokoju w ciemnościach.
ALON SIMHAYOFF – Tego już za wiele! Nie będzie nam jakaś Polka pluła w twarz! My tym zainteresujemy się!
ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERIN – Ja przepraszam. Mnie wybaczyć trzeba. Tańczyć umiem też. (Zaczyna w rytmie poloneza, ale po chwili kołysze się jakoś inaczej).
ALON SIMHAYOFF – Kto powierzył ci tę rolę? (Grzmoty). Kto twe dziecko natchnął myślą złą? Nienawiścią jakże polską! (Grzmoty i wichura).
ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERIN – Ja starałam się jak mogłam. Ale on mnie zamordować chciał. Dziecko moje sierotą by zostało. Bo przecież nie miernotą. (Posąg konny biały na chwilę wynurza się z ciemności, ale po chwili zniechęcony znika powtórnie).
DZIENNIKARZ – Oto nasza polska prawość! Hańbą okryliśmy się! (Lud wzburzony chce stawiać szubienice, ale nie wie jeszcze dokładnie dla kogo).
MICHAŁ ZNANIECKI – Ja tę panią wyrzucam na bruk! Ona ubliżyła mnie. Nie ma dla niej kary. To jeden Jahwe wie. (Znów zmienia mokre gacie, trzęsie się cały z zimna i wiatru przenikliwego. Słychać tupot nóg podchorążych).
ALON SIMHAYOFF -– My badamy. My za nic tak poważnej sprawy nie oddamy. (Ukazuje się rabin Joskowicz z palcem karzącym).
MICHAŁ ZNANIECKI – My z Gminą Żydowską współpracujemy. Przy jej pomocy "Brundibana" realizujemy. Nie może, ach, doprawdy nie umiem tego wyrazić... nie może (Powstrzymuje czkawkę), nie może mnie reprezentować antysemita tak zwyrodniały.
KODA
Ciemne chmury podświetlone migającym reflektorem spowijają scenę. Wojtek Szajstek wybiega z dekoratorni i dramatycznym gestem łamie wędkę. Szable spadają z rumorem ze ścian. Król Jan Sobieski sam zamyka za sobą wieko swojej ciasnej trumny. Wkrótce posąg konny biały występuje w niepodległościowej paradzie, by po tej patriotycznej manifestacji odjechać do rzeźni.
Jest 11 listopada, Święto Niepodległości!
Polski Teatr Tańca z żydowskim solistą!
Na cmentarzu w Krzywopłotach trwa jeszcze pod mchem zapomniane epitafium; jeszcze czułym dotykiem ręki odczytać je można. W nieodległym zamczysku zapadają się ściany... Między Kluczami a Wolbromiem, na Piastowskim Szlaku, w dniu 11 listopada, powiewa jedna polska chorągiew.
30 listopada 2009
sobota, 21 stycznia 2012
MICHALKIEWICZ NA KOŹLE
Ten mój Gerwazy sprowadza na mnie same zgryzoty; gdzie tylko dzioba otworzy, zaraz skandal wywoła!
Jak cytowany przeze mnie tekścik w dawnym teatralnym bufecie umieścił, to w niedługim czasie powstał tam taki ferment, że i niebawem doszło do samozagłady tego teatralnego umysłowego imperium. Wprawdzie mam na Gerwazego pewien wpływ, ale nie mogę przecież wszędzie za nim latać i dzioba jego pilnować!
I tak znowu polazł ten jegomość na forum, które dodatkiem do kożucha publicystycznej działalności Stanisława Michalkiewicza jest. Kożuch ten, prócz tego, że zdaje się robić trochę bokami — aby nie podpaść pod definicję falsyfikatu — wyraźnie jest jednak zaatakowany przez insekty, bowiem noszony na każdą okazję, nie ma nawet czasu, aby poleżeć sobie spokojnie w szafie nakryty choćby gałązkami bagna i przysypany naftaliną. Ten używany przez nasze babcie środek ma dobroczynne działanie dla wszelkich twórców w walce z upływającym czasem, który jakże często sprowadza dawne nadmuchane przez różne okoliczności wielkości do stanu równowagi.
W tym to zgromadzeniu i ja kiedyś swoje krzywe literki ustawiałem – tylko pod swoim błotnym imieniem - i doznałem tam takiej satysfakcji, że nieporadne moje teksty zyskały aż tak wielki aplauz wśród innych wybitnych "pisarzów" i ukrytego zmyślnie cenzora, tak nie były godne wszelkiej uwagi i polemiki, że nieboraki nie widziały innego wyjścia, jak ich unicestwienie i jakże twórczą prostacką manipulację.
Ma ten wypadek przy pracy kilka dodatkowych aspektów, które warto może by było rozwinąć, ale najbardziej zaprząta mnie w tej chwili skala determinacji, z jaką różne insekciki zagnieździły się w gniazdeczku jak najbardziej patriotycznym.
A i to jeszcze moją uwagę zaprząta, czy pana Stanisława Michalkiewicza jakieś nieznane siły posadziły na kozła niedawnymi czasy, czy on już tego kozła od dawna dosiada...?
3 lipca 2010
Jak cytowany przeze mnie tekścik w dawnym teatralnym bufecie umieścił, to w niedługim czasie powstał tam taki ferment, że i niebawem doszło do samozagłady tego teatralnego umysłowego imperium. Wprawdzie mam na Gerwazego pewien wpływ, ale nie mogę przecież wszędzie za nim latać i dzioba jego pilnować!
I tak znowu polazł ten jegomość na forum, które dodatkiem do kożucha publicystycznej działalności Stanisława Michalkiewicza jest. Kożuch ten, prócz tego, że zdaje się robić trochę bokami — aby nie podpaść pod definicję falsyfikatu — wyraźnie jest jednak zaatakowany przez insekty, bowiem noszony na każdą okazję, nie ma nawet czasu, aby poleżeć sobie spokojnie w szafie nakryty choćby gałązkami bagna i przysypany naftaliną. Ten używany przez nasze babcie środek ma dobroczynne działanie dla wszelkich twórców w walce z upływającym czasem, który jakże często sprowadza dawne nadmuchane przez różne okoliczności wielkości do stanu równowagi.
W tym to zgromadzeniu i ja kiedyś swoje krzywe literki ustawiałem – tylko pod swoim błotnym imieniem - i doznałem tam takiej satysfakcji, że nieporadne moje teksty zyskały aż tak wielki aplauz wśród innych wybitnych "pisarzów" i ukrytego zmyślnie cenzora, tak nie były godne wszelkiej uwagi i polemiki, że nieboraki nie widziały innego wyjścia, jak ich unicestwienie i jakże twórczą prostacką manipulację.
Ma ten wypadek przy pracy kilka dodatkowych aspektów, które warto może by było rozwinąć, ale najbardziej zaprząta mnie w tej chwili skala determinacji, z jaką różne insekciki zagnieździły się w gniazdeczku jak najbardziej patriotycznym.
A i to jeszcze moją uwagę zaprząta, czy pana Stanisława Michalkiewicza jakieś nieznane siły posadziły na kozła niedawnymi czasy, czy on już tego kozła od dawna dosiada...?
3 lipca 2010
czwartek, 12 stycznia 2012
ARS POETICA
Stanisławowi Grochowiakowi
Kiedy przychodzę
Zamieniam słuch na głos
I w rękach ściskam
Blaszki zimowych wartowni.
Nikt nie może mnie rozpoznać.
Wchodzę
I widzę siebie w tym samym pokoju
Jak niegdyś
W płonących korytarzach
Gdy zamykałem się w kuferku
Z przeźroczami.
I wszystko jest jak w dzieciństwie
Gdzie koń był
Podbiegunowy
A moja twarz blakła o świcie
W szkiełku wygasłej latarni.
Kiedy przychodzę
Zamieniam słuch na głos
I w rękach ściskam
Blaszki zimowych wartowni.
Nikt nie może mnie rozpoznać.
Wchodzę
I widzę siebie w tym samym pokoju
Jak niegdyś
W płonących korytarzach
Gdy zamykałem się w kuferku
Z przeźroczami.
I wszystko jest jak w dzieciństwie
Gdzie koń był
Podbiegunowy
A moja twarz blakła o świcie
W szkiełku wygasłej latarni.
(To jest jeszcze mój "dziecinny" wierszyk, który zadedykowałem przed laty Stanisławowi Grochowiakowi, ale nigdy nie ośmieliłem się podać go do druku z tą dedykacją. Wciąż Grochowiaka chcę pomieścić w moim "Błotnym abecadle", ale i wciąż serce mi zanadto bije... Tedy, dla ułomnej pamięci, zapodaję poniżej linoryt mój malowany, który dedykowałem Józefowi Gielniakowi – a tenże miał, tuszę, specjalne miejsce w sercu Stanisława. Ot, taka zaledwie sygnaturka... Bo któż dzisiaj chce pamiętać o Gielniaku i Grochowiaku, gdy tak niezłomnie idziemy w zaparte, że unicestwianie Rzplitej nie odbywa się za naszym udziałem i przyzwoleniem.)
"SYGNATURKA – pamięci Józefa Gielniaka" – linoryt malowany
malował Błotniak z Bronnej Góry
"SYGNATURKA – pamięci Józefa Gielniaka" – linoryt malowany
malował Błotniak z Bronnej Góry
czwartek, 5 stycznia 2012
sobota, 31 grudnia 2011
DO SIEGO ROKU
Tak sobie dywaguję, że mam na tych błotniaczych stronach 6 (sześciu) czytelników.
Przynajmniej jeden z nich obserwuje moją działalność z prawdziwym znużeniem, bowiem żadnego mojego tekstu nie jest w stanie ten obywatel rozwikłać, co przepełnia moją duszę bolesnym współczuciem. Obowiązki zawodowe zmuszają go jednak do kultywowania czujności nabytej na odpowiednich kursach i pisania kwartalnych sprawozdań – co odpowiednie służby starają się równie nieudolnie sylabizować na pohybel piastowskim kreaturom, za nic mając marność swego żywota.
Trudna to i niewdzięczna praca, ale z czegoś trzeba żyć!
Drugi sylabizuje moje literki z wprawą wykształconego polonisty. Przecinki mi przestawia i szyk zdań odwraca. Tego nie śmiem podejrzewać o pracę na zlecenie, bowiem w istocie dobroduszny to osobnik jest.
Trzeci czyta i wciąż nie może się oswoić, że tę umiejętność posiadł w wystarczającym stopniu. Lękliwy więc jest i przeto mało przydatny do rewolucyjnych zadań.
Czwarty to ten, którego nierozważnie obśmiałem kiedyś z czułością. Tej zniewagi wybaczyć mi nie umie i duka, i ślęczy, i zwija się w patriotycznej męce, w przedśmiertnym grymasie, aby tylko nitkę jedną do zacerowania swej dziurawej skarpety schwytać!
Temu sprzyjam i czytanie powtórne w skupieniu zalecam.
Piąty czytelnik sprzyja mnie samemu i cieszy go celnie wypuszczona strzała.
Aliści strzała ta nie po to jest, by zabijać, jeno do bezinteresownej wymiany myśli skłonić!
Ten szósty wyrobnik – to ja sam!
Wprawdzie staram się czytać to, co sam dobrowolnie napiszę, ale wciąż podejrzewam siebie o najbardziej nikczemne inspiracje.
I tak sobie żyjemy.
P.S.
Wszystkim moim Czytelnikom, którzy w gościnie w Dziupli Błotniaka bywają, składam w Nowym Roku mój sarmacki pokłon i dobra wszelakiego życzę; także i tym, których moje teksty złoszczą: Od siego do siego roku!
Tyleż z nas, ile Rzeczpospolita nas potrzebuje!
P.S.
Wszystkim moim Czytelnikom, którzy w gościnie w Dziupli Błotniaka bywają, składam w Nowym Roku mój sarmacki pokłon i dobra wszelakiego życzę; także i tym, których moje teksty złoszczą: Od siego do siego roku!
Tyleż z nas, ile Rzeczpospolita nas potrzebuje!
środa, 16 listopada 2011
RECTE FACTI FECISSE MERCES EST
"Nagrodą za dobry czyn jest to, że się go dokonało" – powiadał Seneka Młodszy.
W Polsce, tej jeszcze Polsce, taka nagroda jest w głębokim poważaniu – co najwyżej spowoduje zniecierpliwione wzruszenie ramion i puknięcie się w czoło, jako znak postradania zmysłów i poczucia rzeczywistości.
Bowiem splendor, nie przystający do zasług, jest największym łupem, jakim można się poszczycić w "służeniu" Rzeczypospolitej.
A więc awanse, sarkofagi, medale, synekurki, odprawy, zapomogi dla równiejszych, niebotyczne dla normalnego śmiertelnika pensje... i ta postępująca ślepota – to atrybuty klasy, która lubi powtarzać, że w tak ciężkich warunkach realizuje narodowy mesjanizm (dla wybrańców).
Gdzieś obok trwa – jeszcze w milczeniu – skasowana klasa potomków Polan, której zagipsowano usta, na głowy nałożono worki po medialnej sieczce. Grają trąbki, pochylają się sztandary, z nieba zaczyna spadać ogień Apokalipsy i skrzydła samolotów.
A przecież tak jeszcze niedawno odbyliśmy w podniosłym nastroju obowiązkowe ćwiczenia ze zdolności przeżywania chwilowych patriotycznych uniesień. Okazało się, że bardziej zdolni jesteśmy opłakiwać ofiary nieszczęśliwego wypadku – zawinionego zespołem przyczyn złożonych, zwanych w skrócie nadmierną kawaleryjską fantazją – niźli utratę Rzeczypospolitej.
Ale jeśli rozbicie się prezydenckiego samolotu jest takim własnie "największym powojennym nieszczęściem", to już żadną miarą nie da się przywrócić właściwych proporcji między tzw. polską duszą, polskim sercem i rozumem. Toniemy bowiem w masie odpadków, które sami tworzymy.
W tej sytuacji, aby nie przedłużać własnej agonii, opuszczeni dramatycznie przez elity – których wywyższenie przybrało wymiar tak niespodziewany także dla nich samych – umocnieni wiarą, że najlepiej wygląda nasza piastowska wspólnota na egzekwiach i paradach – wspomnijmy choć przez chwilę na ten grób skromny na Bródnie, w którym spoczywają doczesne szczątki Romana Dmowskiego. Daleko im przecież do splendoru truchła, które zajmuje miejsce w wawelskiej nekropolii.
A przecież tak jeszcze niedawno odbyliśmy w podniosłym nastroju obowiązkowe ćwiczenia ze zdolności przeżywania chwilowych patriotycznych uniesień. Okazało się, że bardziej zdolni jesteśmy opłakiwać ofiary nieszczęśliwego wypadku – zawinionego zespołem przyczyn złożonych, zwanych w skrócie nadmierną kawaleryjską fantazją – niźli utratę Rzeczypospolitej.
Ale jeśli rozbicie się prezydenckiego samolotu jest takim własnie "największym powojennym nieszczęściem", to już żadną miarą nie da się przywrócić właściwych proporcji między tzw. polską duszą, polskim sercem i rozumem. Toniemy bowiem w masie odpadków, które sami tworzymy.
W tej sytuacji, aby nie przedłużać własnej agonii, opuszczeni dramatycznie przez elity – których wywyższenie przybrało wymiar tak niespodziewany także dla nich samych – umocnieni wiarą, że najlepiej wygląda nasza piastowska wspólnota na egzekwiach i paradach – wspomnijmy choć przez chwilę na ten grób skromny na Bródnie, w którym spoczywają doczesne szczątki Romana Dmowskiego. Daleko im przecież do splendoru truchła, które zajmuje miejsce w wawelskiej nekropolii.
niedziela, 23 października 2011
poniedziałek, 17 października 2011
niedziela, 2 października 2011
NIEDŹWIADEK A SPRAWA POLSKA
Po zamordowaniu w roku 1980 Misia Kondrackiego przez bohaterskiego "strażnika" Tatrzańskiego Parku Narodowego Mariana Werona, który wpakował w Misia kilka kul i mimo to Kondracki zdołał uciec, by potem konać przez dwa dni — zamordowany w jesieni roku 2007 Niedźwiadek nie miał nawet takiej szansy. Bo przecież morderstwa dokonali zapewne bardziej wykształceni niż ów zbrodniczy kretyn rozzuchwaleni mołojcy. Odbył się ten tragiczny spektakl w dniu wyborczego przestawienia Polski na normalność, uzyskując miano symbolu. Nośność tego symbolu wydaje mi się na tyle znacząca, że zakatowanie Niedźwiadka nie powinno odejść w mglistść, bowiem niektóre niedobitki Polan starają się odszukć – mimo wszystko – swoją tożsamość.
Bo przecież, mimo wielu prób dezinformacji w postaci fałszerskich artykułów — mających uzasadnić heroizm morderców — nie udało się jednak zatrzymać w niebycie ostatecznej informacji o sposobie zakatowania (utopienia) Niedźwiadka w potoku. Mordercy mieli uraz opuszka palca (kobieta) i drobne otarcia naskórka — dość oczywiste "rany" dla osobników przytrzymujących głowę Niedźwiadka pod wodą kamienistego potoku i walących w tę głowę kamieniem.
Niedźwiadki rodzą się na przełomie stycznia i lutego, więc w najlepszym razie Misiek miał ok. 18 miesięcy, a to oznacza, że był dzieckiem, które najprawdopodobniej oddaliło się od matki, i tylko żałować należy, że ci nabuzowani kulturą dla debili mołojcy nie mieli możliwości spotkania z prawdziwym, rozjuszonym w dodatku obroną swego dziecka niedźwiedziem.
Na śniegu leżał różaniec. Oto ich modlitwa za Ojczyznę!
![]() |
rysowała Błotniaczka
piątek, 30 września 2011
PIELGRZYMOWAĆ DO POLSKI
Podobno siedem milionów pielgrzymów z kraju nazywanego: Poland, Pologne, Lechistan, Ubekistan, Polen, Polonia, Judeopolonia, PRL, Polsza, Priwislanskij Kraj etc. — rusza każdego roku na objazd świata po Chrystusowych śladach i ich emanacjach. Szlaki te znaczą wypalone autobusy i zwęglone ciała pielgrzymów. Na podobieństwo rycerzy średniowiecznej Europy chcemy dać świadectwo trwałości chrześcijańskiej wiary i naszego do niej przywiązania i — nie bacząc na koszty — opuszczamy naszą Ojczyznę na mechanicznych rumakach i w pątniczych szatach, w kurzu i trudzie, oderwani dramatycznie od telenoweli i komunikatu o stanie wód. Przy okazji obejrzymy sobie to i owo, czyli ciekawostki z folderów biur podróży — i nie tak już literalnie będzie nas ścigać poczucie zmarnowanego żywota.
Nic to, że podczas naszej pielgrzymki Belzebub nawiedzi nasz dom i zrobi kupę na środku izby, ażeby nam zamieszkiwanie na naszej ojcowiźnie obrzydzić; nic to, że dopisze się do aktu notarialnego i wyciągnie z naszej szafy pachnące naftaliną suknie naszej babci, włoży surdut naszego dziadka, a na kończyny wszystkie nasze zegarki. Nic to, że płot nam się wali, dach przecieka, z zsypu cuchnie, park narodowy zalewamy asfaltem, albo wycinamy w pień aleję mocarnych topoli na brzegu jeziora, których potrzebuje akurat szwagier Belzebuba. Nic to, że Belzebub utworzy następną partię, zawrze następną koalicję, bo nasza wiara w moc Belzebuba jest święta, czemu damy świadectwo i w następnych demonicznych wyborach. Nic to...
Jak jednak można udawać się na krucjatę za wodzem, nie umiejącym nawet się utrzymać na koniu podczas zjazdu ze wzgórza, bez żadnego bitewnego doświadczenia i bez znajomości choćby znaków drogowych, które nawet dla potomków Piastów i Jagiellonów są wymysłem już zupełnie anachronicznym i dlatego nie zasługującym na uwagę, pomimo zawartych w nich informacji i ostrzeżeń.
Uzasadnienie dla takich i innych wyborów odnaleźć możemy w zaniechaniu pielgrzymowania do Polski.
Tutaj, na rozstajach dróg i dylematów, wciąż czeka i trwa nasz świątkowy, umęczony i opuszczony Chrystus Frasobliwy. Pod prasłowiańskim zaś dębem, w bezimiennej mogile, spoczywa zapomniany Swarożyc.
4 sierpnia 2007
czwartek, 22 września 2011
POCHWAŁA GŁUPOTY
Głupota, wiadomo, wiele ma imion. Nawet mędrcy pewnie też Głupoty są ofiarami i jej wdzięcznymi statystami. Kiedyś nawet napisałem felieton o nieśmiertelnym Głupku, którego zawsze mi jednak jakoś żal. Ale panuje też taka moda, ażeby Głupka strugać, bo wtedy, tak na wszelki wypadek, możemy się usprawiedliwić z wielu głupkowatych występków, mówiąc i mrugając oczkiem, że my to tylko Głupka przecież udawaliśmy.
Wszakże dzieje POLSKIEJ GŁUPOTY — to zaiste opasła księga. Kiedy jednak Aleksander Bocheński chciał tę POLSKĄ GŁUPOTĘ jakoś usystematyzować, do jednego naczynia zebrać ku przestrodze i przemyśleniu dla potomnych, to zaraz naraził się na zarzut polakożercy i cynicznego oszczercy, pozostającego w służbie ciemnych sił.
I taki pan Gerwazy nie może już nawet się zachwycić poetycką sztuką translatorską Mieczysława Jastruna — który tak pięknie Rilkego spolszczył — bo zaraz mu powiedzą i podszepną katoliccy bojownicy, że ten Jastrun ( i Rilke!) to przecież Żydzi! I ten Jastrun — to krwawy „polakożerca", co zwyczajnie horrendalnym i nikczemnym jest kłamstwem! I zaraz pokażą panu Gerwazemu drzwi, bo w kupie, natchnionej kazaniami księdza Natanka, przywłaszczyli sobie właśnie Rzeczpospolitą. I w niej nie ma już miejsca dla samodzielnie myślących, bowiem nikt już — oprócz nich samych — nie ma prawa do zabierania głosu w Jej imieniu. Tak więc wymachują bezkarnie swymi wyliniałymi piórami, i złorzeczą każdemu, kto im na drodze stanie — pozostawiając za sobą spaloną ziemię.
Taka Polska — to nie jest moja Polska!
W mojej Polsce, tej rozłożonej na białych płótnach wśród łąk nad Narwią, Wartą, Bugiem i Wisłą, skupionej w Święto Kupały wokół płonących wianków, przydrożnych pogańskich Chrystusów Frasobliwych, Polsce dobrej i wybaczającej, tkliwej i wspaniałomyślnej, szanującej groby nieprzyjaciół i broniącej każdej Istoty ludzkiej i zwierzęcej, mężnej i rozumnej w obronie Ojczyzny — czuwa stary, zapomniany słowiański bóg Swarożyc, syn Swaroga — zwykłego kowala — a więc obdarzony tymi samymi wadami, co i my — ale i nie szukający usprawiedliwienia za własne zaniechania u wrogów prawdziwych i wyimaginowanych.
Tedy na cóż może się nam przydać — w tak marnej codzienności — owo tak często przywoływane hasło, że własnego gniazda się nie kala, gdy tak dotkliwie mija się ono cokolwiek z mniej znaną puentą, że "nie ten ptak gniazdo kala, co je kala, lecz ten, co mówić nie pozwala". Dlatego mamy wiele przykładów, że i w patriotycznej i katolickiej teatralnej retoryce tkwi ziarno zatrute, które niczym nie różni się od totalitarnych grymasów. Dlatego tyle swarów w rzekomej obronie polskiej godności, wywołuje publicystyczna zamiana polskości na polactwo — chociaż w polactwie chce się tylko zmieścić i opisać stan świadomości, która ku zagładzie polskości zmierza. Tak więc jakże pospolicie głuptacko brzmi postulat polactwa, by tym, którzy starają się zdefiniować to pojęcie, znaleźć i opisać przyczyny upadku idei polskości — odbierać polskie obywatelstwo. I tutaj niewiedza skojarzona z arogancją pomija ten błahy fakt, że na czele takiej listy proskrypcyjnej musiałby spoczywać sam Cyprian Kamil Norwid, który przecież także istnienia polactwa nie negował. A jeszcze i wielu wybitnych Polan, którzy swoje przestrogi dla Polski już drzewiej literkom bezbronnym powierzyli, choć statystyczny tubylec woli trwonić swe życie w karczmie, aniżeli w bibliotece.
Ale po cóż oni nam! Oni przecież już umarli — a więc są nieobecni, czyli racji nie mają.
Kiedy więc usiłujemy — mimo wszystko i na przekór — w pokorze i pochyleniu odczytać tabliczki z zatartym pismem, odtworzyć te spalone kartki z warszawskich bibliotek, które zmieszały się z gliniastą grobową pleśnią , wejrzeć w odkopywaną twarz Swarożyca — to już nic nie powstrzyma inwazji Robactwa na tę naszą część pleców, która właśnie straciła swą szlachetną nazwę.
Dlatego, Polaku, strzeż się wszelkich liter!
Wszakże dzieje POLSKIEJ GŁUPOTY — to zaiste opasła księga. Kiedy jednak Aleksander Bocheński chciał tę POLSKĄ GŁUPOTĘ jakoś usystematyzować, do jednego naczynia zebrać ku przestrodze i przemyśleniu dla potomnych, to zaraz naraził się na zarzut polakożercy i cynicznego oszczercy, pozostającego w służbie ciemnych sił.
I taki pan Gerwazy nie może już nawet się zachwycić poetycką sztuką translatorską Mieczysława Jastruna — który tak pięknie Rilkego spolszczył — bo zaraz mu powiedzą i podszepną katoliccy bojownicy, że ten Jastrun ( i Rilke!) to przecież Żydzi! I ten Jastrun — to krwawy „polakożerca", co zwyczajnie horrendalnym i nikczemnym jest kłamstwem! I zaraz pokażą panu Gerwazemu drzwi, bo w kupie, natchnionej kazaniami księdza Natanka, przywłaszczyli sobie właśnie Rzeczpospolitą. I w niej nie ma już miejsca dla samodzielnie myślących, bowiem nikt już — oprócz nich samych — nie ma prawa do zabierania głosu w Jej imieniu. Tak więc wymachują bezkarnie swymi wyliniałymi piórami, i złorzeczą każdemu, kto im na drodze stanie — pozostawiając za sobą spaloną ziemię.
Taka Polska — to nie jest moja Polska!
W mojej Polsce, tej rozłożonej na białych płótnach wśród łąk nad Narwią, Wartą, Bugiem i Wisłą, skupionej w Święto Kupały wokół płonących wianków, przydrożnych pogańskich Chrystusów Frasobliwych, Polsce dobrej i wybaczającej, tkliwej i wspaniałomyślnej, szanującej groby nieprzyjaciół i broniącej każdej Istoty ludzkiej i zwierzęcej, mężnej i rozumnej w obronie Ojczyzny — czuwa stary, zapomniany słowiański bóg Swarożyc, syn Swaroga — zwykłego kowala — a więc obdarzony tymi samymi wadami, co i my — ale i nie szukający usprawiedliwienia za własne zaniechania u wrogów prawdziwych i wyimaginowanych.
Tedy na cóż może się nam przydać — w tak marnej codzienności — owo tak często przywoływane hasło, że własnego gniazda się nie kala, gdy tak dotkliwie mija się ono cokolwiek z mniej znaną puentą, że "nie ten ptak gniazdo kala, co je kala, lecz ten, co mówić nie pozwala". Dlatego mamy wiele przykładów, że i w patriotycznej i katolickiej teatralnej retoryce tkwi ziarno zatrute, które niczym nie różni się od totalitarnych grymasów. Dlatego tyle swarów w rzekomej obronie polskiej godności, wywołuje publicystyczna zamiana polskości na polactwo — chociaż w polactwie chce się tylko zmieścić i opisać stan świadomości, która ku zagładzie polskości zmierza. Tak więc jakże pospolicie głuptacko brzmi postulat polactwa, by tym, którzy starają się zdefiniować to pojęcie, znaleźć i opisać przyczyny upadku idei polskości — odbierać polskie obywatelstwo. I tutaj niewiedza skojarzona z arogancją pomija ten błahy fakt, że na czele takiej listy proskrypcyjnej musiałby spoczywać sam Cyprian Kamil Norwid, który przecież także istnienia polactwa nie negował. A jeszcze i wielu wybitnych Polan, którzy swoje przestrogi dla Polski już drzewiej literkom bezbronnym powierzyli, choć statystyczny tubylec woli trwonić swe życie w karczmie, aniżeli w bibliotece.
Ale po cóż oni nam! Oni przecież już umarli — a więc są nieobecni, czyli racji nie mają.
Kiedy więc usiłujemy — mimo wszystko i na przekór — w pokorze i pochyleniu odczytać tabliczki z zatartym pismem, odtworzyć te spalone kartki z warszawskich bibliotek, które zmieszały się z gliniastą grobową pleśnią , wejrzeć w odkopywaną twarz Swarożyca — to już nic nie powstrzyma inwazji Robactwa na tę naszą część pleców, która właśnie straciła swą szlachetną nazwę.
Dlatego, Polaku, strzeż się wszelkich liter!
wtorek, 20 września 2011
KRÓTKI KURS PILOTAŻU
Wieloletni pretorianin sekretarza KC PZPR Króla, Stanisław Janecki — raczej frankistowskiej proweniencji — wypchnięty do siedzenia w kabinie pierwszego pilota, jednak bez możliwości samodzielnego startu i lądowania, gdyż wolant znajduje się w tylnej kabinie tego płatowca, gdzie siedzi sobie jak dawniej towarzysz sekretarz po podstawowym kursie pilotażu w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu — zaczyna uchodzić za autorytet dziennikarskiej rzetelności i kanon celnego języka. Obwieścił tę rewelację sam premier Rzeczypospolitej Jarosław I Sprawiedliwy, wkładając Janeckiego na "najwyższą półkę", a co za tym idzie, doceniając kunszt pilotażu jego szefa, uwłaszczonego na tygodniku "Wprost".
Tak się tą nominacją premiera wzruszyłem, tak w jego magiczne zaklęcie uwierzyłem, że niedaleki, musi, jest czas, gdy kolejni premierzy pić będą i z mojego dzioba słodycz wszelakich zatrutych eliksirów, a i nasze półkowe życie — marginalnych internetowych publicystów — wszystkimi kolorami tęczy mienić się będzie, znajdując na pierwszych stronach gazet i w głównym wydaniu telewizyjnych wiadomości swoje duchowe spełnienie.
Dzisiaj Belzebub przebrany za Piotra Skargę dopełnia puchary uczestnikom tego przyjęcia. Doprawdy, szykuje się grecka tragedia nad jeziorem Gopło.
Tym razem, już w pierwszym akcie, wywyższony do godności Króla Popiel, zeżre nam nawet wszystkie myszy. Czy to jednak wypada zaglądać Belzebubowi w spodnie podczas zmiany garnituru?
30 lipca 2007
poniedziałek, 19 września 2011
ZNAKI OBJAŚNIAJĄCE
Tak mi się przypomniało, trochę gwoli swawoli, moje niegdysiejsze nocowanie na szczycie Połoniny Wetlińskiej w Bieszczadach.
Otóż było nas trzech wędrowców: Władek, Jerzy i ja. I była jeszcze koza Dulcinea, rasy polskiej nizinnej, obładowana ciężkimi — jak dla konia — sakwami, które dla tego naszego koziego rumaka przygotował Jerzy.
Miało się już ku wieczorowi i znużeni szukaliśmy miejsca na nocleg. Chmurki szybowały sobie pod nami w postaci różnych zwierzątek, ale i kobaltowe chmury czaiły się już w oddali. Już wyżej wejść się nie dało. Z Niebios dały się słyszeć odległe grzmoty. Wiatr zaczął uginać trawy i brusznice. Ciemności przesłoniły bieszczadzką ziemię w biblijnym kontekście. Nie mieliśmy wyboru.
Namiot zaczęliśmy ustawiać tuż obok ścieżki, nieopodal słupa z jakimiś tabliczkami, na których ledwie widoczne były tajemne znaki, albo może i pismo klinowe. Wprawdzie ktoś z nas chciał ten słup obejrzeć, ale został zakrzyczany przez dwuosobową większość. Ledwie żeśmy się ukryli pod płótnem — zaczęła się nawałnica. Dulcinea, wystraszona bezmiernie, pobekiwała w utrapieniu i służyła nam za zagłówek.
Pioruny biły tak, że gacie nam poczerniały od spalenizny. Władek zaczął wyrzucać z namiotu wszystko, co było metalowe.
Poszedł precz nóż, siekierka, zegarki kosztowne, grzebyk, kubki, maszynka spirytusowa, klucze do domu, sygnet pradzadka, monety z orłem bez korony, amalgamat w zębie trzonowym, radio tranzystorowe, i ... i tu Władek zaczął wywracać nasze plecaki w poszukiwaniu dalszych metalowych zdobyczy.
I nastała cisza między piorunami, bo Jerzy, nabijając w spokoju fajkę, rzekł do Władka.
— Władek, a namiotowe słupki?
I padł Władek na Połoninę Wetlińską, chroniony przed gniewem Boga cienkim płótnem namiotu.
Rankiem ktoś z nas udał się do owego słupa, aby odczytać te napisy na deseczkach. Tam, w centralnym miejscu wśród drogowskazów, pysznił się szczególnie wyraźny napis:
UWAGA!
NIEBEZPIECZEŃSTWO PIORUNÓW!
NIEBEZPIECZEŃSTWO PIORUNÓW!
Może ta opowiastka skojarzy się komuś i będzie mógł uwierzyć, że zawsze otrzymujemy znaki, ale nie zawsze chce się nam je odczytać. Albo zwyczajnie brakuje nam tchu, wiedzy i determinacji. O wyczuleniu na bogactwo dojmujące języka polskiego nie wspomnę. Bowiem nie da się wygrać narodowej melodii na tak haniebnie nastrojonym instrumencie, jakim dysponują rzeczywiści grabarze Rzeczypospolitej — ten chórek wyśpiewujący wrzaskliwie swój DIES IRAE, przy akompaniamencie ruchów przepony Belzebuba.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






