Moją opowieść rozpocznę od miedzianej kopiejki, znalezionej pod zamkiem szuflady szafy przywiezionej z Kresów do Warszawy. Szafa ta była ogromna i zajmowała całą ścianę ostatniego pokoju w domu na Targówku. W niej ukrywałem się zwiedziony jej potężną posturą, która chowała w sobie tajemnicę i bezpieczeństwo. Była jak zamek warowny, dom nad jeziorem, chata ukryta w puszczańskiej kniei. Pachniała naftaliną, gałązkami bagna i zachowanym w całości surdutem Dziadka. Ale nikt nie wiedział, że pod zamkiem potężnej szuflady spoczywa 5 kopiejek z datą roku 1896. Zaledwie rok wcześniej urodziła się moja babcia Julia Kroman, primo voto Gagucka. Dziadek Łukasz zaś, urodzony w roku 1888, miał wówczas zaledwie 8 lat. Więc oni naturalnie jeszcze się nie znali, ale Bolesław Prus już pisał swoje kroniki i opisywał świat ich dzieciństwa w rosyjskim imperium. W takim to właśnie nieludzkim imperium robił interesa kupiec Stanisław Wokulski. Nawet na wojnie pozwalał car Polakom się dorabiać. A były to potężne sumy, skoro kupiec Wokulski przywióżł z Rosji po ośmiu miesiącach 250 tysięcy rubli, a wspaniała synagoga wybudowana w owym czasie w Warszawie, kosztowała 200 tysięcy rubli. Tak więc ta miedziana moneta, znaleziona przeze mnie na dnie zamka wspomnianej szuflady, jest poniekąd jak ta magdalenka spożywana przez Prousta i wyzwalająca obrazy jak z kinematografów, kiedy jeszcze na dobre nie zagościły w powszechnej wyobraźni.