Muzeum Wigier wzbogaciło się właśnie o nowe bezcenne eksponaty. Są to zerżnięte w ostatnich dniach przy siedzibie tej szacownej instytucji mocarne jesiony. Bo, jak to powszechnie wiadomo, martwe drzewo jest szczególnie żywe.
BŁOTNE ABECADŁO
piątek, 9 lipca 2021
WIGIERSKIE MUZEALNICTWO
środa, 2 czerwca 2021
JAK UPIĘKSZYĆ TATRY
(List miłośnika gór do redakcji "Wierchów") - wybrane fragmenty.
(...)"Któż z nas, patrząc w piękny słoneczny dzień na nasze cudne Tatry, mieniące się w słońcu jak djamenty, nie odczuł żałosnej nagości innych szczytów w porównaniu z Giewontem? - Niby nic - mały i nikły z oddali krzyżyk - a przecież zdobi górę, podnosi jej urok, niczym klejnot na piersi dziewczęcia. (Piękne to dzieło podaję w załączonej ilustracji.)
Nasuwa się myśl, że gdyby nie wojna i odwrócenie uwagi patrjotów w inną stronę, byłaby może już na każdym szczycie drobna jakaś pamiątka, świadcząca że był tu człowiek myślący i czujący. - Wojna to przeszkodziła pracy kulturalnej, projektom świetnym i szerokim - ona to, powtarzam, i braki w skarbie Państwa są przyczyną tej zazdrości, z którą góry patrzą na Giewont! Ale czasy lepsze zaczynają świtać - perły rzucane dotychczas na śmietnik poczynają wschodzić nieśmiałemi jeszcze źdźbłami. Polska nasza widocznie się odradza gospodarczo i finansowo, marek bowiem jest coraz więcej, a więc czas wyjść poza sferę troski o rzeczy codzienne a zwrócić się w stronę wysubtelnionych potrzeb kulturalnego człowieka. Rzućmy światło na przyszłość rozwoju Tatr, naszkicujmy kilka estetycznych projektów choćby w marzeniu.
(...) Mając taki teren, taki dziki ogród boży wyrosły jak z pod ziemi, pozostawić go odłogiem? Nie! Upiększajmy, ozdabiajmy, stańmy się bożymi ogrodnikami a przyszłe pokolenia błogosławić nas będą!
Morskie Oko patrzy na nas z wyrzutem : Czyż to godne mnie, ta drewniana buda bez komfortu? (...) Mnie się należy monokl w złoto oprawny, hotel pierwszorzędny, terasa zachodząca w wodę, setki gondol wesoło pląsających po mych czarnych falach, (...) cudne gniazdka dla zakochanych z widokiem na staw, kolejka linowa do Czarnego Stawu i wygodne, poręczą opatrzone schodki...(...)
Na Hali Gąsienicowej znaczą się już piękne zadatki pracy kulturalnej. Szkoda wprawdzie że z powodu reakcyjnych wpływów poniechano pierwotnych planów budowy schroniska. Był tam zameczek normandzki, był i klasztorek, (...) Szkoda! Ale przecież buduje się gościniec, który doprowadzi na halę automobil i cywilizację; pociągnie ona potem dalej aż do Czarnego Stawu - (...) widzę już Halę Gąsienicową zabudowaną domami, zbudowanymi z komfortem europejskim, restauracje, kinoteatry i t.p. Postęp nie daje się powstrzymać. Wkroczy on zwycięsko do wnętrza gór... (...) Budki z wodą sodową, łabędzie pływające po stawie, koło szczęścia, ognie bengalskie... cały ten świat zaczarowany, podniesiony kulturą do potęgi, staje w marzeniach moich przed oczyma duszy. (...)
Pochwalić należy świeżo powstałą myśl uczynienia z Tatr parku narodowego, (...) Teren nadaje się znakomicie do urządzania "rutschbahnów" i t.p. instalacyj, gdzieby wszystkie stany mogły wziąć udział w powszechnej zabawie i radości, wiążąc przez to samo silniej budowę naszego demokratycznego Państwa. Nie będę wyliczał wszystkich cudów, które tutaj pomysłowy duch ludzki stworzyć może. Wspomnę tylko o niektórych urządzeniach związanych z właściwościami okolicy i turystyką górską. Oczywiście że szczyty powinny być dostępne dla wszystkich, - wymaga tego idea demokratyczna, (...) Oczywiście nie chodzi tylko o to, że Tatry mają być dostępne dla bogatych i ubogich - (...) ale o to, że do równości mają prawo zdrowi i chorzy, mocni i słabi, kalecy, głusi, ślepi, starzy, bojący i idyoci. Piękna myśl wybudowania kolejki szczytowej na Świnicę, tak niefortunnie przez reakcję pogrzebana, powinna być podjętą na nowo. Trzeba jednakże przyznać, że zastarzały pogląd oddawania pierwszeństwa chodzeniu na piechotę tak mocno jest ugruntowany, iż wypada się z nim liczyć. Nie wystarczy urządzenie ścieżek, chodników, poręczy i t.p., trzeba dać możność wychodzenia pieszo na góry nie mogącym wogóle chodzić. Jest na to doskonały środek w tak zwanych trottoires roulants, - przy ich pomocy można wydrapać się własnemi nogami na Mnicha nie robiąc więcej nad dwa lub trzy kroki w zupełnem bezpieczeństwie i bez nadwerężania płuc i serca. Dla umożliwienia dłuższego spaceru na znacznych wysokościach wypadnie połączyć szczyty mostami. Co za wspaniała promenada zwłaszcza gdy doliny rozbrzmiewać będą muzyką kilkunastu orkiestr albo śpiewem góralskim wyrzucanym przez potężne gramofony na "Sabałową nutę". Utrzymanie cech etnograficznych jest rzeczą ważną:(...) Trzeba więc stosować ornament góralski gdzie się da, np. ułożyć kamienie w widne zdaleka leluje i parzenice; byłoby to obramienie dla klombów z szarotek i innych kwiatów górskich, po które nie trzebaby się wspinać narażając życie i ubranie. Możnaby też postawić tu i ówdzie wypchanego górala, który za wrzuceniem pieniążka w otworek, gwizdałby na palcach (...)
Na szczytach, oprócz tych żywych pomników tradycji, trzebaby pomyśleć o następujących urządzeniach: oczywiście ochrona jakaś od deszczu, (...) luneta obracająca się ponad stolikiem (...) no - i last not least - tablica z napisem: "zanieczyszczanie tego miejsca zakazuje się pod grzywną, względnie karą aresztu". (...) Nie od rzeczy by też było umieszczenie blaszanej kozicy, (...) Ustawiona na wystającym cyplu, widna zdaleka, przyczyniałaby się znakomicie do charakterystyki krajobrazu. (...) W krainie lasów, odpowiednikiem dla sztucznego górala ze szczytu mogłyby być sztuczne czarownice. (...) W każdej większej kępie paproci posadziłbym gnomy z teracoty; (...) Dla zachowania kolorytu lokalnego oprócz gnomów możnaby zastosować swojskie dziwożony. Wzbogacilibyśmy w ten sposób pierwiastek estetyczny zapożyczony z Zachodu.
CDN
czwartek, 29 kwietnia 2021
W.P.N.
Niegdyś skrót ten oznaczał inicjały Wigierskiego Parku Narodowego. Nie trzeba było długo czekać na tych literek dezaktualizację. Jako samozwańczy strażnik W.P.N. dokonałem oto odszyfrowania tych inicjałów. Otóż oznaczają one: Walne Plądrowanie Natury.
Jestem tu już blisko pół wieku. Jednak w najgorszych snach nie umiałem przewidzieć tego dzieła zniszczenia w zadekretowanym fałszerstwie odpowiedzialności za powierzone sobie dziedzictwo. A więc kiedy trzeba głos podnieść w bezinteresownej obronie unikalnych wartości krajobrazowych - słychać jedynie pisk myszy schowanej za kamieniem, zdrętwiałej ze strachu. Albo, co najwyżej, szeptem wypowiedziane wezwanie do dyplomatycznych zabiegów, które zwyczajnie śmierdzą pobożnym kunktatorstwem.
W takich okolicznościach przyrody odbywa się przebudowa chronionej z założenia Natury na miejski śmietnik. Bo takie marzenia są realizowane wśród samorządowych włodarzy: miasto nad Wigrami i zabudowa wigierskich wzgórz z widokiem na jezioro, czyli sadzawkę, w której gromadzą się suwalskie ścieki. Ale tego przecież nie widać.
Już wcześniej poczyniono odpowiednie przygotowania. Piękną graficzną tablicę przy siedzibie Parku zniesiono, by w to miejsce dać szkaradnie żałosny piktogram o turystycznej treści, który nijak się ma do rzeczywistości i do funkcji parku narodowego.
Patrzajcie tedy, co się w waszym kraju wyrabia.
Popełniona została tedy zbrodnia na wigierskich wzgórzach przy pełnej akceptacji tzw. Wigierskiego Parku Narodowego, a więc tej atrapy, która przez blisko trzydzieści lat karmiła fikcję: albowiem prawie zaraz po powstaniu Wigierskiego Parku Narodowego rozpoczęło się jego niszczenie. A przecież parkowi biuraliści sami pisali, że na terenie Parku mogą powstawać tylko obiekty służące przyrodzie i w dopuszczalnej (dorzecznej) skali. Wiele więc tu opowieści, ale ja tymczasem postuluję, aby zbudować przed siedzibą WPN (Walne Plądrowanie Natury) staropolskie dyby. Ażeby każdy, kto by chciał, mógł kopnąć w tyłek figuranta usadowionego na dyrektorskim sedesie, który tego dzieła zniszczenia dokonał. I niech mi nikt nie mówi, że przesadzam. Taki mamy akurat klimat...
A teraz trochę cytatów
"Park narodowy to obszar chroniony i wydzielony ze względu na charakteryzujące go szczególne walory przyrodnicze, naukowe czy kulturowe. Wyjątkowość parku narodowego polega na tym, że jest zachowany w stanie naturalnym lub w niewielkim stopniu zmienionym przez działalność człowieka. Celem ochrony tego typu terenów jest zachowanie w jak najlepszym stanie walorów krajobrazowych." (...) W artykule 8 Ustawy z dnia 16 kwietnia 2004 roku czytamy, że na terenie parku narodowego "ochronie podlega CAŁA PRZYRODA I WALORY KRAJOBRAZOWE".
"Pieczę nad parkiem narodowym sprawuje dyrektor, do którego obowiązków należy kierowanie realizacją ochrony parku."
A tymczasem?
Tymczasem, i to od lat, rozpuszczane są pogłoski i miarodajne stwierdzenia, że życie na terenie Parku jest nie do zniesienia, bowiem Park utrudnia wymianę nawet zgniłej krokwi w dachu lub sztachety w płocie. Takie brednie są rozpuszczane wśród ludu, by za tą zasłoną realizować sny uporczywych kretynów. Tak więc spychacze, koparki, betoniarki, wielkie samochody zwożące materiały budowlane, wywożenie budowlanych śmieci do lasu, miażdżenie polnych dróg i ich asfaltowanie i betonowanie "ażeby się nie kurzyło", zwożenie tysięcy ton żużlu dla zasypania nadbrzeżnych podmokłych lasanków, dewastacja naturalnej rzeźby terenu, wycinka starodrzewu i budowlana architektoniczna schizofrenia - to obrazki parkowej niebanalnej codzienności, a to tylko część listy. Także i w ten sposób Monstrum w każdej odsłonie zostawia po sobie zafajdaną rzeczywistość.
Tak umiera Rzeczpospolita pośród swoich oprawców i grabarzy!
poniedziałek, 22 marca 2021
MONSTRUM
niedziela, 28 lutego 2021
wtorek, 5 stycznia 2021
DYWAGACJE HISTERYCZNE
Małą mam ochotę do opisywania większości aktualnie nagłaśnianych sług narodu, bowiem grzebanie się w dokonaniach umysłowych karakanów i urzędujących oprawców jest przejmującym obrazem własnej niemocy. Wyjątkiem będzie przywołany poniżej bohater, bo akurat nie zbywa mu na inteligencji i swadzie, a i własne dokonania ma daleko za sobą. Poza tym został dotkliwie naznaczony rodzinnym nieszczęściem, co z kolei bardzo ogranicza moją publicystyczną swawolę, bo jednak staram się kultywować rycerski ethos. I nigdy, przenigdy, nawet największemu wrogowi nie strzeliłbym w plecy lub pastwił się nad jego grobem. Jednakże pewną wesołość wywołało we mnie gęste tłumaczenie się pana primo voto sekretarza wojewódzkiego PZPR, primo secundo członka Biura Politycznego, premiera, posła, und so weiter Leszka Millera, jakoby skorzystał z jakichś koneksji i wepchał się do drepczącej z niecierpliwością kolejki, gdzie dał sobie w żyłę preparatem szczepionkopodobnym. Otóż ja nie mam do premiera Leszka Millera żadnych pretensji, że w celu ratowania swojej rodziny i reszty ludzkości rzekomo zaszczepił się przeciwko zbrodniczemu wiruskowi miksturą o niezbadanym działaniu. (Ja wprawdzie hołduję własnej hipotezie, że prace nad tą "szczepionką" trwały już długie lata).Wychodzę bowiem z założenia, że sterowana propagandą dobrotliwa łatwowierność jest szczególnie zaraźliwa i nie znaleziono na nią jeszcze skutecznej odtrutki. Tak więc poświęcenie Leszka Millera dla ocalenia swojej rodziny i reszty ludzkości nie zostanie mu zapomniane. A to dlatego, że wiele wskazuje na takie skutki owych "wyszczepień", iż liczba idiotów na tym padole zostanie znacznie zredukowana. Co powinno przynieść dobroczynne skutki.
Na obrzeżach tedy zaraźliwej histerii trwają jednak wciąż próby zwołania pospolitego ruszenia, bo duch w narodzie tu i ówdzie jeszcze się (podobno) kołacze. I tak niektórzy histeryczni ideolodzy wskazują heroicznymi gestami kierunek ataku. Ma to być zmasowany atak na samorządy obozowych ciur w celu przejmowania władzy. (Samorządowa zaś władza niezdolna jest zwykle do obrony choćby skrawka Rzplitej, ale zdolna jest na ten przykład do tępego niszczenia polskiego krajobrazu, który bez wątpienia nie należy tylko do lokalnej społeczności. I wszelkie troski o tę część pozostawionego nam dziedzictwa wywołują jedynie wzruszenie ramion i spychanie własnych zaniechań, braku wyobraźni i korupcyjnych zasad rządzenia na "nieuchronne procesy cywilizacyjne". A apanaże samorządowych biurokratów, to doprawdy niebotyczna dla zwykłych śmiertelników skala, więc zawsze znajdą się chętni do podmianki w imię troski o ojczyznę).
I tak się turlamy przez nasze życie, wzniośli i bezmyślni. Turlamy się w objęciach medialnego proroka, który przeżuwa nas na miazgę. Powtarzamy jego gesty i miny, delektujemy się jego medialną sprawnością, kładziemy nasze łby pod topór wykreowanej rzeczywistości. To nic, że umieramy. To nic, bo Potwór, którego usiłujemy nie dostrzegać, potrzebuje strawy. Ulegamy jego potrzebie zrazu dla świętego spokoju i doraźnych korzyści, zapominając, że ze wspólników zbrodni sami stajemy się ofiarami, albowiem Bestia jest ludożercą.
Otwierają się więc wciąż nowe gabinety krzywych zwierciadeł - nazywane dla niepoznaki niezależnym dziennikarstwem - bo przecież wystarczy byle grymas i filmowy przekaz, gdyż na czytanie i myślenie mało kto ma ochotę. Publika chętnie klaszcze lub złorzeczy po każdej stronie, albowiem niewiele poza taką ekspresją ma do powiedzenia, a cenzorskie zapędy odżywają w nieoczekiwanych miejscach, gdzie chcą się manifestacyjnie szykować kadry ratowniczej ekspedycji pod byle jakim lub orlim znakiem. Tak więc niewielkie ma znaczenie, gdzie chcemy przyłączyć swój głos do narodowego upojenia, bowiem kaprysy i zalecenia czujnych politycznych "redaktorów" umotywowanych własną świętą racją, spychają polemiczne zawiłości w otchłań spalarni śmieci, w której dyspozytorami są ludzie trywialnie upośledzeni na umyśle, bo jest to jedyne wytłumaczenie cenzorskich pasji. Tak okaleczony, ale użyteczny na każdy dziejowy zakręt patryjotyczny imperatyw trwa i rozwija się ku chwale ojczyzny, która spazmatycznie łapie powietrze.
wtorek, 22 grudnia 2020
UPIORY CODZIENNOŚCI (Opowieść wigilijna)
Dzisiaj, w godzinach wieczornych, podczas gwałtownej śnieżycy, mój zabytkowy i wciąż dopieszczany automobil został zatrzymany zaraz za światłami na suwalskim skrzyżowaniu. Policjanci, upojeni łatwym łupem, zabrali mi dokumenty, zrewidowali bagażnik i wydali nakaz dmuchnięcia w alkoholową rurkę, co nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Rozczarowani kazali otworzyć maskę silnika i do czegoś chcieli się przyczepić, ale nie bardzo wiedzieli do czego, więc odnaleźli geniusze akumulator i sprawdzili, czy jest on przytwierdzony do karoserii. Ponieważ taki silnik widzieli po raz pierwszy w swoim krótkim życiu, zrezygnowali ze sprawdzenia umocowania silnika, co stanowi dowód ich policyjnej niefrasobliwości, bo przecież mógłby mi taki silnik wypaść na drogę i byłby ambaras. Zajrzeli, i owszem, w opony, ale też nic w nich niestety nie znaleźli. Następnie stwierdzili, że jechali za mną już od pewnego czasu, co miało mi uzmysłowić, że wybrali sobie mnie na ofiarę ich świątecznej dobroci. A poza tym, rzekli, mam dziurę w tylnym świetle, co częściowo zgadzało się ze stanem faktycznym, bowiem moja klaczka puszczona samopas ugryzła mi w odwecie owo światło, zdegustowana moim opiekuńczym staraniem wobec 88 - konnego zaprzęgu i tym swoim nikczemnym czynem spowodowała dziurkę wielkości 5 mm x 8 mm, zagrażającą bezpieczeństwu na drodze, a to dlatego, że przez ową dziurkę może wlać się woda i może przepalić się żarówka. Ponieważ często się zdarza przepalona żarówka w innych pojazdach, tedy mniemam, że najbardziej pospolitą przyczyną przepalenia się żarówki jest malutka dziurka towarzysząca i żarówki przepalać się nie mają innego powodu. (Naturalnie światła i kierunkowskazy funkcjonowały bez zarzutu). Następnie policyjni święci Mikołaje orzekli, że mój ukochany 38-letni oldtimer, który sam w sobie jest dziełem sztuki, jest w złym stanie technicznym, bowiem znaleźli na przednim błotniku lewym kawałek zardzewiałej blachy, co rzeczywiście miało miejsce, ale żadną miarą nie wpływało na bezpieczeństwo jazdy i konieczność wymiany błotnika, czego się ode mnie domagali, bo raziła rdza ich zmysł estetyczny. (Odważyłem się na stwierdzenie, że to raczej ich policyjny pojazd jest skazany w widocznym czasie na złom). Następnie sprawdzili trójkąt ostrzegawczy, który był i gaśnicę, na której się dokumentnie wyłożyłem. Po tych czynnościach, w przemoczonych już butach i nadal trwającej śnieżycy (policjanci siedzieli sobie wygodnie w swoim ogrzewanym samochodzie i z tego zapewne względu silnika nie wyłączyli), usłyszałem koronny (uwaga koronaświrusek) zarzut, że wjeżdżając na pas do skrętu w lewo przed światłami nazbyt późno dałem kierunkowskaz, czym naraziłem innych użytkowników drogi na utratę życia lub kalectwo. Oprotestowałem naturalnie ten kłamliwy zarzut, co szczególnie przy bardzo ograniczonej widoczności i przykryte świeżym śniegiem oznakowanie jezdni nie dawał się żadną miarą obronić, a dowodu mojego przestępstwa nie było. Ale natchnieni dobrem swojej służby dla społeczeństwa św.Mikołaje drogówki nie dali się zwieść moim wątpliwościom w ich spostrzegawczość i stanowczo stwierdzili, że w ramach metody na niepokornych kierowców, "płaszcza mi nie oddadzą i co nam pan zrobisz". Po takim zmiękczającym moją hardość szantażu zaproponowali tedy ugodę: Zabiorą mi dowód rejestracyjny i ja po naprawieniu dziurki 5mm x 8mm w lampie tylnej udam się do uprawnionego diagnosty, który orzeknie, że dziurki w rzeczonej lampie już nie ma. Jednakże wg. przepisów, będę musiał dowieźć mój wehikuł na lawecie wiele kilometrów do suwalskiego diagnosty, bo bez dowodu rejestracyjnego nie mam prawa wyjechać na drogę, bo ta przeznaczona jest w niedalekiej przyszłości dla czołgów, policyjnego badziewia i karetek pogotowia przystosowanych do przewożenia zwłok. Jednakże mogę się też zgodzić na uznanie swego przestępstwa. Stanęło więc na dwóch mandatach (za brak gaśnicy i rzekomą zmianę pasa ruchu bez kierunkowskazu) i moim ich przyjęciu, bo moja wiara w niezawisłe sądy i policyjne państwo prawa nawzajem się znoszą.
Tak obdarowany świątecznym prezentem i poruszony polską tradycją chrześcijańską reprezentowaną przez dwóch policyjnych małolatów, opowiedziałem im, jak to kiedyś w Niemczech rzeczony pojazd wskutek mojego gapiostwa nie miał już od prawie trzech miesięcy badania technicznego, które, jak wiadomo, jest tam dość rygorystycznie przestrzegane.. Pewnego więc dnia znalazłem za wycieraczką policyjny druczek, cyt.: "Przypominamy panu, że termin badania technicznego już upłynął. Prosimy w ciągu 7 dni dokonać tej operacji i zawiadomienie nas o tym telefonicznie".
I po cóż było wzniecać Powstanie Warszawskie?
Dopisek:
Wprawdzie jest to tylko moja hipoteza, ale dla jasności umysłu wiele zapewne kosztów i strat warto jest ponieść, albowiem tylko empirycznie możemy z pewną dozą prawdopodobieństwa ustalić, na jaką mitręgę powinniśmy być przygotowani. Otóż od samego zarania ta spontaniczna interwencja policyjnego prawodawstwa zdawała mi się wątpliwa co do intencji. Była bowiem śnieżna zawierucha, ciemności spowijały suwalskie ulice, a tu, ni stąd ni zowąd, wystrzelił z hukiem policyjny pojazd, aby porządku dopilnować. I ja, biedny szaraczek, który nie nosi za pasem pistoletu ani policyjnej pałki, a więc tych argumentów, wobec których nie mam szans na dyskusję, zostałem przyłapany na przestępczym procederze, który dla suwałczan tak wielkie szkody może uczynić. Cofnąłem się tedy w czasie, aby pojęcia jakiegoś nabyć.
Owóż zaledwie przed godziną usiłowałem kupić świąteczne śledzie na suwalskim rynku. Budka nie była oblegana, ale tu i ówdzie stali sobie jacyś zamaskowani przechodnie. Ja, który nigdy uwłaczającego mojej inteligencji knebla na ryj nie założyłem, usłyszałem nagle ryk spazmatyczny jednej damy oddalonej ode mnie o kilka metrów, bym się nie wciskał do budki bez kolejki, i mam zaraz założyć na mój ryj obowiązującą wszystkich maseczkę, która uchroni mnie przed zarażeniem się powszechnym idiotyzmem. Naturalnie zignorowałem to chrześcijańskie wezwanie do modlitwy tym bardziej, że zagrożono mi wezwaniem policji. A ta, wiadomo, mruga swoim elektronicznym okiem i wystarczył jeden kumoterski telefon, by urządzić na Błotniaka policyjne polowanie z wiadomym skutkiem, bo mój automobil jest jedynym egzemplarzem w mieście i okolicach. Jest wprawdzie jeszcze jeden domysł, o którym powiadają uczciwi policjanci, że policyjna wierchuszka nakazuje szeregowym policjantom prześladowanie mandatowe tubylczej ludności. Bo przecież na każdego można coś znaleźć, co nie wymaga posiadania wyobraźni, jaki skutek takie zalecenia przyniosą.
A Karzeł klepie się po brzuchu z sardonicznym chichotem.
poniedziałek, 11 maja 2020
PRZESŁANIE
Natchniony przez strachliwych tubylców, zadaniowych prześmiewców i artystycznych kuglarzy - odważam się oto zacytować samego siebie w obliczu powszechnie występującej duchowej mizerii.
Gdzież dzisiaj się pochowali zatwardziale bezmyślni, sprzedajni i naiwni apologeci totalitarnego Kaczystanu, którym pomyliły się nie tylko mgławice i kontynenty? Gdzie się dzisiaj szwendają usłużni globtroterzy pochowani po różnych partyjkach? Gdzie się podziewa Jarosław Marek Rymkiewicz - upozowany na klęcznik swojego umiłowanego wybitnego wizjonera, który "jeden tylko ma plan dla Polski"?
piątek, 20 marca 2020
ZARAZA
Kurtyna!
Za kurtyną zaś, cichcem, pod osłoną koronoświrusa i zakazem wstępu do lasów, trwa masakra drzewostanu w puszczańskiej domenie tzw. Wigierskiego Parku Narodowego, który poza swoim statutowym przywilejem jest również Przedsiębiorstwem Pozyskania Drewna, a jezioro Wigry pełni funkcję suwalskiej oczyszczalni ścieków!
Pod piłę idą także najpiękniejsze okazy: świerki, sosny, brzozy, a i dąb nie jest do pogardzenia. Cały ten proceder kwitnie jako wyraz szczególnej troski o polską przyrodę zdezelowanej umysłowo od lat tzw. Rady Naukowej, wniebowziętego nielicznego chłopstwa i namaszczonego przez aktualną ferajnę dyrektorskiego figuranta, który zmuszony jest do realizacji zamówień na drewno, bo to przecież ta ręka łaskawa wyniosła go na dyrektorski stołek.
Żołnierzu Polski (jeśliś jest), ocknij się z letargu! Bo nie może być tak, że schałacony bezmyślny tubylec, skorumpowany 500+ i trzynastą emeryturką, przykroi nam Rzplitą wedle własnych potrzeb; także wtedy gdy ma zagwarantowaną liczebną większość!
Kiedy jednak podczas bezsennych nocy pochylam się nad naszą polską udręką, tylko dwa słowa chylą mi się pod pióro: SZUMY I PISKI! Przewodzi temu chórkowi utytułowany dyslektyczny szarlatan. Tubylcza zamaskowana mierzwa w odruchu wdzięczności nadstawia tyłki do, cyt: wyszczepień. Na placu apelowym walają się polskie sztandary.
czwartek, 14 listopada 2019
wtorek, 27 listopada 2018
czwartek, 24 maja 2018
POWTÓRKA Z ROZRYWKI
Ot, choćby dzisiaj.
Zjechałem (jak zwykle) z sejneńskiej drogi i skrajem Puszczy wolno jechałem. Dawniej była tu żwirowa piękna droga. Dzisiaj asfalt przykrył czas odległy. Ale przecież, w myśl doktryny Wigierskiego Parku Narodowego, asfaltowanie polnych dróg nie czyni szkody przyrodzie, a więc świadkowi lechickich zmagań o zachowanie Słowiańszczyzny.
Tuż za mną napierał na mój pojazd zdesperowany potomek dumnych niegdyś kmieci, który zwykle za nic ma przywiązanie do bezinteresownych odruchów. Nie jestem nazbyt strachliwy, więc nie uległem zmotoryzowanej przemocy i nadal godnie wolniutko jechalem asfaltową autostradą w polskim parku narodowym, który dla takiej został stworzony fantasmagorii, aby i Zwierzęta -przeganiane przez motłoch z puszczańskiej ostoi - swój azyl w nim miały; a więc mordowanie Zwierząt - przynajmniej na tym obszarze - będzie z mocy prawa zakazane, zaś urbanizacja krajobrazu i wycinanie starodrzewu ("bo podnosi asfalt") także!
Po coż istnieje polski park narodowy, w którym lokalna biurokracja betonuje krajobraz dla rzekomej wygody nielicznych tubylców? Część odpowiedzi znalazlem na falach Radia Wnet, gdyż redaktor przyjechał robić reportaż z okazji otwarcia Chołko Highway do samego brzegu jeziora Wigry.
Ja wprawdzie wiem, że redaktor tutaj się nie pofatygował, ale cóż mi szkodzi powoływać się na atrapę!
CDN
poniedziałek, 8 stycznia 2018
WIDOK Z MOJEGO OKNA
poniedziałek, 30 października 2017
BAL WAMPIRÓW
poniedziałek, 8 maja 2017
LIST DO ANDRZEJA SZUBERTA
Bo przecież stworzyłem tutaj z niczego moją Małą Ojczyznę. Posadziłem wiele drzew, które urosły w siłę. Jak na ten przykład ten modrzew, kiedyś rachityczna gałązka, którego pnia już przed kilku laty nie mogłem objąć.
Po cóż mi więc ta obecna jakże problematyczna Ojczyzna, zasiedlona tłumem tubylczych głupków, rabusiów i skorumpowanej swołoczy, zniewolona jazgotem prostackiej propagandy, zamulona cenzorskim knutem, policyjnym paralizatorem, wekslem dłużnym, katolicką amboną i patryjotyczną egzekucją?!
Przecież nie mówimy tym samym językiem, nie pochylamy się z jednaką troską nad naszą Matką Ziemią, która jest łupiona bez opamiętania. Wśród łopotu sztandarów – gdzie polska flaga służy za tablicę ogłoszeniową – klepiemy paciorki przesuwając kulki różańca i zerkając w ekrany tabletów dla lepszej pamięci. Więc (nie zaczyna się zdania od więc) jakiś usłużny klecha poprowadzi nas znów na manifestację, barykadę lub redutę, gdzie przykładnie będziemy musieli zginąć, aby nie zawieść oczekiwań dekowników i politycznych manipulatorów. Będziemy ginąć wśród tumultu znaczeń, niezrozumiałych znaków i hołdów czynionych gipsowej figurze z zamkniętymi oczami. Bo tak nam nakazuje oszukańcza katolicka tradycja zrodzona z przemocy.
W ten oto sposób – prawie jednym tchem – napisałem prolog, który zapomnianą sztukę epistolografii wznieść miał na wyżynę publicystycznej ekspresji i rozrywki. Wszakże zaraz zauważyłem, że wsiadłem na konia nazbyt chyżego, który zwyczajnie ponieść mnie może..
Przecież nie jest jeszcze tak, że nie umiem się utrzymać w siodle nawet w szaleńczym cwale. Wprawdzie już nie jeżdżę konno bez ogłowia i siodła, ale mam w pamięci własną niegdysiejszą jeździecką sprawność. Moje zaś internetowe doświadczenia wyraźnie mi wskazują, że w ewentualnych polemikach mam najczęściej i co najwyżej do czynienia z motłochem, który ubrany w pawie pióra zapomniał o znaczeniu zwykłej stalówki.
Albowiem Polska rozdzierana jest przez nas samych na strzępy. W porzuconych skrawkach spoczywa Jej majestat. Patryjotyczna czkawka, sprowadzona do skandowania kilku sylab, zanoszona jest na ołtarze Polski niezłomnie katolickiej. Bo tylko taka obskurancka niezłomność może być rzekomo jedyną dla polskości ostoją. Tymczasem polskość nie daje się zamknąć w jednej dusznej izbie i zakrystii. Polskość to zaledwie szansa lub możliwość skupienia na każdej Istocie. Polska zaś myśl polityczna nie może być egzegezą religijnych tekstów.
To powtórne wprowadzenie nie dotyczy naturalnie adresata tego listu, bowiem onże dawno już zgłębił istotę polskiego zniewolenia.
Spotkaliśmy się przypadkiem w Internecie, by wykazać dość oględnie, że bez państwowych apanaży i redaktorskich wierszówek można cokolwiek opisać zaczerniając internetowe stronice. Ale polacki ludek ma w rzyci nasze intelektualne rozważania i inne gejzery. Dlatego umyśliłem sobie akceptację internetowej kreacji umundurowanego Aleksandra Jabłonowskiego. Agnieszka Fatyga – małżonka tegoż – śpiewająca tak przejmująco pieśń o Powstaniu, zdała mi się wystarczającą rękojmią. Przcież nie wydawało mi się możliwe, by obok tak bijącego serca zakamuflował się podstępny prowodyr polskiego samounicestwienia.
Bo i to trzeba jeszcze dodać w banalnej sekwencji, że w epoce cywilizacji obrazkowej – gdzie rządzi światło, dźwięk, barwa głosu, scenograf, sekretarka planu, operator i jego szwenkier, kierownik produkcji i montażysta, a wreszcie reżyser miksujący dźwięki, teksty i obrazy – my, stukający w uniesieniu w klawiaturę, bywamy prawie pożałowania godni. Kiedy dodamy jeszcze do kompletu specjalistę od wizerunku – jesteśmy już podani w potrawce.
Polska to nie jest 19 procent ogółu tubylców tych najbardziej skatoliczonych, a więc dla Polski wiaro(u)łomnych. Polska to jest kraj, gdzie wielu może znaleźć dla siebie schronienie. Dlatego nie trafiają mi do przekonania hasełka o czystości etnicznej. I tak bywało, że Przybysze stawali się bardziej Polakami aniżeli zasiedziali tubylcy. Polskość tedy – to rozrastające się siedlisko! Słowiańska brać, słowiański ród, słowiański dom, słowiańska pieśń i ogromniejąca swoją łzą cudowna Słowiańszczyzna!
Nie umiem więc zrozumieć tych, którzy na afisze słowiańskość wprowadzają, ale mentalnie tkwią w kruchcie. Bo przecież to Kościół katolicki przez wieki niszczył wszelkimi sposobami słowiańską Polskę. Kiedy więc dzisiaj Aleksander Jabłonowski wspiera międlarującego na parteitagach byłego klechę, którego umysłowość jest dobrą ilustracją katolickiego horroru, to wiem, że zostałem z grupy kościółkowej adoracji wrzaskliwego nacjonalizmu wykluczony i zamknięty w rezerwacie.
Religijni psychopaci i ich posługacze objęli rządy w Rzplitej. Swarożyc mi świadkiem, że nigdy nie akceptowałem wszelkiej przemocy! A ta ogarnia nas coraz bardziej ciemną chmurą.
Nie jest więc na ten czas roztropnie czekać na ideał odpowiadający naszym wysublimowanym wyobrażeniom. Aleksander Jabłonowski to człowiek z talentem oratorskim, umiejący także słuchać. Nie wątpię również w jego patriotyzm, bo nie mam innego wyboru, jak zawierzyć własnej intuicji. Takich ludzi nie powinno się zostawiać samych sobie. Zaraz się przecież znajdą zadaniowi potakiwacze i krętacze oraz posiadacze miernego intelektu, w których naturze jest doczepianie się do nogawek.
Otóż takie właśnie zaniechanie dało błazeński (nie mylić ze Stańczykiem) efekt i odbył się, inicjujący szczególną myśl polityczną, ślub Dmowskiego z prymasem Wyszyńskim. Z tego zalegalizowanego mariażu wyrodził się na poczekaniu późny wnuk, czyli międlarujący potworek fanatycznego patryjotycznego katolicyzmu. Zmykam tedy z tej imprezy, bowiem moje modlitwy wydały owoc w postaci seminarium w zakresie rozwiązywania kwadratury koła.
P.S. 1
Staram się rozumieć wszelkie aberracje, bo szaleństwo ludzkie niejeden ma wymiar. Jednakże chełpliwe oświadczenia Aleksandra Jabłonowskiego o niszczeniu niemieckich grobów wywołują moją odrazę dla takich działań. Dotyczy to także grobów i miejsc, upamiętniających zagładę żołnierzy Czerwonej Armii.
P.S. 2
Andrzeja Szuberta – za jego protest przeciwko nachalnej katolskiej wersji polskich dziejów, lokalizowanej w świętym dla Słowian miejscu – prokuratorskie przydupasy klechów chcą osądzić i do klechickiej szubienicy przybić. Nie ma ta prokuratoria żadnego uważania na katolicką rzekomą dobroć i wybaczanie, choćby dla zaniechania zemsty. Tedy przygotujcie się (merytorycznie) klechy w prokuratorskich sukienkach, bo na tej mszy wy sami możecie zostać osądzeni.
P.S. 3
"Prawdziwego jedynego słusznego rodaka wyróżniają trzy cechy: uczciwość, mądrość i religijność. Szkopuł w tym, że cechy te nigdy nie występują wspólnie. Maksymalnie mogą być dwie. I tak: jeśli ktoś jest mądry i uczciwy, to nie jest religijny; jeśli jest religijny i uczciwy, to nie jest mądry; jeśli jest mądry i religijny, to nie jest uczciwy." (Z Internetu)
piątek, 21 kwietnia 2017
OBŁĘD
"Było kilka wybuchów. Wiemy o trzech!" ( Kazimierz Nowaczyk - Proffessor)
"Niektórzy członkowie komisji usiłowali wbrew faktom forsować wersję, że po eksplozjach w lewym skrzydle (czego nikt nie kwestionuje) skrzydło uderzyło w brzozę dokładnie w tym miejscu, w którym akurat był wybuch." (Matka Boska Stankiewicz)
"Załogę wymieniono na gorszą. Prezydentowi należała się lepsza załoga." (Jarosław Kaczyński - Naczelnik)
środa, 4 stycznia 2017
ZIMA
Wszakże Zima ma tak różne oblicza. Ażeby je opisać, trzeba sięgnąć do pierwszych dziecięcych zimowych doznań. Do tych banalnych saneczek, łyżew z platkami i nart drewnianych. Do tych botanicznych ogrodów w oknach, na których kwitły lodowe zioła i kwiaty. Do tych holenderskich płócien, gdzie zamarły w lodowej scenerii oszronione gałązki i drzewa, dachy zasypanych śniegiem domostw i konne sanie, które w muzealnej sali się zatrzymały, by stać się eksponatem. – Do syberyjskich mrozów, gdzie polscy zesłańcy Syberię pokochali.
Jakże więc opisywać Zimy oblicza, gdy najpiękniejsze jest w pracowni białe płótno zagruntowane cynkową bielą, na które opadają baśniowe śnieżynki i lodowe kryształki, snuje się po płótnie tuman mgielny, szaleje zamieć, lód jeziorny huczy na przedwiośniu i trwa cisza śnieżna? A więc to, co się wydarzy, ale już bez naszego udziału, albowiem zostanie namalowane.
...Przecież i biel ma różne odcienie. Oto przemyka wśród długich cieni koń siwy. Biała jest jego oszroniona grzywa, bieleją na grudzie kopyta. W śnieżny bezkres opadają wyrwane z księgi bajek kartki, bo w nich się Zima nieodwołalnie zaczyna. W nich znika siwy koń i my znikamy u kresu żywota – Zima zaś trwa wiecznie tajemna.
piątek, 9 grudnia 2016
REJS W PONTONIE
("Remanenty")
poniedziałek, 14 listopada 2016
SKIERNIEWICE, FLORIANA 4
Dwa okienka przy tablicy były izdebki Zofii oknami
na świat. Kraty wstawiono już dla celów muzealnych.
W tej właśnie izbie dożywała swoich dni pani Konstancja.
Jedna, Zofia Wąsikowa z domu Bankiewicz, wdowa po malarzu Stanisławie Wąsiku, szczególną była opowieścią. Krotochwilna i sarmacka, dwuznaczna i rubaszna, z przebiegłym chochlikiem w jednym oku gdyż drugie przesłonięte było czarną opaską. Zaś Wanda Wejher, właścicielka niewielkiej przydomowej kwiatowej szklarni, starała się trwać przy Zofii w pokornym milczeniu. (Jakie były tam stosunki własnościowe, tego w istocie nie wiem. Ale Zofia z Wandą razem w szklarni pracowały. Tak czy owak, szklarenka była jeszcze z dziewiętnastego wieku).
Mieszkały tam tedy dwie samotne niewiasty: w dwóch izbach dawnego dworku, naznaczonych jeszcze obecnością Konstancji Gładkowskiej – bo i na piecowym ozdobnym kaflu w dużej białej izbie zostało jej odbicie. Obok stało banalne czarne pianino, a o fortepianie w ogrodowej nadpalonej przybudówce jeszcze nic nie wiedziałem.
Dworzec w Skierniewicach ostał się jak za dawnych czasów, jakby w "Lalce". Ulice też były jeszcze ciemne i ciche. Owej jesieni szedłem od dworca na chybił trafił mroczną aleją, aż potknąłem się o próg w sieni..., gdzie za ścianą trwał rozświetlony naftowymi lampami świat, który i na zewnątrz oddychał jeszcze tu i ówdzie – w pozostawionych dożywających rekwizytach.
W ciemności zapukałem w coś, co w dotyku przypominało drzwi. Ozwało się szczekanie i za chwilę między drzwiami i framugą ukazał się świetlny promyk. I stanęła Zofia opromieniona boskim światłem, i wzięła moje zmarznięte ręce w swoje.
I zaraz wyskoczył Traf, naciskając klamkę sąsiedniej izby. Pani Zofia nie zdążyła zareagować. Skoczył ten zwirz na mnie w obronie swojej pańci i chyba w locie zmienił decyzję. (Przyszłe wypadki pokazały, że Traf traktował swoje obowiązki całkiem serio). Poczułem tylko obejmujące mnie wielkie łapy i jęzor na mojej szyi. (Ostatecznie facet był przynajmniej mojego wzrostu). Pani Zofia zupełnie oniemiała, i to tylko zdołala wykrztusić, że Traf nigdy nikogo tak nie przywitał. Traf, bo się trafił, znaleziony przez Zofię jeszcze ślepy szczeniak, umierający na żeliwnej kracie miejskiego rynsztoku.
Kiedy dzisiaj cienkim piórkiem rysuję mój rysunek, chciałbym każdy szczegół opisać, który się błąka po mojej pamięci. Opisać, czyli darować ludziom i przedmiotom jeszcze trochę wytchnienia, jeszcze trochę czasu, który sposobi się do ich unicestwienia.
Jakie obrazy wisiały na ścianach, gdzie stał stół potężny i pradawne krzesła przy nim, lampa nad stołem z minionego wieku, głos dźwięczny Zofii i szept lękliwy Wandy w półmroku ukryty; opisać ich suknie i kapelusiki, pantofle i śniegowe kamasze, chusteczki zwiewne i chłód dotkliwy w izbach, cienie przemykające się od ulicznego parterowego okienka i ukrywające się między szafą a komodą..., nuty rozproszone pozbierać..., Marię Rycerską, siostrę Wandy, poprosić, by zechciała nadal grać na fortepianie, który od wielu lat stoi w Bronnej Górze.
Jeszcze nic się nie stało, nic się nie spełniło, świat nie jest, świat się wiecznie zaczyna – prawił mój poetycki autorytet lat chłopięcych Julian Przyboś. Cytuję te słowa prosto z głowy, czyli z niczego, bo rozwlekle trzeba by tłumaczyć ich moc, gdy skierniewicka jesienna mgła zaciera kontury i ucisza głosy.
Tak więc siedzę ja, dwudziestoletni, z Zofią przy stole, a ona wciąż mi podsuwa jakieś frykasy, konfitury i uważnie mnie obserwuje. Jako przedmiot badawczy czuję się naturalnie dość nieswojo, ale Zofia zaborczo zamierza wykorzystać moje zniewolenie i wreszcie pyta o powód mojej wizyty. Kiedy coś bąkam o sztaludze w ogłoszeniu, Zofia z szelmowskim błyskiem w oku woła: a ja od razu wiedziałam, że nie przyjechał pan do mnie bezinteresownie!
W końcu więc, rada nierada, prowadzi mnie z zapaloną świeczką przez ciemną sień do ogrodu, gdzie skrywają się kontury jakiejś budowli. Sztaluga tam ponoć jest!
– Miałyśmy tu pożar, ale tylko połowa się spaliła.
Po omacku dreptam za Zofią i wreszcie wchodzimy do izby, gdzie są wszystkie ściany. I staję jak wryty, bo w pełgającym światełku świecy widzę – wprawdzie przykryty dywanem – ten jedyny kształt, który był przedmiotem mojego największego marzenia, gdy jako dziesięciolatek w drodze do szkoły na ulicy Borzymowskiej, wygrywałem na sztachetach opuszczonego zaczarowanego ogrodu sonaty i nokturny naszego Fryderyka. To była klawiatura mojego fortepianu!
Odrzucam dywan i unoszę klapę. Tam naprawdę są białe i czarne klawisze!
Do Zofii dopiero po dłuższej chwili dociera moje chłopięce obłąkanie.
Tamten czas powoli się dopełnia, bo ma czas. Tam tak niewiele zostało zapisane, albowiem kres życia zdawał się nazbyt odległy, by poświęcać mu swoją uwagę. Dzisiaj, w tym zgiełku i chaosie, powracam do moich skierniewickich szeptów i szelestów codzienności, do Zofii i Wandy witających mnie w szczególnym niewieścim uniesieniu. Powracam tam, skąd w istocie przybyłem.
poniedziałek, 10 października 2016
REDUTA ORDONA
"Czy Matka Boska Częstochowska obroni Warszawę ?"
(Generał Jan Krukowiecki do generała Jana Skrzyneckiego).
"Obiecuję świetny grób wykopać dla armii polskiej."
(Generał Jan Skrzynecki do rządu obejmując dowództwo).
Oto nasza Reduta, na której wytrwamy po kres naszego żywota. Oto nasza Ojczyzna, nasz wzór i natchnienie, niezbywalna lechicka tożsamość: ta nasza prochowa beczka polskiego patriotyzmu.
Ale i w zakresie tego podstawowego faktu nie ma zgodności. Wybuch miał bowiem nastąpić zanim rosyjscy żołnierze zajęli redutę, więc ofiarami musieli być tylko Polacy. Zaś sprawców było trzech: Nakrot i Nowosielski albo przypadkowy pocisk.
(W mojej przepastnej bibliotece Powstanie Listopadowe traktowane jest z szczególną rewerencją. I aczkolwiek felieton ten pomyślany był z góry zamierzoną tezą, na wszelki wypadek sięgnąłem do dawnych lektur. I tu po raz wtóry natknąłem się na hipotezy, bajania, zmyślenia i sprzeczne relacje. Jakże więc przesiać przez felietonowe sito ten szczęk oręża w listopadowy zimny wieczór, ten gwar i ognie... i płomyki w oknach? Jakże Ich Wszystkich przywrócić do życia, ażeby nam sami wszystko opowiedzieli?)
CDN








































