BŁOTNE ABECADŁO

środa, 2 czerwca 2021

JAK UPIĘKSZYĆ TATRY


Jan Gwalbert Pawlikowski

(List miłośnika gór do redakcji "Wierchów") - wybrane fragmenty.

(...)"Któż z nas, patrząc w piękny słoneczny dzień na nasze cudne Tatry, mieniące się w słońcu jak djamenty, nie odczuł żałosnej nagości innych szczytów w porównaniu z Giewontem? - Niby nic - mały i nikły z oddali krzyżyk - a przecież zdobi górę, podnosi jej urok, niczym klejnot na piersi dziewczęcia. (Piękne to dzieło podaję w załączonej ilustracji.)

Nasuwa się myśl, że gdyby nie wojna i odwrócenie uwagi patrjotów w inną stronę, byłaby może już na każdym szczycie drobna jakaś pamiątka, świadcząca że był tu człowiek myślący i czujący. - Wojna to przeszkodziła pracy kulturalnej, projektom świetnym i szerokim - ona to, powtarzam, i braki w skarbie Państwa są przyczyną tej zazdrości, z którą góry patrzą na Giewont! Ale czasy lepsze zaczynają świtać - perły rzucane dotychczas na śmietnik poczynają wschodzić nieśmiałemi jeszcze źdźbłami. Polska nasza widocznie się odradza gospodarczo i finansowo, marek bowiem jest coraz więcej, a więc czas wyjść poza sferę troski o rzeczy codzienne a zwrócić się w stronę wysubtelnionych potrzeb kulturalnego człowieka. Rzućmy światło na przyszłość rozwoju Tatr, naszkicujmy kilka estetycznych projektów choćby w marzeniu.

(...) Mając taki teren, taki dziki ogród boży wyrosły jak z pod ziemi, pozostawić go odłogiem? Nie! Upiększajmy, ozdabiajmy, stańmy się bożymi ogrodnikami a przyszłe pokolenia błogosławić nas będą!

Morskie Oko patrzy na nas z wyrzutem : Czyż to godne mnie, ta drewniana buda bez komfortu? (...) Mnie się należy monokl w złoto oprawny, hotel pierwszorzędny, terasa zachodząca w wodę, setki gondol wesoło pląsających po mych czarnych falach, (...) cudne gniazdka dla zakochanych z widokiem na staw, kolejka linowa do Czarnego Stawu i wygodne, poręczą opatrzone schodki...(...)

Na Hali Gąsienicowej znaczą się już piękne zadatki pracy kulturalnej. Szkoda wprawdzie że z powodu reakcyjnych wpływów poniechano pierwotnych planów budowy schroniska. Był tam zameczek normandzki, był i klasztorek, (...)  Szkoda! Ale przecież buduje się gościniec, który doprowadzi na halę automobil i cywilizację; pociągnie ona potem dalej aż do Czarnego Stawu - (...) widzę już Halę Gąsienicową zabudowaną domami, zbudowanymi z komfortem europejskim, restauracje, kinoteatry i t.p. Postęp nie daje się powstrzymać. Wkroczy on zwycięsko do wnętrza gór... (...)  Budki z wodą sodową, łabędzie pływające po stawie, koło szczęścia, ognie bengalskie... cały ten świat zaczarowany, podniesiony kulturą do potęgi, staje w marzeniach moich przed oczyma duszy. (...)

Pochwalić należy świeżo powstałą myśl uczynienia z Tatr parku narodowego, (...) Teren nadaje się znakomicie do urządzania "rutschbahnów" i t.p. instalacyj, gdzieby wszystkie stany mogły wziąć udział w powszechnej zabawie i radości, wiążąc przez to samo silniej budowę naszego demokratycznego Państwa. Nie będę wyliczał wszystkich cudów, które tutaj pomysłowy duch ludzki stworzyć może. Wspomnę tylko o niektórych urządzeniach związanych z właściwościami okolicy i turystyką górską. Oczywiście że szczyty powinny być dostępne dla wszystkich, - wymaga tego idea demokratyczna, (...) Oczywiście nie chodzi tylko o to, że Tatry mają być dostępne dla bogatych i ubogich - (...) ale o to, że do równości mają prawo zdrowi i chorzy, mocni i słabi, kalecy, głusi, ślepi, starzy, bojący i idyoci. Piękna myśl wybudowania kolejki szczytowej na Świnicę, tak niefortunnie przez reakcję pogrzebana, powinna być podjętą na nowo. Trzeba jednakże przyznać, że zastarzały pogląd oddawania pierwszeństwa chodzeniu na piechotę tak mocno jest ugruntowany, iż wypada się z nim liczyć. Nie wystarczy urządzenie ścieżek, chodników, poręczy i t.p., trzeba dać możność wychodzenia pieszo na góry nie mogącym wogóle chodzić. Jest na to doskonały środek w tak zwanych trottoires roulants, - przy ich pomocy można wydrapać się własnemi nogami na Mnicha nie robiąc więcej nad dwa lub trzy kroki w zupełnem bezpieczeństwie i bez nadwerężania płuc i serca. Dla umożliwienia dłuższego spaceru na znacznych wysokościach wypadnie połączyć szczyty mostami. Co za wspaniała promenada zwłaszcza gdy doliny rozbrzmiewać będą muzyką kilkunastu orkiestr albo śpiewem góralskim wyrzucanym przez potężne gramofony na "Sabałową nutę". Utrzymanie cech etnograficznych jest rzeczą ważną:(...) Trzeba więc stosować ornament góralski gdzie się da, np. ułożyć kamienie w widne zdaleka leluje i parzenice; byłoby to obramienie dla klombów z szarotek i innych kwiatów górskich, po które nie trzebaby się wspinać narażając życie i ubranie. Możnaby też postawić tu i ówdzie wypchanego górala, który za wrzuceniem pieniążka w otworek, gwizdałby na palcach (...)

Na szczytach, oprócz tych żywych pomników tradycji, trzebaby pomyśleć o następujących urządzeniach: oczywiście ochrona jakaś od deszczu, (...) luneta obracająca się ponad stolikiem (...) no  - i last not least - tablica z napisem: "zanieczyszczanie tego miejsca zakazuje się pod grzywną, względnie karą aresztu". (...) Nie od rzeczy by też było umieszczenie blaszanej kozicy, (...) Ustawiona na wystającym cyplu, widna zdaleka, przyczyniałaby się znakomicie do charakterystyki krajobrazu. (...) W krainie lasów, odpowiednikiem dla sztucznego górala ze szczytu mogłyby być sztuczne czarownice. (...) W każdej większej kępie paproci posadziłbym gnomy z teracoty; (...) Dla zachowania kolorytu lokalnego oprócz gnomów możnaby zastosować swojskie dziwożony. Wzbogacilibyśmy w ten sposób pierwiastek estetyczny zapożyczony z Zachodu.

CDN






czwartek, 29 kwietnia 2021

W.P.N.

Niegdyś skrót ten oznaczał inicjały Wigierskiego Parku Narodowego. Nie trzeba było długo czekać na tych literek dezaktualizację. Jako samozwańczy strażnik W.P.N. dokonałem oto odszyfrowania tych inicjałów. Otóż oznaczają one: Walne Plądrowanie Natury. 

Jestem tu już blisko pół wieku. Jednak w najgorszych snach nie umiałem przewidzieć tego dzieła zniszczenia w zadekretowanym fałszerstwie odpowiedzialności za powierzone sobie dziedzictwo. A więc kiedy trzeba głos podnieść w bezinteresownej obronie unikalnych wartości krajobrazowych - słychać jedynie pisk myszy schowanej za kamieniem, zdrętwiałej ze strachu. Albo, co najwyżej, szeptem wypowiedziane wezwanie do dyplomatycznych zabiegów, które zwyczajnie śmierdzą pobożnym kunktatorstwem.

W takich okolicznościach przyrody odbywa się przebudowa chronionej z założenia Natury na miejski śmietnik. Bo takie marzenia są realizowane wśród samorządowych włodarzy: miasto nad Wigrami i zabudowa wigierskich wzgórz z widokiem na jezioro, czyli sadzawkę, w której gromadzą się suwalskie ścieki. Ale tego przecież nie będzie widać.

Już wcześniej poczyniono odpowiednie przygotowania. Piękną graficzną tablicę przy siedzibie Parku zniesiono, by w to miejsce dać szkaradnie żałosny piktogram o turystycznej treści, który  nijak się  ma do rzeczywistości i do funkcji parku narodowego. 

Patrzajcie tedy, co się w waszym kraju wyrabia. 

Zanim...

W trakcie...
(jesień 2020)


12 maja, godz. 13
Chujnia w budowie
17 maja, samo południe

28 maja
Pracuje koparka i wielkie ciężarówki wywożą ziemny urobek z opróżnionego wnętrza wzgórza. Jako ekwiwalent wlano w ten dół grobowy "wiejskiej  chałupy" setki ton betonu. Dlatego są i tacy - zaszokowani skalą - którzy nazwali tę budowlę atomowym bunkrem. Sztuczny nasyp piękno Natury zakonserwuje i poprawi dla przyszłych pokoleń, a i pamięci pomoże przetrwać  o ubogaconej na plandemii konowalskiej profesji. Jest to też dobre miejsce na parking lub lądowisko dla helikoptera.

EPITAFIUM
Chujnia Konowalska
Tak oto dotarłem w moim reportażu do dnia 1 lipca 2021 roku. Nie ma już co ratować ani nagabywać o niezbywalne wartości. Byle gnom okazuje swoją przewagę i zamiata usilnie rzecz pod dywan. Czy to jest wynik banalnej korupcji, czy też dość powszechnego zgłupienia, nepotyzmu, znieczulicy, tumiwisizmu, zmęczonego zobojętnienia, buty, prostactwa i arogancji - nie umiem rozsądzić, bo też jedynym moim narzędziem jest tylko stalówka. Wszakże hołduję jednak uporczywie rosyjskiemu przysłowiu: co zostało zapisane piórem - nie wyrubiesz nawet toporem! I mam ku temu historyczne uzasadnienia.

Tak więc Chujnia wciąż ma się dobrze. Poślicy i poślice, senatorianie, prezydęcik, premierycy, ministranci, wojewodowie, starostowie, wójtowie i dyrektorianie mają Polskę w swej przepastnej zbiorowej rzyci, gdzie wszelka myśl musi ulec zagładzie, jako i ten prastary krajobraz.

 Popełniona została tedy zbrodnia na wigierskich wzgórzach przy pełnej akceptacji tzw. Wigierskiego Parku Narodowego, a więc tej atrapy, która przez blisko trzydzieści lat karmiła fikcję: albowiem prawie zaraz po powstaniu Wigierskiego Parku Narodowego rozpoczęło się jego niszczenie. A przecież parkowi biuraliści sami pisali, że na terenie Parku mogą powstawać tylko obiekty służące przyrodzie i w dopuszczalnej (dorzecznej) skali. Wiele więc tu opowieści, ale ja tymczasem  postuluję, aby zbudować przed siedzibą WPN (Walne Plądrowanie Natury) staropolskie dyby. Ażeby każdy, kto by chciał, mógł kopnąć w tyłek figuranta usadowionego na dyrektorskim sedesie, który tego dzieła zniszczenia dokonał. I niech mi nikt nie mówi, że przesadzam. Taki mamy akurat klimat...


A teraz trochę cytatów

"Park narodowy to obszar chroniony i wydzielony ze względu na charakteryzujące go szczególne walory przyrodnicze, naukowe czy kulturowe. Wyjątkowość parku narodowego polega na tym, że jest zachowany w stanie naturalnym lub w niewielkim stopniu zmienionym przez działalność człowieka. Celem ochrony tego typu terenów jest zachowanie w jak najlepszym stanie walorów krajobrazowych." (...) W artykule 8 Ustawy z dnia 16 kwietnia 2004 roku czytamy, że na terenie parku narodowego "ochronie podlega CAŁA PRZYRODA I WALORY KRAJOBRAZOWE".

"Pieczę nad parkiem narodowym sprawuje dyrektor, do którego obowiązków należy kierowanie realizacją ochrony parku."

A tymczasem?

Tymczasem, i to od lat,  rozpuszczane są pogłoski i miarodajne stwierdzenia, że życie na terenie Parku jest nie do zniesienia, bowiem Park utrudnia wymianę nawet zgniłej krokwi w dachu lub sztachety w płocie. Takie brednie są rozpuszczane wśród ludu, by za tą zasłoną realizować sny uporczywych  kretynów. Tak więc spychacze, koparki, betoniarki, wielkie samochody zwożące materiały budowlane, wywożenie budowlanych śmieci do lasu, miażdżenie polnych dróg i ich asfaltowanie i betonowanie "ażeby się nie kurzyło", zwożenie tysięcy ton żużlu dla zasypania nadbrzeżnych podmokłych lasanków, dewastacja naturalnej rzeźby terenu, wycinka starodrzewu i budowlana architektoniczna schizofrenia - to obrazki parkowej niebanalnej codzienności, a to tylko część listy. Także i w ten sposób Monstrum w każdej odsłonie zostawia po sobie zafajdaną rzeczywistość.

Tak umiera Rzeczpospolita pośród swoich oprawców i grabarzy!



Stara droga przed powstaniem W.P.N.


Kilka lat później...,"bo drzewa podnosiły asfalt".



A to materiał ekologiczny do reperacji polnych dróg na terenie W.P.N. To także pokaz gminnej inwencji (rok 1997)




PODZWONNE
Jest 15 dzień września 2021. Przed kilku dniami dziesiątki wielkich ciężarówek miażdżąc dopiero co wyżwirowaną polną drogę,  zakończyło wywożenie sztucznego nasypu z wydrążonego wzgórza nad Wigrami. Składali ten urobek na terenie WuPeeNu, czyli tzw. Wigierskiego Parku Narodowego - gdzie się dało, byleby blisko. Musi meteor walnął w  Dyrektoriat za wstawiennictwem  Matki Boskiej, reprezentowanej przez spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością  Huszcza & Borejszo. Ci dyrektorialni faceci blisko rok marszczyli Freda doskonaląc swoją przydatność na zajmowanych stanowiskach, które okupują prawem kaduka, albowiem trudno znaleźć inne uzasadnienie. Ta grabież Narodowego Dziedzictwa nie powinna odejść w zapomnienie. Nie tracę więc ufności, że  Nikczemność i kunktatorska podłość prędzej czy później staną przed trybunałem Najjaśniejszej  Rzeczypospolitej. A Borejszę i Huszczę spotka zasłużona kara, czyli Infamia i Banicja! Osobną kwestią będzie los tego architektonicznego potworka, który mógłby sobie stać wszędzie, ale nie w takim i w tym krajobrazie. Zadecydowali o tym w najlepszym razie parkowi  zbrodniczy dyletanci . 


"NOWY POLSKI ŁAD"
Oddział I : PROSEKTORIUM

Blaszany potworek, dzieło upiększenia wigierskiego krajobrazu gotowy.

poniedziałek, 22 marca 2021

MONSTRUM


Zamiast felietonu!

Dopisek w dniu 7 kwietnia 2021 roku:
Nie udała się moja sztubacka prowokacja i zastąpienie mojego lenistwa filmowym koreańskim obrazem, który dokładnie i metaforycznie opisuje rzeczywistość, w której przyszło nam życia naszego doczesnego w upojeniu zażywać. Jestem tedy pełen uznania dla tej inteligencji, która skojarzyła i wyśledziła moje "Kinderscenen". Sam przecież bym nie wpadł na taki pomysł. Otóż u zarania był mój nikczemny zamysł na metaforyczne opisanie owego Monstrum, które morduje i zniewala tych najbardziej już zniewolonych. Nadałem więc mojemu przyszłemu felietonowi tytuł "MONSTRUM" , opublikowałem i czekałem starając się okiełznać moje rozwichrzone myśli. Po kilku dniach wyświetlił mi się ów właśnie film "Monstrum", który doskonale mnie wyręczył w moim pisarczykowym trudzie. Ale że nic na tym padole nie trwa wiecznie, zaledwie kilka dni ten obraz był dostępny. Teraz nigdzie go nie widać, poza zapowiedziami. Morał z tego wynika taki, że umysłowym maruderom nie pomoże żadna odsiecz, bo do wygrania wojny potrzebne są zapomniane cnoty.  Wszelako to jeszcze zastrzeżenie tutaj podniosę, że wobec obcych wrogów należy zachować rycerskie zasady. Wróg wewnętrzny na żaden honor w bitewnym zgiełku nie zasługuje. Tak więc kosa osadzona na sztorc jest wobec nich jak najbardziej rycerską bronią choćby dlatego, że Śmierć używa jej nad wyraz skutecznie.
Howgh!

13 lipca 2021 nawet ta dwuminutowa reklama tego filmu została zablokowana. Pętla się zaciska

wtorek, 5 stycznia 2021

DYWAGACJE HISTERYCZNE

  Małą mam ochotę do opisywania większości aktualnie nagłaśnianych sług narodu, bowiem grzebanie się w dokonaniach umysłowych karakanów i urzędujących oprawców jest przejmującym obrazem własnej niemocy. Wyjątkiem będzie przywołany poniżej bohater, bo akurat nie zbywa mu na inteligencji i swadzie, a i własne dokonania ma daleko za sobą. Poza tym został dotkliwie naznaczony rodzinnym nieszczęściem, co z kolei bardzo ogranicza moją publicystyczną swawolę, bo jednak staram się kultywować rycerski ethos. I nigdy, przenigdy, nawet największemu wrogowi nie strzeliłbym w plecy lub pastwił się nad jego grobem. Jednakże pewną wesołość wywołało we mnie gęste tłumaczenie się pana primo voto sekretarza wojewódzkiego PZPR, primo secundo członka Biura Politycznego, premiera, posła, und so weiter Leszka Millera, jakoby skorzystał z jakichś koneksji i  wepchał się do drepczącej z niecierpliwością kolejki, gdzie dał sobie w żyłę preparatem szczepionkopodobnym.  Otóż ja nie mam do premiera Leszka Millera żadnych pretensji, że w celu ratowania swojej rodziny i reszty ludzkości rzekomo zaszczepił się przeciwko zbrodniczemu wiruskowi miksturą o niezbadanym działaniu. (Ja wprawdzie hołduję własnej hipotezie, że prace nad tą "szczepionką" trwały już długie lata).Wychodzę bowiem z założenia, że sterowana propagandą dobrotliwa  łatwowierność jest szczególnie zaraźliwa i nie znaleziono na nią jeszcze skutecznej odtrutki. Tak więc poświęcenie Leszka Millera dla ocalenia swojej rodziny i reszty ludzkości nie zostanie mu zapomniane. A to dlatego, że wiele wskazuje na takie skutki owych "wyszczepień", iż liczba idiotów na tym padole zostanie znacznie zredukowana. Co powinno przynieść dobroczynne skutki.

Na obrzeżach tedy zaraźliwej histerii trwają jednak wciąż próby zwołania pospolitego ruszenia, bo duch w narodzie tu i ówdzie jeszcze się (podobno) kołacze. I  tak  niektórzy  histeryczni  ideolodzy  wskazują heroicznymi gestami kierunek ataku. Ma to być zmasowany atak  na samorządy obozowych ciur  w  celu  przejmowania   władzy.  (Samorządowa zaś władza niezdolna jest  zwykle do obrony choćby skrawka Rzplitej, ale zdolna jest na ten przykład do tępego niszczenia polskiego krajobrazu, który bez wątpienia  nie   należy   tylko   do   lokalnej  społeczności.  I wszelkie troski o tę część pozostawionego nam dziedzictwa wywołują jedynie wzruszenie ramion i spychanie własnych zaniechań, braku wyobraźni i korupcyjnych zasad rządzenia na "nieuchronne procesy cywilizacyjne". A  apanaże  samorządowych biurokratów, to  doprawdy  niebotyczna  dla zwykłych śmiertelników skala, więc zawsze znajdą się chętni do podmianki w imię troski o ojczyznę).

I tak się turlamy przez nasze życie, wzniośli i bezmyślni. Turlamy się w objęciach medialnego proroka, który przeżuwa nas na miazgę. Powtarzamy jego gesty i miny, delektujemy się jego medialną sprawnością, kładziemy nasze łby pod topór wykreowanej rzeczywistości. To nic, że umieramy. To nic, bo Potwór, którego usiłujemy nie dostrzegać, potrzebuje strawy. Ulegamy jego potrzebie zrazu dla świętego spokoju i doraźnych korzyści, zapominając, że ze wspólników zbrodni sami stajemy się ofiarami, albowiem Bestia jest ludożercą.

Otwierają się więc wciąż nowe gabinety krzywych zwierciadeł - nazywane dla niepoznaki niezależnym dziennikarstwem - bo przecież wystarczy byle grymas i filmowy przekaz, gdyż na czytanie i myślenie mało kto ma ochotę. Publika chętnie  klaszcze lub złorzeczy po  każdej stronie, albowiem niewiele poza taką ekspresją ma do powiedzenia, a cenzorskie zapędy odżywają w nieoczekiwanych miejscach, gdzie chcą się manifestacyjnie szykować  kadry ratowniczej ekspedycji pod byle jakim lub orlim znakiem.  Tak więc niewielkie ma znaczenie, gdzie chcemy przyłączyć swój głos do narodowego upojenia, bowiem kaprysy i zalecenia czujnych politycznych "redaktorów" umotywowanych własną świętą racją,  spychają polemiczne zawiłości w otchłań spalarni śmieci, w której dyspozytorami są ludzie trywialnie upośledzeni na umyśle, bo jest to jedyne wytłumaczenie cenzorskich pasji. Tak okaleczony, ale użyteczny na każdy dziejowy zakręt patryjotyczny imperatyw trwa i rozwija się ku chwale ojczyzny, która spazmatycznie łapie powietrze.







wtorek, 22 grudnia 2020

UPIORY CODZIENNOŚCI (Opowieść wigilijna)

Dzisiaj, w godzinach wieczornych, podczas gwałtownej śnieżycy, mój zabytkowy i wciąż dopieszczany automobil został zatrzymany zaraz za światłami na suwalskim skrzyżowaniu. Policjanci, upojeni łatwym łupem, zabrali mi dokumenty, zrewidowali bagażnik i wydali nakaz dmuchnięcia w alkoholową rurkę, co nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Rozczarowani kazali otworzyć maskę silnika i do czegoś chcieli się przyczepić, ale nie bardzo wiedzieli do czego, więc odnaleźli geniusze akumulator i sprawdzili, czy jest on przytwierdzony do karoserii. Ponieważ taki silnik widzieli po raz pierwszy w swoim krótkim życiu, zrezygnowali ze sprawdzenia umocowania silnika, co stanowi dowód ich policyjnej niefrasobliwości, bo przecież mógłby mi taki silnik wypaść na drogę i byłby ambaras. Zajrzeli, i owszem, w opony, ale też nic w nich niestety nie znaleźli. Następnie stwierdzili, że jechali za mną już od pewnego czasu, co miało mi uzmysłowić, że wybrali sobie mnie na ofiarę ich świątecznej dobroci. A poza tym, rzekli, mam dziurę w tylnym świetle, co częściowo  zgadzało się ze stanem faktycznym, bowiem moja klaczka puszczona samopas ugryzła mi w odwecie owo światło, zdegustowana moim opiekuńczym staraniem wobec 88 - konnego zaprzęgu i tym swoim nikczemnym czynem spowodowała dziurkę wielkości 5 mm x 8 mm, zagrażającą bezpieczeństwu na drodze, a to dlatego, że przez ową dziurkę może wlać się woda i może przepalić się żarówka. Ponieważ często się zdarza przepalona żarówka w innych pojazdach, tedy mniemam, że najbardziej pospolitą przyczyną przepalenia się żarówki jest malutka dziurka towarzysząca i żarówki przepalać się nie mają innego powodu. (Naturalnie światła i kierunkowskazy funkcjonowały bez zarzutu). Następnie policyjni święci Mikołaje orzekli, że mój ukochany 38-letni oldtimer, który sam w sobie jest dziełem sztuki, jest w złym stanie technicznym, bowiem znaleźli na przednim błotniku lewym kawałek zardzewiałej blachy, co rzeczywiście miało miejsce, ale żadną miarą nie wpływało na bezpieczeństwo jazdy i konieczność wymiany błotnika, czego się ode mnie domagali, bo raziła rdza ich zmysł estetyczny. (Odważyłem się na stwierdzenie, że to raczej ich policyjny pojazd jest skazany w widocznym czasie na złom). Następnie sprawdzili trójkąt ostrzegawczy, który był i gaśnicę, na której się dokumentnie wyłożyłem. Po tych czynnościach, w przemoczonych już butach i nadal trwającej śnieżycy (policjanci siedzieli sobie wygodnie w swoim ogrzewanym samochodzie i z  tego zapewne względu silnika nie wyłączyli), usłyszałem koronny (uwaga koronaświrusek) zarzut, że wjeżdżając na pas do skrętu w lewo przed światłami nazbyt późno dałem kierunkowskaz, czym naraziłem innych użytkowników drogi na utratę życia lub kalectwo. Oprotestowałem naturalnie ten kłamliwy zarzut, co szczególnie przy bardzo ograniczonej widoczności i przykryte świeżym śniegiem oznakowanie jezdni nie dawał się żadną miarą obronić, a dowodu mojego przestępstwa nie było. Ale natchnieni dobrem swojej służby dla społeczeństwa  św.Mikołaje drogówki nie dali się zwieść moim wątpliwościom w ich spostrzegawczość i stanowczo stwierdzili, że w ramach metody na niepokornych kierowców, "płaszcza mi nie oddadzą i co nam pan zrobisz". Po takim zmiękczającym moją hardość szantażu zaproponowali tedy ugodę: Zabiorą mi dowód rejestracyjny i ja po naprawieniu dziurki 5mm x 8mm w lampie tylnej udam się do uprawnionego diagnosty, który orzeknie, że dziurki w rzeczonej lampie już nie ma. Jednakże wg. przepisów, będę musiał dowieźć mój wehikuł na lawecie wiele kilometrów do suwalskiego diagnosty, bo bez dowodu rejestracyjnego nie mam prawa wyjechać na drogę, bo ta przeznaczona jest w niedalekiej przyszłości dla czołgów, policyjnego badziewia i karetek pogotowia przystosowanych do przewożenia zwłok. Jednakże mogę się też zgodzić na uznanie swego przestępstwa. Stanęło więc na dwóch mandatach (za brak gaśnicy i rzekomą zmianę pasa ruchu bez kierunkowskazu) i moim ich przyjęciu, bo moja wiara w niezawisłe sądy i policyjne państwo prawa nawzajem się znoszą.

Tak obdarowany świątecznym prezentem i poruszony polską tradycją chrześcijańską reprezentowaną przez dwóch policyjnych małolatów, opowiedziałem im, jak to kiedyś w Niemczech rzeczony  pojazd  wskutek mojego gapiostwa nie miał już od prawie trzech miesięcy badania technicznego, które, jak wiadomo, jest tam dość rygorystycznie przestrzegane.. Pewnego więc dnia znalazłem za wycieraczką policyjny druczek, cyt.: "Przypominamy panu, że termin badania technicznego już upłynął. Prosimy w ciągu 7 dni dokonać tej operacji i zawiadomienie nas o tym telefonicznie". 

I po cóż było wzniecać Powstanie Warszawskie? 


Dopisek:

Wprawdzie jest to tylko moja hipoteza, ale dla jasności umysłu wiele zapewne kosztów i strat warto jest ponieść, albowiem tylko empirycznie możemy z pewną dozą prawdopodobieństwa ustalić, na jaką mitręgę powinniśmy być przygotowani. Otóż od samego zarania ta spontaniczna interwencja policyjnego prawodawstwa zdawała mi się wątpliwa co do intencji. Była bowiem śnieżna zawierucha, ciemności spowijały suwalskie ulice, a tu, ni stąd ni zowąd, wystrzelił z hukiem policyjny pojazd, aby porządku dopilnować. I ja, biedny szaraczek, który nie nosi za pasem pistoletu ani policyjnej pałki, a więc tych argumentów, wobec których nie mam szans na dyskusję, zostałem przyłapany na przestępczym procederze, który dla suwałczan tak wielkie szkody może uczynić. Cofnąłem się tedy w czasie, aby pojęcia jakiegoś nabyć.

Owóż zaledwie przed godziną usiłowałem kupić świąteczne śledzie na suwalskim rynku. Budka nie była oblegana, ale tu i ówdzie stali sobie jacyś zamaskowani przechodnie. Ja, który nigdy uwłaczającego mojej inteligencji knebla na ryj nie założyłem, usłyszałem nagle ryk spazmatyczny jednej damy oddalonej ode mnie o kilka metrów, bym się nie wciskał do budki bez kolejki, i mam zaraz założyć na mój ryj obowiązującą wszystkich maseczkę, która uchroni mnie przed zarażeniem się powszechnym idiotyzmem. Naturalnie zignorowałem to chrześcijańskie wezwanie do modlitwy tym bardziej, że zagrożono mi wezwaniem policji. A ta, wiadomo, mruga swoim elektronicznym okiem i wystarczył jeden kumoterski telefon, by urządzić na Błotniaka policyjne polowanie z wiadomym skutkiem, bo mój automobil jest jedynym egzemplarzem w mieście i okolicach.  Jest wprawdzie jeszcze jeden domysł, o którym powiadają uczciwi policjanci, że policyjna wierchuszka nakazuje szeregowym policjantom prześladowanie mandatowe tubylczej ludności. Bo przecież na każdego można coś znaleźć, co nie wymaga posiadania wyobraźni, jaki skutek takie zalecenia przyniosą.

A Karzeł klepie się po brzuchu z sardonicznym chichotem.


poniedziałek, 11 maja 2020

PRZESŁANIE


Natchniony przez strachliwych tubylców, zadaniowych prześmiewców i artystycznych kuglarzy - odważam się oto zacytować samego siebie w obliczu powszechnie występującej duchowej mizerii. 
Historia tego obrazka jest wprawdzie dość zajmująca, ale na obecny naszym czasom użytek zdecydowałem się na taką tylko formę powtórki z rozrywki, bo jest w niej także zawarta dychawiczność naszych tęsknot za wolnością. Bowiem kiedy tę wolność odzyskujemy - poniekąd wbrew naszym oczekiwaniom - zaraz cały pomyślunek zatrudniamy w niszczeniu tego daru.
Gdzież dzisiaj się pochowali zatwardziale bezmyślni, sprzedajni i naiwni apologeci totalitarnego Kaczystanu, którym pomyliły się nie tylko mgławice i kontynenty?  Gdzie się dzisiaj szwendają usłużni globtroterzy pochowani po różnych partyjkach? Gdzie się podziewa Jarosław Marek Rymkiewicz - upozowany na klęcznik swojego umiłowanego wybitnego wizjonera, który "jeden tylko ma plan dla Polski"?
Póki co tyle dukam i przesłanie zawarte w tym zielonym listku publikuję: melancholikom dla rozrywki, idiotom na pożytek. Kiedy ten listek spadnie - zacznie się Zagłada. ...Chociaż nie dowierzam moim profetycznym właściwościom!

piątek, 20 marca 2020

ZARAZA

Chciałem wprawdzie oszczędny tekst napisać, aliści moje zamiłowanie do zwięzłości na ciężką próbę wystawione zostało, bowiem szybko doznałem potępianego dość powszechnie stanu zaniepokojenia umysłu, który na swoje fanaberie nie nabył jeszcze odporności przez zastosowanie odpowiedniej szczepionki. Tak więc Zaraza - a więc czarna śmierć, morowe powietrze, pomór - zniewoliły moje zmysły i jako ich ofiara w tym miejscu się produkuję, które opuściłem w grzesznym braku wiary we własne literki.

Zwykle tak w Polszcze bywało, że pomór - od czasów Kazimierza Wielkiego - szedł z zadyszką od Wschodu na Zachód i dalej idąc dorzeczem Wisły pustoszył cały kraj albo w pobliżu pól bitewnych (jak po bitwie pod Beresteczkiem) wśród stosów trupów brał początek. (Pisze Ludwik Kubala 120 lat temu: "mówili jedni, że z powodu niepochowanych trupów, które tam wzdłuż drogi do Konstantynowa w liczbie 30.000 leżały"). Zaraza zagarniała wszystkich bez wyjątku: czy to żydów, arian, Kozaków lub chrześcijan. (O poganach brak historycznych doniesień, bo katolicki pomór miał szczególną troskliwość wobec Słowian). Pewne jest, że w owych czasach nie wyrwała się nieopatrznie (lub opatrznie) Zaraza z laboratorium, gdzie trwały prace nad bronią biologiczną, której zapowietrzone miazmaty wypuszczone w lud unicestwić miały znaczącą część ludzkiej populacji, a poprzez medialne manewry zarządzające strachem - wypróbować broń na którą nie ma odwetu. (Groźba ta powstrzymywała do czasu zapalczywych wojowników i agresorów przed wzajemnym unicestwieniem). 
Zaordynowano tedy manewry generalne, ażeby atak medialny na odmóżdżoną populację lemingów - które łykną każdą porcję ścierwa - znośnym uczynić. Telewizornie pokazały swoją siłę rażenia. Dlatego niektórzy trzymali się starych zasad przeciwko nisko ścielącej się zapowietrzonej mgle: okadzali chaty kadzidłami, gdzie zioła wonne, kwiaty róży i liście wierzby tliły się wyrzucając Zarazę z domostw. Na wszelki wypadek skrapiano ściany octem lub palono siarkę. Majętni szlachcice brali na przeczyszczenie. Biedakom zalecano korzeń dzięcieliny w winie, a zimą jego wyciąg w wódce. Używano też goryczki, bukwiowych liści i nagietka na kwaśno.
Mimo tych zabiegów i modłów do Najświętszej Panienki i Chrystusika królewiątka Polski umarło w Krakowie w roku 1653 - 26 tysięcy chrześcijan. Żydzi, jako naród bardziej wartościowy, wykupili się Jahwe trzema tysiącami trupaków; inni jeszcze większe podawali liczby. Umierało więc pięćdziesięciu Żydów codziennie i setka zadekretowanych katolików, którym bozia pomóc się leniła. Tak czy siak - niejako w zastępstwie braku boskiej dobrotliwej ingerencji - starano się dać odpór Zarazie w postaci "szałwii i ruty w occie winnym. Ale to wszystko nic nie pomagało. Bogaci zaczęli uciekać na wszystkie strony, w kraju pojawił się niepokój tem większy, że niezwyczajne zjawiska i niezwykły bieg natury zdawałoby się gorsze nieszczęście zapowiadać i  napełniały przerażeniem zabobonne umysły. W całej Polsze pokazały się oznaki ogólnego moru: choroby szkodliwe z petocyami, z ospą, z odrą, z dymienicami, gruzłami i karbunukułami i szkodliwe odejście od rozumu. A powietrze coraz bardziej się srożyło" - powiada Kubala. Dlatego, dla oczyszczenia powietrza, spalono w podkrakowskiej Mogile czyniących spustoszenie  kilka czarownic, które jakowyś seksualny i religijny jad ponoć roznosiły - czyniący spustoszenie w jądrach plebanów i zakonników. Ale cóż: "gospody zamknięte, cmentarze oblężone trumnami, studnie zatrute przez Rusinów i  Żydów" - cytuje Ludwik Kubala w roku 1901, co jest wskazówką wystarczającą, jak w zamierzchłych już czasach pojmowano obie nacje, co karmiło skutecznie wszelką ciemnotę.


Czyż więc dziś, zagrożeni zadekretowaną pandemią i stanem zniewolenia nie powinniśmy na chwilę wziąć na wstrzymanie i stare księgi wertować, ażeby nie stracić równowagi? Rzecz jednak w tym, że jesteśmy już od wielu pokoleń dewocyjnymi analfabetami. Byle klecha przyprawia nas z ambony o orgazm wsobnego intelektu, a państwowy nierząd pławi się w propagandowym niechlujstwie, które zmutowany po katolicku plebs wysłuchuje z religijną bojaźnią. Kościółki wprawdzie zamknięte dla tłumnych zgromadzeń, ale jakoś nie widać procesji pospólstwa na cmentarze, by tam znaleźć pod krzyżem życie wieczne. To są nasze skatoliczałe włości, to Korona polska zagrzebana w popiele.  Pozostał tu i ówdzie jakiś nawiedzony pisarczyk i kilka hufców zbrojnych w umysły rycerzy. Oni tylko zmagają się z nisko ścielącą się nad ziemią zapowietrzoną mgłą.
Kurtyna!

Za kurtyną zaś, cichcem, pod osłoną koronoświrusa i zakazem wstępu do lasów, trwa masakra drzewostanu w puszczańskiej domenie tzw. Wigierskiego Parku Narodowego, który poza swoim statutowym przywilejem jest również Przedsiębiorstwem Pozyskania Drewna, a jezioro Wigry pełni funkcję suwalskiej oczyszczalni ścieków!


Troska parkowych biuralistów po zniesieniu zakazu wstępu do Puszczy.

Pod piłę idą także najpiękniejsze okazy: świerki, sosny, brzozy, a i dąb nie jest do pogardzenia. Cały ten proceder kwitnie jako wyraz szczególnej troski o polską przyrodę zdezelowanej umysłowo od lat tzw. Rady Naukowej, wniebowziętego nielicznego chłopstwa i namaszczonego przez aktualną ferajnę dyrektorskiego figuranta, który zmuszony jest do realizacji zamówień na drewno, bo to przecież ta ręka łaskawa wyniosła go na dyrektorski stołek.
Żołnierzu Polski (jeśliś jest), ocknij się z letargu! Bo nie może być tak, że schałacony bezmyślny tubylec, skorumpowany 500+ i trzynastą emeryturką, przykroi nam Rzplitą wedle własnych potrzeb; także wtedy gdy ma zagwarantowaną liczebną większość!
Kiedy jednak podczas bezsennych nocy pochylam się nad naszą polską udręką, tylko dwa słowa chylą mi się pod pióro: SZUMY I PISKI! Przewodzi temu chórkowi utytułowany dyslektyczny szarlatan. Tubylcza zamaskowana mierzwa w odruchu wdzięczności nadstawia tyłki do, cyt: wyszczepień. Na placu apelowym walają się polskie sztandary.



Urobek parkowych biuralistów.



czwartek, 24 maja 2018

POWTÓRKA Z ROZRYWKI

"Nic z błękitu, nic z purpury, same drobne udręki" – mógłbym rzec za Iwaszkiewiczem, chociaż niezwyczajna pasja mnie nieodpowiedzialnie roznosi i jeszcze nie umiem się jej wyrzec. A przecież w pisaniu felietonu najważniejsza jest pierwsza fraza. Albowiem to na jej skrzydłach można tak wiele wskrzesić i tak wiele unicestwić.
Ot, choćby dzisiaj.
Zjechałem  (jak zwykle) z sejneńskiej drogi i skrajem Puszczy wolno jechałem. Dawniej była tu żwirowa piękna droga. Dzisiaj asfalt przykrył czas odległy. Ale przecież, w myśl doktryny Wigierskiego Parku Narodowego, asfaltowanie polnych dróg nie czyni szkody przyrodzie, a więc świadkowi lechickich zmagań o zachowanie  Słowiańszczyzny.

(OGŁOSZENIE)
Niezliczonym rzeszom moich Gości tudzież Oglądaczy i Czytaczy, przestępujących z nogi na nogę w oczekiwaniu na dalszy ciąg moich zmagań z felietonową materią, w pożałowania godnym stanie umysłu, ogłaszam wszem  wobec:
Owóż spadające z Ognistych Niebios na Rzplitą w ostatnim czasie plagi spopielają także budowane z mozołem literackie konstrukcje, bo co i rusz zmieniają się konteksty. Zdobycie tedy przez walecznych wojowników boga Jahwe polskiego lotniska napełniło moje serce nadzieją. Tym bardziej, że tak witana po wsiach i miasteczkach "najwspanialsza na świecie armia", co ogłosiło szydło z wora, wyjawiła tym samym, jakiego boga uważa za swego sojusznika. Jest to wprawdzie rewelacja od dawna znana wtajemniczonym, ale cóż to szkodzi odprawić - na (jeszcze) przez tubylczych biurokratów administrowanej polskiej ziemi -  mszę wojenną w intencji przyszłych ofiar.
Poza tym kolejna susza i wysyp trującego dla koni skrzypu niweczą moją leśmianową łąkę.
(dopisane 21 czerwca 2018)

Tuż za mną napierał na mój pojazd zdesperowany potomek dumnych niegdyś kmieci, który zwykle za nic ma przywiązanie do bezinteresownych odruchów. Nie jestem nazbyt strachliwy, więc nie uległem zmotoryzowanej przemocy i nadal godnie wolniutko jechalem  asfaltową autostradą w polskim parku narodowym, który dla takiej został stworzony fantasmagorii, aby i Zwierzęta -przeganiane przez motłoch z puszczańskiej ostoi - swój azyl w nim miały; a więc mordowanie Zwierząt - przynajmniej na tym obszarze - będzie z mocy prawa zakazane, zaś urbanizacja krajobrazu i wycinanie starodrzewu ("bo podnosi asfalt") także!
Po coż istnieje polski park narodowy, w którym lokalna biurokracja betonuje krajobraz dla rzekomej wygody nielicznych tubylców? Część odpowiedzi znalazlem na falach Radia Wnet, gdyż redaktor  przyjechał robić reportaż z okazji otwarcia Chołko Highway do samego brzegu jeziora Wigry.
Ja wprawdzie wiem, że redaktor tutaj się nie pofatygował, ale cóż mi szkodzi powoływać się na atrapę!
CDN



poniedziałek, 8 stycznia 2018

WIDOK Z MOJEGO OKNA


Arystofanes - 61, Arystoteles - 62, Władysław Ludwik Anczyc - 60, Aleksander II - 63, Aleksander Wielki - 33, Avicenna - 57, Izaak Babel - 47, Honore de Balzak - 51, Charles Baudelaire - 46, Guillaume Apollinaire (Kostrowicki) - 38, Ludwig van Beethoven - 57, Jan Brzechwa - 66, Stefan Czarniecki - 66, Witold Gombrowicz - 65, Jarosław Hasek - 40, Dante Alighieri - 56, Joseph Conrad - 67, Mikołaj Rej - 64, Jan Hus - 41, Jan Kochanowski - 54, Michaił Lermontow - 27, Adam Naruszewicz - 66, Wacław Potocki - 65, Herodot - 56, Benedykt Chmielowski - 63, Zygmunt Gloger - 65, Jack London - 40, Juliusz Słowacki - 40, Heinrich Heine - 59, Zygmunt Krasiński - 53, Andrzej Munk - 40, Aleksander Hercen - 58, Baruch Spinoza - 55, Maurycy Mochnacki - 31, Stanisław Brzozowski - 33, Mikołaj Gogol - 53, Krzysztof Kamil Baczyński - 23, Władysław Broniewski - 65, Cyceron - 63, Józef Czechowicz - 36, Kartezjusz - 54, Paul Eluard - 57, James Fenimore Cooper - 62,
Charles Dickens - 58, Albert Camus - 47, Gustaw Flaubert - 59, Hegel - 51, Karl von Clausewitz - 51, Fiodor Dostojewski - 60, Fryderyk Chopin - 39, Mikołaj I - 59, Julian Tuwim - 59, Tadeusz Miciński - 45, Ernest Hemingway - 62, Leonardo da Vinci - 67, Marcin Luter - 63, Adam Mickiewicz - 57, Niccolo Machiavelli - 58, Rainer Maria Rilke - 50, Vincent van Gogh - 37, Konstanty Ildefons Gałczyński - 48, Jan Matejko - 55, Paul Gauguin - 55, Tadzio Trocki - 56, Tadeusz Makowski - 50, Glenn Gould - 50, William Faulkner - 65, Horacy - 57, Stanisław Jerzy Lec - 57, Iwan Turgieniew - 65, Józef Szujski - 48, Robert Schumann - 46, Stanisław Orzechowski - 53, Jan Lechoń - 57, Cyprian Norwid - 62, George Orwell - 47, Marcel Proust - 51, Soren Kierkegaard - 42, Bohdan Arct - 59, Antoine de Saint-Exupery - 44, Aleksander Puszkin - 38, Lucjan Rydel - 48, Antoni Czechow - 44, Jan Stachniuk - 58, Amedeo Modigliani - 36, Stanisław Wyspiański - 37, Witkacy - 54, Bolesław Prus - 64, Artur Grottger - 30, Tadeusz Czacki - 48, Zygmunt Vogel - 62, Jan Stanisław Jabłonowski - 62, Jerzy Ossoliński - 55, Jan Karol Chodkiewicz - 61, Józef Gielniak - 40, Stanisław Grochowiak - 42, Stefan Żeromski - 61, Paweł Włodkowic - 65, Alexis de Tocqueville - 54, Jan Stanisławski - 47, Stanisław Przybyszewski - 59, Jerzy Łojek - 54,


poniedziałek, 30 października 2017

BAL WAMPIRÓW

To mój najkrótszy felieton, bowiem opisywanie ostatnich tchnień Rzplitej – konającej w medialnych fanfarach i umysłowych fuszerkach – wymaga szczególnej odporności. Nie da się z tymi głosami dyskutować o odwiecznej naprawie Rzeczypospolitej. Albowiem znikł Naród (jeśli był – przemocą    zlepiony katolicyzmem), a pojawiła się bogobojna tłuszcza – czyli (demoniczna) tzw. "większa mniejszość". Motłoch ten zamorduje wszystko, ażeby się nażreć, paciorek zmówić, kiszki wypełnić sloganami, a swoją ignorancję nakarmić w ulicznej edukacji. Motłoch ten za pięćset PLN na drugiego potomka gotów jest na wszystko. Motłoch ten wyżre i wydali ze swoich trzewi serce Rzplitej, bo rachunek sumienia nie jest przewidziany. Motłoch powiesi Psa sąsiada w stodole i oderżnie głowę żyjącego jeszcze Jelenia dla pozyskania trofeum.  Motłoch w dzień Świąt katolickiego (ukradzionego) Bożego Narodzenia, po sutej libacji, podejdzie skrycie pod wasz Dom i wystrzeli do waszej klaczki (powszechny dostęp do broni sakramentalnie wskazany). Motłoch żywemu nie przepuści, ale sam domaga się łaski dla swego zgniłego żywota. – Tedy zgiń i przepadnij (to mówię) i w proch się obróć, bo stanowisz Motłochu obrazę dla wszelkiego Aktu Stworzenia!

poniedziałek, 8 maja 2017

LIST DO ANDRZEJA SZUBERTA

Wróciłem właśnie z Suwałk i zasiadłem z dobrą wiarą przed klawiaturą. Trawa na mojej leśmianowej  łące pięknie mi rośnie, bo rozsypałem zawczasu granulat wapnia dla łąki odkwaszenia, zabronowałem i deszczownię zainstalowałem.
Donnka rży do mnie kiedy mnie widzi lub usłyszy i nie mam żadnych nowych pragnień. A nawet uważam, że zanadto do moich zasług zostałem przez Swarożyca obdarowany.
Bo przecież stworzyłem tutaj z niczego moją Małą Ojczyznę. Posadziłem wiele drzew, które urosły w siłę. Jak na ten przykład ten modrzew, kiedyś rachityczna gałązka, którego pnia już przed kilku laty nie mogłem objąć.


 Wybudowałem także Dom mocarny nie tyle dla schronienia, co dla dania świadectwa. Bo w tamtych latach zwyczajne trwanie na polskiej ziemi zdawało mi się wyzwaniem dla naszych powstańczych zrywów.
Po cóż mi więc ta obecna jakże problematyczna Ojczyzna, zasiedlona tłumem tubylczych głupków, rabusiów i skorumpowanej swołoczy, zniewolona jazgotem prostackiej propagandy, zamulona cenzorskim knutem, policyjnym paralizatorem, wekslem dłużnym, katolicką amboną i patryjotyczną egzekucją?!
Przecież nie mówimy tym samym językiem, nie pochylamy się z jednaką troską nad naszą Matką Ziemią, która jest łupiona bez opamiętania. Wśród łopotu sztandarów – gdzie polska flaga służy za tablicę ogłoszeniową – klepiemy paciorki przesuwając kulki różańca i zerkając w ekrany tabletów dla lepszej pamięci. Więc (nie zaczyna się zdania od więc) jakiś usłużny klecha poprowadzi nas znów na manifestację, barykadę lub redutę, gdzie przykładnie będziemy musieli zginąć, aby nie zawieść oczekiwań dekowników i politycznych manipulatorów. Będziemy ginąć wśród tumultu znaczeń, niezrozumiałych znaków i hołdów czynionych gipsowej figurze z zamkniętymi oczami. Bo tak nam nakazuje oszukańcza katolicka tradycja zrodzona z przemocy.

W ten oto sposób – prawie jednym tchem – napisałem prolog, który zapomnianą sztukę epistolografii wznieść miał na wyżynę publicystycznej ekspresji i rozrywki. Wszakże zaraz zauważyłem, że wsiadłem na konia nazbyt chyżego, który zwyczajnie ponieść mnie może..
Przecież nie jest jeszcze tak, że nie umiem się utrzymać w siodle nawet w szaleńczym cwale. Wprawdzie już nie jeżdżę konno bez ogłowia i siodła, ale mam w pamięci własną niegdysiejszą jeździecką sprawność. Moje zaś internetowe doświadczenia wyraźnie mi wskazują, że w ewentualnych polemikach mam najczęściej i co najwyżej do czynienia  z motłochem, który ubrany w pawie pióra zapomniał o znaczeniu zwykłej stalówki.
Albowiem Polska rozdzierana jest przez nas samych na strzępy. W porzuconych skrawkach spoczywa Jej majestat. Patryjotyczna czkawka, sprowadzona do skandowania kilku sylab, zanoszona jest na ołtarze Polski niezłomnie katolickiej. Bo tylko taka obskurancka niezłomność może być rzekomo jedyną dla polskości ostoją. Tymczasem polskość nie daje się zamknąć w jednej dusznej izbie i zakrystii. Polskość to zaledwie szansa lub możliwość skupienia na każdej Istocie. Polska zaś myśl polityczna nie może być egzegezą religijnych tekstów.

To powtórne wprowadzenie nie dotyczy naturalnie adresata tego listu, bowiem onże dawno już zgłębił istotę  polskiego zniewolenia.
Spotkaliśmy się przypadkiem w Internecie, by wykazać dość oględnie, że bez państwowych apanaży  i redaktorskich wierszówek można cokolwiek opisać zaczerniając internetowe stronice. Ale polacki ludek ma w rzyci nasze intelektualne rozważania i inne gejzery. Dlatego umyśliłem sobie akceptację internetowej kreacji umundurowanego Aleksandra Jabłonowskiego. Agnieszka Fatyga – małżonka tegoż – śpiewająca tak przejmująco pieśń o Powstaniu, zdała mi się wystarczającą rękojmią. Przcież nie wydawało mi się możliwe, by obok tak bijącego serca zakamuflował się podstępny prowodyr polskiego samounicestwienia.
Bo i to trzeba jeszcze dodać w banalnej sekwencji, że w epoce cywilizacji obrazkowej – gdzie rządzi światło, dźwięk, barwa głosu, scenograf, sekretarka planu, operator i jego szwenkier, kierownik produkcji i montażysta, a wreszcie reżyser miksujący dźwięki, teksty i obrazy – my, stukający w  uniesieniu w klawiaturę, bywamy prawie pożałowania godni. Kiedy dodamy jeszcze do kompletu specjalistę od wizerunku – jesteśmy już podani w potrawce.
Polska to nie jest 19 procent ogółu tubylców tych najbardziej skatoliczonych, a więc dla Polski wiaro(u)łomnych. Polska to jest kraj, gdzie wielu może znaleźć dla siebie schronienie. Dlatego nie trafiają mi do przekonania hasełka o czystości etnicznej. I tak bywało, że Przybysze stawali się bardziej Polakami aniżeli zasiedziali tubylcy. Polskość tedy – to rozrastające się siedlisko! Słowiańska brać, słowiański ród, słowiański dom, słowiańska pieśń i ogromniejąca swoją łzą cudowna Słowiańszczyzna!
Nie umiem więc zrozumieć tych, którzy na afisze słowiańskość wprowadzają, ale mentalnie tkwią w kruchcie. Bo przecież to Kościół katolicki przez wieki niszczył wszelkimi sposobami słowiańską Polskę. Kiedy więc dzisiaj Aleksander Jabłonowski wspiera międlarującego na parteitagach byłego klechę, którego umysłowość jest dobrą ilustracją katolickiego horroru, to wiem, że zostałem  z grupy kościółkowej adoracji wrzaskliwego nacjonalizmu wykluczony i zamknięty w rezerwacie.
Religijni psychopaci i ich posługacze objęli rządy w Rzplitej. Swarożyc mi świadkiem, że nigdy nie akceptowałem wszelkiej przemocy! A ta ogarnia nas coraz bardziej ciemną chmurą.
Nie jest więc na ten czas roztropnie czekać na ideał odpowiadający naszym wysublimowanym wyobrażeniom. Aleksander Jabłonowski to człowiek z talentem oratorskim, umiejący także słuchać. Nie wątpię również w jego patriotyzm, bo nie mam innego wyboru, jak zawierzyć własnej intuicji. Takich ludzi nie powinno się zostawiać samych sobie. Zaraz się przecież znajdą zadaniowi potakiwacze i krętacze oraz posiadacze miernego intelektu, w których naturze jest doczepianie się do nogawek.
Otóż takie właśnie zaniechanie dało błazeński (nie mylić ze Stańczykiem) efekt i odbył się, inicjujący szczególną myśl polityczną, ślub Dmowskiego z prymasem Wyszyńskim. Z tego zalegalizowanego mariażu wyrodził się na poczekaniu późny wnuk, czyli międlarujący potworek fanatycznego patryjotycznego katolicyzmu. Zmykam tedy z tej imprezy, bowiem moje modlitwy wydały owoc w postaci seminarium  w zakresie rozwiązywania kwadratury koła.

P.S. 1
Staram się rozumieć wszelkie aberracje, bo szaleństwo ludzkie niejeden ma wymiar. Jednakże chełpliwe oświadczenia Aleksandra Jabłonowskiego o niszczeniu niemieckich grobów wywołują moją odrazę dla takich działań. Dotyczy to także grobów i miejsc, upamiętniających zagładę żołnierzy Czerwonej Armii.

P.S. 2
Andrzeja Szuberta – za jego protest przeciwko nachalnej katolskiej wersji polskich dziejów, lokalizowanej w świętym dla Słowian miejscu –  prokuratorskie przydupasy klechów chcą osądzić i do klechickiej szubienicy przybić. Nie ma ta prokuratoria żadnego uważania na katolicką rzekomą dobroć i wybaczanie, choćby dla zaniechania zemsty. Tedy przygotujcie się (merytorycznie) klechy w prokuratorskich sukienkach, bo na tej mszy wy sami możecie zostać osądzeni.

P.S. 3
"Prawdziwego jedynego słusznego rodaka wyróżniają trzy cechy: uczciwość, mądrość i religijność. Szkopuł w tym, że cechy te nigdy nie występują wspólnie. Maksymalnie mogą być dwie. I tak: jeśli ktoś jest mądry i uczciwy, to nie jest religijny; jeśli jest religijny i uczciwy, to nie jest mądry; jeśli jest mądry i religijny, to nie jest uczciwy." (Z Internetu)



piątek, 21 kwietnia 2017

OBŁĘD

Występy smoleńskiej trupy pod dyrekcją Ministranta skłoniły mnie do niewdzięcznych zadań. Żmudna to praca, ale może komuś w przyszłości się przyda.
Oto wydobyte z dna perły:

"Ten samolot nie dlatego się rozbił, że uderzył w ziemię. Tylko dlatego uderzył w ziemię, że się rozbił". (Antoni Macierewicz – Ministrant)
"Pasażerowie tupolewa wsiedli do samolotu w misji pokojowej, a nie wiedzieli, że jadą na wojnę, zostaną zaatakowani".  (Tomasz Sakiewicz – Reduktor)
"Wysłaliśmy ekipę do Rosji, która pojechała po części /... / jakoś udało się pod okiem Ruskich przemycić pewną ilość części /... / ja na swym biurku w redakcji mam urządzenie do wypuszczania podwozia". (Tomasz Sakiewicz – Reduktor)
"W przypadku (badania – dopisek mój) katastrofy smoleńskiej nie trzeba być inżynierem, wystarczy być historykiem". (Maria Dłużewska – reżyser)
"Tam były dwie fazy. Jedna próba rozbicia samolotu, a kiedy to się nie udało to eksplozja". (Tomasz Sakiewicz – Reduktor)
"Mamy dowody, że tak mogło być". (Wacław Berczyński – Caracal)
"Wiem na pewno, nie to, że przypuszczam, wiem na pewno, że samolot rozpadł się w powietrzu. /.../ Podchodzę do tego zadania, do tego zaszczytu bez żadnych założeń". (Wacław Berczyński – Caracal)
"To nie była wielka wysokość i wielka prędkość, z jaką ten samolot spadł. To była wysokość drzewa. Gdyby wcześniej wiedzieli co się wydarzy, oni mogli normalnie wyskakiwać, ewentualnie połamali by sobie nogi".  (Marcin Rola – Rolada)
"Niezwykle rzadko zdarza się katastrofa lotnicza w której giną wszyscy pasażerowie. /... / Znam się na lotnictwie". (Wacław Berczyński – Caracal)
"Celem tej książki ("Zamach na prawdę") było dotarcie do ludzi, którzy chcą przekonać mnie i państwa, że taka zbutwiała brzoza zniszczyła stutonowy samolot". (Małgorzata Wassermann – prawnik, poseł PiS)
"To był zamach stanu. /... /  Ja w dzieciństwie interesowałem się lotnictwem". (Grzegorz Braun – Referent)
"Uderzenie kołami do góry jest lepiej amortyzowane, więc daje większą szansę przeżycia". (Wiesław Binienda – Ekspert NASA)
"Jak wyglądała katastrofa, wiemy w 99 procentach... (Ewa Kochanowska – Wdowa Smoleńska) ...Brakuje nam tylko materiału dowodowego, którego nie chcą nam wydać Rosjanie". (Piotr Walentynowicz – Wnuk)
"Było kilka wybuchów. Wiemy o trzech!" ( Kazimierz Nowaczyk - Proffessor)
"Niektórzy członkowie komisji usiłowali wbrew faktom forsować wersję, że po eksplozjach w lewym skrzydle (czego nikt nie kwestionuje) skrzydło uderzyło w brzozę dokładnie w tym miejscu, w którym akurat był wybuch." (Matka Boska Stankiewicz)
"Załogę wymieniono na gorszą. Prezydentowi należała się lepsza załoga." (Jarosław Kaczyński - Naczelnik)

CDN

środa, 4 stycznia 2017

ZIMA

Najpiękniejsza z wszystkich pór roku jest w Bronnej Górze Zima. Wiele jest wprawdzie  codziennej udręki i krzątaniny – bo w śniegach i mrozie trzeba się wykazać szczególną odpornością – ale i dla wszelakich zachwyceń pozostaje jeszcze sporo miejsca. Kiedy więc śnieg zasypie Bronną Górę z kretesem, kiedy wyjazd nawet na łańcuchach nie wchodzi w rachubę, kiedy w Puszczy giną wszelkie głosy i słychać tylko szelest opadających ze śniegu gałązek, wtedy przychodzi Gandalf i na swoich rogach unosi sklepienie niebieskie. I na ten znak wychodzą z kniei ufne Zwierzęta. Albowiem nastał czas, że żaden zdefektowany homo sapiens łatwo tutaj nie dotrze.


Wszakże Zima ma tak różne oblicza. Ażeby je opisać, trzeba sięgnąć do pierwszych dziecięcych zimowych doznań. Do tych banalnych saneczek, łyżew z platkami i nart drewnianych. Do tych botanicznych ogrodów w oknach, na których kwitły lodowe zioła i kwiaty. Do tych holenderskich płócien, gdzie zamarły w lodowej scenerii oszronione gałązki i drzewa, dachy zasypanych śniegiem domostw i konne sanie, które w muzealnej sali się zatrzymały, by stać się eksponatem. – Do syberyjskich mrozów, gdzie polscy zesłańcy Syberię pokochali.
Jakże więc opisywać Zimy oblicza, gdy najpiękniejsze jest w pracowni białe płótno zagruntowane cynkową bielą, na które opadają baśniowe śnieżynki i lodowe kryształki, snuje się po płótnie tuman mgielny, szaleje zamieć, lód jeziorny huczy na przedwiośniu i trwa cisza śnieżna? A więc to, co się wydarzy, ale już bez naszego udziału, albowiem zostanie namalowane.
...Przecież i biel ma różne odcienie. Oto przemyka wśród długich cieni koń siwy. Biała jest jego oszroniona grzywa, bieleją na grudzie kopyta. W śnieżny bezkres opadają wyrwane z księgi  bajek kartki, bo w nich się Zima nieodwołalnie zaczyna.  W nich znika siwy koń i my znikamy u kresu żywota – Zima zaś trwa wiecznie tajemna.




Kiedy przed czterdziestu bez mała laty, późną jesienią, wpływałem na jezioro Wigry, szron i pływające lodowe tafle zapowiadały już Zimę. Wiele lat mocowałem się z mroźną poświatą. Mieszkałem w chatce, w ktorej temperatura spadała o poranku do – 20 stopni, a nawet i więcej. Rąbałem przeręble, by się w nich zanurzyć dla mojego przetrwania. Chodziłem w ciemności – w kopnym śniegu – osiem kilometrów do leśniczego Romotowskiego, aby jakieś sosny ze zrębów na moje ściany pozyskać. Znam tedy te puszczańskie drogi, które dzisiaj leśna biurokracja – wzorem gminnych odmóżdżonych pomysłodawców, którzy mają w swoim dorobku przywiezienie wysypiska śmieci i tysięcy ton żużlu dla utwardzenia polnej drogi, która akurat przebiega brzegiem jeziora – potrafi zmasakrować tzw. równiarką, bo jest zanadto wrażliwa na iluzoryczne wstrząsy w swoich  służbowych terenowych limuzynach. 
I nie mam dokąd pójść w proteście. Dlatego z melancholią wspominam owego anonimowego kapitana Wojska Polskiego, który w Suwałkach na ulicy Kościuszki, pośród zasp i śnieżnych korytarzy, w skromnym gabinecie, rezydował podczas stanu wojennego jako komisarz. Wysłuchał mojej skargi i wydał rozkaz. Uratowane przez niego mocarne drzewa wciąż jeszcze trwają.
Żołnierzu Rzeczypospolitej – nie tylko polska Zima na Ciebie czeka!

piątek, 9 grudnia 2016

REJS W PONTONIE

Coś musi być na rzeczy z uporczywą plotką, że siły ciemności sięgnęły po kwity na Solorza i w ten subtelny sposób TVP – telewizja coraz mniej publiczna – przejmuje "Polsat", zatrudniając jego oficera frontu ideologicznego, zawodnika wprawdzie średniej klasy piórkowej w publicystycznym żargonie, ale mającego prezencję spełniającą wymagania zdezorientowanych klientów zakładu fryzjerskiego, konieczną dla budowy wizerunku  przyszłego prezydenckiego majestatu.
Nie wymienię tu – z lęku i litości dla bezmyślnych lub wtórnie zdziecinniałych apologetów – innego pomazańca, który równolegle dostąpił zaszczytu, patriotycznego jak najbardziej, sikania do ogniska direkt w klatce telewizyjnego – pro publico bono – studia, bo mi przypomniane zostanie, że oprócz uprawianego zawodowo szmalcownictwa, ciąży jeszcze na mnie zarzut mordu rytualnego na żydzie , dokonanym z chrześcijańskim miłosierdziem na bródnowskim kirkucie. I zabronione zostaną ze mną wszelkie kontakty, a nawet zbierze się Rada Mędrców, która orzeknie ostatecznie i nieodwołalnie o moim anal–fabetyzmie.
Potwierdzam tedy na wszelki wypadek wszystkie te zarzuty, co stworzy sprzyjającą atmosferę dla odpowiedniej recepcji następnych objawień, jakich raczył był doznać zmumifikowany proffessor Gross w następstwie leczniczej lewatywy. A hiena, owinięta narodowym sztandarem, będzie dalej bajać i powtarzać do znudzenia stare zwietrzałe grymasy i grypsy, którą to pantonimę uwielbia czerń już przy drugim piwie.

I właściwie nie ma co narzekać, bo wszystko przebiega zgodnie z planem, chociaż konieczne są czasami małe modyfikacje. Bowiem alter ego prezydenckiego wizerunku, łaskawie i dla dobra Ojczyzny udostępnionego publicznie, czyli jaśnie wielmożny prezes Telavizji o jakże słusznej ksywie "Ponton", spełnia także – jak przywołany na wstępie Lisek – wszelkie wymagania stawiane pisowskim kadrowym mutantom.

2007
("Remanenty")

poniedziałek, 14 listopada 2016

SKIERNIEWICE, FLORIANA 4

Właściwie wszystko zaczęło się zwyczajnie. Aczkolwiek dość wieloznacznym faktem mogło być przyjęcie mnie do Związku Polskich Artystów Plastyków na podstawie tzw. dorobku twórczego. Bo przecież nazbyt mało miałem czasu, by się oddawać artystycznym studyjnym obrzędom. Malowałem więc na krześle, bo sztaluga była poza moją ówczesną możliwością realizacji. Po przebrnięciu przez dwie artystyczne komisje, w których zasiadali uznani Artyści i profesorowie ASP (Jan Tarasin chciał mnie z miejsca wziąć do swojej pracowni, Henryk Stażewski i Edward Krasiński rekomendowali mnie na piśmie, a jeszcze i Janusz Bogucki napisał o mnie opinię), kiedy ówczesny prezes Janusz Kaczmarski wręczył mi uroczyście odpowiednią legitymację, to zaraz zabrałem się za kamienie, ażeby ślad pędzla utrwalić szczególnym werniksem. I w ten pospolity sposób poniekąd zaczęła powstawać Bronna Góra.
Ale to są tylko poboczne rysunki piórkiem ważne dlatego, że bez ich zaistnienia nie byłbym  obdarowany dwiema niewiastami, które na ulicy Floriana 4 (dawnej Floriańskiej) w Skierniewicach z dawien dawna przebywały.


                               Dwa okienka przy tablicy były izdebki Zofii oknami
                             na świat. Kraty wstawiono już dla celów muzealnych.
                           W tej właśnie izbie dożywała swoich dni pani Konstancja.

Jedna, Zofia Wąsikowa z domu Bankiewicz, wdowa po malarzu Stanisławie Wąsiku, szczególną była opowieścią. Krotochwilna i sarmacka, dwuznaczna i rubaszna, z przebiegłym chochlikiem w jednym oku gdyż drugie przesłonięte było czarną opaską. Zaś Wanda Wejher, właścicielka niewielkiej przydomowej kwiatowej szklarni, starała się trwać przy Zofii w pokornym milczeniu. (Jakie były tam stosunki własnościowe, tego w istocie nie wiem. Ale Zofia z Wandą razem w szklarni pracowały. Tak czy owak, szklarenka była jeszcze z dziewiętnastego wieku).
Mieszkały tam tedy dwie samotne niewiasty: w dwóch izbach dawnego dworku, naznaczonych jeszcze obecnością Konstancji Gładkowskiej – bo i na piecowym ozdobnym kaflu w dużej białej izbie zostało jej odbicie. Obok stało banalne czarne pianino, a o fortepianie w ogrodowej nadpalonej przybudówce jeszcze nic nie wiedziałem.


Kiedy więc przeczytałem  ogłoszenie na związkowej tablicy o oferowanej do sprzedaży sztaludze – natychmiast pojechałem.
Dworzec w Skierniewicach ostał się jak za dawnych czasów, jakby w "Lalce". Ulice też były jeszcze ciemne i ciche. Owej jesieni szedłem od dworca na chybił trafił mroczną aleją, aż potknąłem się o próg w sieni..., gdzie za ścianą trwał rozświetlony naftowymi lampami świat, który i na zewnątrz oddychał jeszcze tu i ówdzie – w pozostawionych dożywających rekwizytach.
W ciemności zapukałem w coś, co w dotyku przypominało drzwi. Ozwało się szczekanie i za chwilę między drzwiami i framugą ukazał się świetlny promyk. I stanęła Zofia opromieniona boskim światłem, i  wzięła moje zmarznięte ręce w swoje.
I zaraz wyskoczył Traf, naciskając klamkę sąsiedniej izby. Pani Zofia nie zdążyła zareagować. Skoczył ten zwirz na mnie w obronie swojej pańci i chyba w locie zmienił decyzję. (Przyszłe wypadki pokazały, że Traf traktował swoje obowiązki całkiem serio). Poczułem tylko obejmujące mnie wielkie łapy i jęzor na mojej szyi. (Ostatecznie facet był przynajmniej mojego wzrostu). Pani Zofia zupełnie oniemiała, i to tylko zdołala wykrztusić, że Traf nigdy nikogo tak nie przywitał. Traf, bo się trafił, znaleziony przez Zofię jeszcze ślepy szczeniak, umierający na żeliwnej kracie  miejskiego rynsztoku.

Kiedy dzisiaj cienkim piórkiem rysuję mój rysunek, chciałbym każdy szczegół opisać, który się błąka po mojej pamięci. Opisać, czyli darować ludziom i przedmiotom jeszcze trochę wytchnienia, jeszcze trochę czasu, który sposobi się do ich unicestwienia.


Jakie obrazy wisiały na ścianach, gdzie stał stół potężny i pradawne krzesła przy nim, lampa nad stołem z minionego wieku, głos dźwięczny Zofii i szept lękliwy Wandy w półmroku ukryty; opisać ich suknie i kapelusiki, pantofle i śniegowe kamasze, chusteczki zwiewne i chłód dotkliwy w izbach, cienie przemykające się od ulicznego parterowego okienka i ukrywające się między szafą a komodą..., nuty rozproszone pozbierać..., Marię Rycerską, siostrę Wandy, poprosić, by zechciała nadal grać na fortepianie, który od wielu lat stoi w Bronnej Górze.

Jeszcze nic się nie stało, nic się nie spełniło, świat nie jest, świat się wiecznie zaczyna – prawił mój poetycki autorytet lat chłopięcych Julian Przyboś. Cytuję te słowa prosto z głowy, czyli z niczego, bo rozwlekle trzeba by tłumaczyć ich moc, gdy skierniewicka jesienna mgła zaciera kontury i ucisza głosy.
Tak więc siedzę ja, dwudziestoletni, z Zofią przy stole, a ona wciąż mi podsuwa jakieś frykasy, konfitury i uważnie mnie obserwuje. Jako przedmiot badawczy czuję się naturalnie dość nieswojo, ale Zofia zaborczo zamierza wykorzystać moje zniewolenie i wreszcie pyta o powód mojej wizyty. Kiedy coś bąkam o sztaludze w ogłoszeniu, Zofia z szelmowskim błyskiem w oku woła: a ja od razu wiedziałam, że nie przyjechał pan do mnie bezinteresownie!
W końcu więc, rada nierada, prowadzi mnie z zapaloną świeczką przez ciemną sień do ogrodu, gdzie skrywają się kontury jakiejś budowli. Sztaluga tam ponoć jest!
 – Miałyśmy tu pożar, ale tylko połowa się spaliła.
Po omacku dreptam za Zofią i wreszcie wchodzimy do izby, gdzie są wszystkie ściany. I staję jak wryty, bo w pełgającym światełku świecy widzę – wprawdzie przykryty dywanem – ten jedyny kształt, który był przedmiotem mojego największego marzenia, gdy jako dziesięciolatek w drodze do szkoły na ulicy Borzymowskiej, wygrywałem na sztachetach opuszczonego zaczarowanego ogrodu sonaty i nokturny naszego Fryderyka. To była klawiatura mojego fortepianu!
Odrzucam dywan i unoszę klapę. Tam naprawdę są białe i czarne klawisze!
Do Zofii dopiero po dłuższej chwili dociera moje chłopięce obłąkanie.

Tamten czas powoli się dopełnia, bo ma czas.  Tam tak niewiele zostało zapisane, albowiem kres życia zdawał się nazbyt odległy, by poświęcać mu swoją uwagę. Dzisiaj, w tym zgiełku i chaosie, powracam do moich skierniewickich szeptów i szelestów codzienności, do Zofii i Wandy witających mnie w szczególnym niewieścim uniesieniu. Powracam tam, skąd w istocie przybyłem.

                                                                                



poniedziałek, 10 października 2016

REDUTA ORDONA

Motto:
"Czy Matka Boska Częstochowska obroni Warszawę ?"
(Generał Jan Krukowiecki do generała Jana Skrzyneckiego).
"Obiecuję świetny grób wykopać dla armii polskiej."
(Generał Jan Skrzynecki do rządu obejmując dowództwo).

Oto nasza Reduta, na której wytrwamy po kres naszego żywota. Oto nasza Ojczyzna, nasz wzór i natchnienie, niezbywalna lechicka tożsamość: ta nasza prochowa beczka polskiego patriotyzmu.   

Reduta nr 54 broniona była przez około 300 żołnierzy pod dowództwem majora Ignacego Dobrzelewskiego, (którego w potocznej legendzie skutecznie wyrugował porucznik Julian Ordon). Po zajęciu opuszczonej (nieobsadzonej) przez Polaków reduty nr 55 żołnierze carscy przypuścili szturm na jeszcze bronioną redutę nr 54. Obrona ta dość szybko zamarła (ponoć po  15 minutach)! i Rosjanie wypełnili redutę. Wtedy miał nastąpić wybuch zgromadzonych prochów i masakra żołnierzy. Jacy to byli żołnierze, nie sposób rozsądzić.  Historiografia doliczyła się trupów (Rosjan i Polaków) około dwustu.
Ale i w zakresie tego podstawowego faktu nie ma zgodności. Wybuch miał bowiem nastąpić zanim rosyjscy żołnierze zajęli redutę, więc ofiarami musieli być tylko Polacy. Zaś sprawców było trzech: Nakrot i Nowosielski albo przypadkowy pocisk.
I tu się zaczyna literacka patriotyczna fikcja, której autorem stał się wieszcz nasz narodowy Adam Mickiewicz.
(W mojej przepastnej bibliotece Powstanie Listopadowe traktowane jest z szczególną rewerencją. I aczkolwiek felieton ten pomyślany był z góry zamierzoną tezą, na wszelki wypadek sięgnąłem do dawnych lektur. I tu po raz wtóry natknąłem się na hipotezy, bajania, zmyślenia i sprzeczne relacje. Jakże więc przesiać  przez felietonowe sito ten szczęk oręża w listopadowy zimny wieczór, ten gwar i ognie... i płomyki w oknach? Jakże Ich Wszystkich przywrócić do życia, ażeby nam sami wszystko opowiedzieli?)

CDN