BŁOTNE ABECADŁO

środa, 2 marca 2022

PIEROGI RUSKIE

 Doszliśmy oto do takiego zakrętu w Historii, że zjedzenie pierogów ruskich stanowi akt antypaństwowy. Wprawdzie to państwo, podobno polskie, chce się odróżniać od chociażby marnego kabaretu, ale ma taką przyrodzoną właściwość, że jego głównym zadaniem jest gnębienie etnicznych mieszkańców tych ziem, którzy z różnych krwi domieszek powstali i się nad Wisłą usadowili. Oni sami sobie są winni, bo zaniedbali Czuwania, a więc tej właściwości, która nie pozwala zasnąć także porywom serca i umysłu, boć rzekomo wstyd się na takowe powoływać.

Tedy, w takiej duchowej mizerii, na odsiecz ruszyli Ruscy, bo chociaż  wojna na Ukrainie trwa już osiem lat, to teraz właśnie cywilizowany świat się obudził i zawrzał słusznym gniewem, więc trzeba dać odpór. Ten czas wykorzystali jednak Amerykańcy i dozbrajali usilnie Ukraińców, ażeby walczyć z Rossiją do ostatniego ukraińskiego sołdata, bo wojna nie na swoim terenie to szczególny dar boży. Tak i oni dali się podstępnie podprowadzić i mosty wysadzili. Ale zaraz potem naszła ich refleksja, że sami nie będą mieli po czym nad tymi rzekami i rozlewiskami jeździć. I się zafrasowali. A tu idą kulomioty ruskie, spadają samoloty ruskie, trupy ruskie wokrug. Wot, tak Ruskie uciekają z Ukrainy pod naporem bohaterskich ukraińskich wojsk. Zanim oni jednak uciekli, w popłochu zbombardowali Kijów, Charków i inne miasta, a nawet drewniane przysiółki w ruinę obrócili. Ruskie sołdaty zgwałcili ukraińskie niemowlęta i je zjedli. Ciężarnym dziewczętom wyrywali płody na deser. Putler zaś na Kremlu o każdym poranku chłeptał niewinną ukraińską juchu na śniadanie. W tej sytuacji polskie generałki mogli się wreszcie wykazać swoim strategicznym geniuszem i orzekli jednomyślnie o prowadzonej przez Rosję wojnie totalnej.  To słynni wodzowie (Skrzypczak, Polko, Bieniek, Drewniak, Różański) zatrudnieni jako eksperci przez "Super Express", w którym  pół baby i pół chłopa  - nazwani dla przyzwoitości Biedrzycką - stanowi kanony polskiej dyplomacji,  obronności i dziennikarskiej bezstronności. Wszyscy śpiewają na jedną jeneralską nutę i żaden nie ma w widoczny sposób złego samopoczucia, że może uchodzić za idiotę, w dodatku w złych zamiarach. Bo, na ten przykład, mogliby wspomnieć i o takiej błahostce, jak amerykańskie laboratoria broni biologicznej  na Upadlinie, kryjącej ten zbrodniczy proceder. Na ten czas mamy wprawdzie sprzeczne informacje, albowiem nie jest pewne, czy Ukry zdołały te materiały biologiczne ewakuować (np. do Polski), czy są one w posiadaniu Rosji, co naturalnie zostanie przedstawione przez Usmanów jako szczególne zagrożenie dla pokoju światowego.  I pomyśleć, że ta cała machina wojenna U.S.Army została wprawiona w ruch tylko dlatego, że kiedyś jakiś Amerykaniec pokazywał bohatersko szklaną fiolkę ( co by się stało, gdyby ta fiolka spadła ze stołu albo zbiła się mu w kieszeni strach pomyśleć) z odpowiednim materiałem biologicznym z Iraku, który miał uśmiercić większość ludzkości na tym padole i stanowić wiarygodną podstawę dla rozpoczęcia wojennej turystycznej wycieczki do Iraku, gdzie ilość zaszlachtowanych Irakijczyków idzie w setki tysięcy, w czym także polish generals brali udział ku chwale Rzeczypospolitej. I jakoś mało kto oskarżał United States o zbrodnie wojenne i żądał wobec tego państwa daleko posuniętych sankcji. A tymczasem hamerykańskie laboratoria na Upadlinie pracujące nad bronią biologiczną są dobrodziejstwem dla ludzkości.

I teraz zajmijmy się ową wojną totalną, prowadzoną rzekomo przez Rosję, którą chcą nam wmówić wspomniani generałkowie i oficerowie aktualnego frontu ideologicznego zafiksowani na komputerowych grach wojennych. Jak możecie oskarżać Rosję o prowadzenie takiej wojny! Czy was pogięło? Czy wy nie wiecie, co to jest wojna totalna, a więc wojna na wyniszczenie?  To są zbombardowane, zrujnowane miasta przede wszystkim. Gdzie są te miasta!? (Wprawdzie manekin Biedrzyckiej gada o Mariupolu, że przypomina Warszawę po Powstaniu Warszawskim, ale i generał Pacek manekinowi przytakuje). Każda wojna jest rzeczą złą, ale Rosjanie w tej wojnie właśnie tylko się bronią. Bronią także Ukraińców przed unicestwieniem przez zaoceaniczną demokraturę ubraną w natowski tarnung i rodzimy nazizm.  (Ale przecież stworzone na wniosek Rosjan korytarze humanitarne ostrzeliwują sami Rosjanie w humanitarnym odruchu, a dywanowe naloty na miasta trwają dzień i noc. "Ani strielajut bomby na Kijowa" - powiada odurzona kandydatka do przesiedlenia na polskiej granicy. To przecież rosyjska armia lokuje swoje stanowiska ogniowe w szpitalach, szkołach, przedszkolach i zakładach psychiatrycznych. Zaprawdę, jak łatwo jest sprzedać tanio każdą brednię). A sam rozkaz prezydenta Putina postawienia w stan gotowości rosyjskich sił nuklearnych spowodował mentalny jazgot  wśród wybrańców odgrywających role polityków i ogłupiałej ciżby. A  kto użył  - jako jedyny dotąd - broni atomowej przeciwko cywilnej ludności!?  Zróbcie sobie ściągawkę ze spisem  wszczętych przez U.S.A. wojen i przewrotów w odległych zakątkach świata od II Wojny Światowej. W samej dwunastoletniej wojnie w  Wietnamie zginęło ok. 3 mln. Wietnamczyków i ponad 50 tysięcy Amerykanów wyjechało w trumnach. A tak mi się zdaje, że Wietnam nie zagrażał hamerykańskiej cywilizacji. I tu mamy to łatwe porównanie, bo Ukrainę przemieniono na U.S.mańską  bazę militarną i otwarte pole dla fantastycznej korupcji (prezio Bidet też jest w tym kotle umoczony, a i nasz prezio Kwaśniewski skasował ten marny milion Euro za swoje eksperckie usługi.) która zdzierała skórę z naiwnych i łasych na paciorki Ukraińców, stwarzając pozory ukraińskiego patriotyzmu pod emblematami Azowa na ten przykład. 

I, na ostatek, ten jedyny przecież napór rzekomych wiadomości, bo Ruski pobity na wszystkich frontach. Wprawdzie ukraińskie Termopile na Wyspie Węży okazały się nieporadną maskaradą, ale mit banderowskiej Ukrainy trzeba będzie jakoś dalej karmić. Nawet Marszałek Piłsudski w chwilach złości powiadał przecież, że Polacy to naród idiotów!




poniedziałek, 13 grudnia 2021

13 GRUDNIA 2021

 Pamiętam dobrze te dni zimowe początku roku 1982 gdy przedzierałem się przez zaspy do mojej Bronnej Góry.  Suwałki były zupełnie zamarznięte, i chodziło się w śnieżnych bajkowych tunelach. W puszczańskiej wiosce nieopodal Bronnej Góry, na wystających z zasp sztachetach, znalazłem pracowicie przybity plakat o wprowadzeniu stanu wojennego. I to był najbardziej dotkliwy przejaw autonomicznej ludowej destrukcji, którą dzisiaj przywołuje się jako znamię totalitarnej krwawej przemocy komuszego aparatu, która to ksywka używana jest po dziś dzień z masochistyczną lubością.

A więc wrzeszczą te "późne wnuki" i łzy ronią fałszywe, do Bozi paciorki zamawiają, pod dom Wojciecha Jaruzelskiego  się udają, by pod ochroną policyjnej zbrodniczej formacji, zamanifestować swoją wolność przekonań i ze swojej moralnej wysokości wzniosłe potępienie dla Generała. A gdzie byliście, kiedy trzeba było dać świadectwo swojej niezłomnej myśli, tylko trochę w innych okolicznościach?  Gdzie jesteście teraz, kiedy trzeba się wykazać cywilną odwagą i i nie dać się zakneblować, lub też nie dać się zamaskować jak pospolity przestępca, który swojej tożsamości nie chce zwykle ujawnić. Gdzie jesteście, gdy policja morduje na komisariatach albo na ulicach?. Gdzie jesteś ty, mój dawny przyjacielu, który stwarzasz wokół siebie nimb niezłomnego opozycjonisty, który rzekomo chciał w swojej wsi zorganizować strajk wieśniaków i za tę mało prawdopodobną myśl skazany został w myśl praw stanu wojennego na półroczną odsiadkę w sanatoryjnych warunkach, gdy w rzeczywistości chodziło o posiadane przez ciebie śmieszne dziecinne radiotelefony o zasięgu 3 kilometrów przy sprzyjającej pogodzie i ukształtowaniu terenu, i za tę swoją "konspirację" otrzymałeś od polskiego państwa sowite wynagrodzenie?  Gdzie jesteście, gdy w wiaro-ułomnym Sejmie odgrywacie role pożytecznych zakneblowanych idiotów? Gdzie jesteście wy, tzw. wyborcy, którzyście ten chłam do Sejmu wprowadzili i na samo(nie)rządach usadowili?

Dzisiaj wielu z was zagłusza prawdopodobnie wyrzuty sumienia, wykonując przestępcze polecenia  zwierzchników. w ramach dozwolonej demokratury. Zagłuszacie je dla iluzorycznych beneficjów, którymi obecna zbrodnicza kamaryla was korumpuje, rzucając wam ochłapy z pańskiego stołu. Każdy z was zdejmuje po pracy mundur lub urzędniczy garnitur, przytula żonę lub kochankę. Kiedy idziecie rankiem do pracy nie powinniście zapomnieć, że to wy, a nie wasi przełożeni, odpowiecie głową za wszystkie ich zbrodnie. Oni bowiem będą próbowali uciekać przed gniewem gdzie pieprz rośnie, ale wy nie będziecie mieli dokąd uciec i opuszczą was wszyscy, bo i wasze kobiety nie będą chciały mieć ogolonych głów!

Takie tu banały prawię, bo czuję, że zbliża się Dzień Sądu, w którym zbrodniarze zamienią się w wisielcze truchła, a my w kwitnące gałązki. Jest to wprawdzie proroctwo złudne, ale staram się naśladować  politruków, którzy każdą fantasmagorię sprzedają nikczemnie swoim wyborcom, jakże nieświadomym swoich wyborów. 

Nie wzywam tedy do wojny domowej, albowiem zastrachane i bezwolne stado samo przygotowało sobie własne unicestwienie. Wskazuję tylko, że w dobie rozrastającego się infantylizmu wszelka forma publicystycznej ekspresji uległa wyczerpaniu. Na Naszej  Polskiej Ziemi ścielą się stosy trupów, ofiar Kaczolandii, a przykładowe poślisko kamaryli konował Bolesław Piecha już zapowiedział likwidację 30 procent tubylczej populacji, która nie da się namówić - wedle jego przewidywań - na wstrzyknięcie zbawiennego preparatu.  Ci, którzy sposobią się do przejęcia steru państwowej nawy, mają podobne przekonania i zadania. Tak więc mamy umierać w zgodzie,  spokoju. i umysłowej apatii. Pozostają w szafach generalskie mundury, rogatywki w szatniach i szable na ścianach.  Ja jednak składałem niegdyś żołnierską przysięgę.

Generale, choć spoczywasz pod tak bolącą powieką, powstań z prochów.

czwartek, 7 października 2021

MOJE DRZEWA

 (Projekt felietonu) 

Nie mogę wprawdzie zapewnić, że uda mi się wydobyć ze śmietnika - w którym dogorywa Rzplita - aby proste literki postawić na właściwym miejscu. Kto chce, niech się uczy na nowo abecadła. Ja chciałbym opowiedzieć o moich mocarnych już drzewach, które sam przed laty posadziłem. Bo też tylko w nich mam milczące oparcie, chociaż czasem tak wyraziście dają mi znaki. Te moje brzozy, klony, jesiony, świerki, sosny moje najmilsze, jodły i dęby i - przede wszystkim - moje pierwsze drzewo, czyli staropolska lipa. One wszystkie i jedyne, są świadkami moich wieloletnich zmagań z tygodniowymi deszczami i nawałnicami, śnieżycami i ekstremalnym mrozem, głodem i dojmującym jesiennym lub przedwiosennym chłodem spowalniającym bicie serca. Ale w tym samym czasie działy się tu rzeczy cudowne, które tylko w naszej wspólnej pamięci zostały zapisane. Najpewniej, po moim odejściu, czas jakiś i w nich przetrwa moja tkliwość dla wigierskiego krajobrazu, tego bezradnego świadka w obliczu  polackiej  sprzedajnej podłości, dopóki jacyś kolejni borejsze i huszcze nie dokonają do reszty zaprogramowanego w nich dzieła zniszczenia. Kiedy dzisiaj spoglądam na ten skrawek polskiej Historii, tak bezmyślnie i nikczemnie niszczony, to dziwuję się swojej naiwnej bezinteresownej głupocie, która Bronną Górę zamierzała przekazać Przeszłości, a więc tej materii duchowej, bez której nasza doczesność zamienia się w proch.

LIPA

Przywiozłem z niegdysiejszych Suwałk jej wątłą drzewną zapowiedź wynajętym żukiem razem z moim pierwszym jednoosiowym pojazdem, czyli taczką, bo byłem naznaczony Lipą Jana z Czarnolasu, albowiem zamierzałem pod Lipą raczyć moich gości miodem zacnym i sąsiedzką troską. Moi dość odlegli za olszynami sąsiedzi szybko przywrócili mnie do pionu i zaoferowali inne rozrywki. Lipa , mimo sąsiedzkiej niegodziwości,, nie przestała być Lipą i rosła w siłę. W Jej cieniu - w rytmie pór roku - wyrastał Dom, czyli Kamienna Góra i Stos Drew Równo Ułożony. I w miarę wzrastania zbliżała się Góra do Lipy i Ona zbliżała się do Góry obejmując ją swoimi korzeniami i konarami. Ta moja tkliwość dla każdej roślinnej Istoty, dla piędzi ziemi wydzieranej Naturze - miała wiele przykrych konsekwencji.  Bo przecież statystyczny zajadacz mortadeli ma w tyłku swoim przepastnym bezinteresowny zachwyt i umiłowanie krajobrazowego piękna, a więc tego Świadka czasu, którego jesteśmy produktem, bowiem honor to lojalność i wierność! Tak więc sadząc Lipę miałem wiele tematów do przemyśleń.

Dzisiaj Lipa dość potężna jest. (W pierśnicy - 140 cm, w przyziemiu - 175 cm) Gdzieś na górze dzięciołek wystukuje w niej swoją dziuplę, latem huczą jeszcze coraz rzadsze pszczoły. Lipy żyją dość długo, jeśli nie prześladują ich urzędujący "obrońcy przyrody".   

JODŁA

 Jodły  przywiozłem  Garbuskiem z mazowieckiej równiny. Dożyły do obecnych czasów dwie! (Pewnie "Puszcza Jodłowa" Stefana Żeromskiego była dla mnie natchnieniem) Miały 30 centymetrów wysokości i igiełki lśniące podobne świerkom, ale zupełnie inne. Ta "Puszcza Jodłowa" na mojej etażerce, obok "Starej Baśni" i "Dzikowego Skarbu"  ( i wielu innych)  tak szeptała: "Przeminęły nad tobą czasy złe, zlane ludzką krwią. Ciągną inne, inne. Lecz któż może wiedzieć, czy z plemienia ludzi, gdzie wszystko jest zmienne i niewiadome, nie wyjdą znowu drwale z siekierami, aby ściąć do korzenia macierz jodłową na podstawie nowego prawa... (...) Jakie bądź byłoby prawo, czyjekolwiek by było, do tych przyszłych barbarzyńców poprzez wszystkie czasy wołam z krzykiem - nie pozwalam! Puszcza królewska (...) ma zostać na wieki wieków, jako las nietykalny, siedlisko bożyszcz starych, po którym  święty jeleń chodzi".

C.D.N.

niedziela, 22 sierpnia 2021

JESIENNE

I znowu zbliża się Jesień

Te listki zmurszałe, jesionów oddychanie

Znów umieramy, bo mknie ku nam Jesień

Więc do jesionów się przytulamy.

Listku jesienny, nie opadaj

Zostań z nami na wieki

Kiedy burze opodal znikają

A łza nam umyka w obłoków powieki.

Listku jesienny

Bądź mężny i wierny.


piątek, 9 lipca 2021

WIGIERSKIE MUZEALNICTWO

Muzeum Wigier wzbogaciło się właśnie o nowe bezcenne eksponaty. Są to zerżnięte w ostatnich dniach przy siedzibie tej szacownej instytucji mocarne jesiony. Bo, jak to powszechnie wiadomo, martwe drzewo jest szczególnie żywe.



Na tę okoliczność parkowa biurokracja WPN (Walne Plądrowanie Natury) - przymuszona głosami ludowego osłupiałego protestu - wydała specjalne oświadczenie, które w szczególny sposób obrazuje, na jakim etapie umysłowego rozwoju znajdują się autorzy tego wiekopomnego elaboratu.  To już najwyższy czas, aby do tej przegniłej od spodu instytucji ochrony dobra narodowego wkroczyła Najwyższa Izba Kontroli i Prokuratura. Wprawdzie żyjemy w czasach, gdy zaufanie do tych instytucji przybrało komiczne rozmiary, ale nie wierzę, że i tam są same półgłówki, gnojki i rzezimieszki. Tedy do dzieła! Rzeczpospolita pamięta, chociaż szkody uczynione przez łatwych do wskazania winowajców są już nie do naprawienia. Ale parkowe synekurki są tym bardziej godne rewitalizacji. Piorun tedy musi w nich uderzyć!
A jesiony, jak to drzewa stareńkie, nic nie miały do powiedzenia. Czerstwe były, mimo swojego długiego żywota. Żadnej próchnicy, żadnej choroby, najwyżej banalne dolegliwości. Stałość jeno i mocarność, i pamięć odległego czasu i pomarłych Istnień. I oto przychodzi jakiś Borejszo albo Huszcza - dwa żuczki gnojniki - i swoim wątłym umysłowym paluszkiem nakazują zniszczenie przeszłości i przyszłości, bo one nawzajem się karmią na pohybel - jak to należy rozumieć - polskości. Borejszo zniszczył unikalną wioskę nad Wigrami ( przed wojną suwalscy Żydzi zwali ją Hamaneja), Huszcza to przyklepał i szafa gra. Więc kontynuujemy bezkarną rzeź drzew.  Oni nie są ze słowiańskiego plemienia, to intruzi ze zidiociałej Barbarii!
I na ostatek jawi mi się kierownik Muzeum Wigierskiego w Starym Folwarku. Otóż do niego się zwróciłem, gdy zaczęła się zagłada unikalnego wigierskiego zakątka krajobrazowego. Facio, nie powiem, obiecał się wywiedzieć i lekko był zszokowany "przeskalowaną budową" na wigierskich wzgórzach. Obiecał się wywiedzieć. Jak się wywiedział, to zaraz pojął, że to jego umiłowany szef  Borejszo wydał taką zgodę na unicestwienie wigierskiego krajobrazu. I zaraz utknęła mu kulka w gardle, więc już nie mógł się wysłowić. Tak więc ma na dodatek te zamordowane pomnikowe drzewa przed swoim oknem jako znaczący symbol dla archiwisty.  -  Takie mamy tu nad Wigrami łamańce i lapsusy. 
Ażeby jednak nie być gołosłownym, w całości cytuję oświadczenie tzw. Wigierskiego Parku Narodowego na temat konieczności usunięcia rzekomo martwych i niebezpiecznych drzew.
"Jesiony, które zostały ścięte stały bezpośrednio przy ścieżkach prowadzących do jeziora Wigry. Od kilku lat jesiony te chorowały, traciły gałęzie i konary, które spadały na ścieżkę, stanowiąc bezpośrednie zagrożenie dla życia i zdrowia przechodniów. W tym roku po pojawieniu się liści na drzewach zauważono, że spora część gałęzi i konarów w koronach drzew jest martwa, co w połączeniu z nawałnicami mogło doprowadzić do wypadku. Dlatego zapadła decyzja o ich wycięciu."
Pomijam tu specyficzną stylistykę dobrze znaną z innych okoliczności przyrody. Moje jednak organoleptyczne zapoznanie się z zamordowanymi przez parkowych biuralistów drzewami jawi mi się zupełnie inaczej. Także analiza logiczna i językowa stwarza pole do kabaretowego popisu: Owi zupełnie mityczni "przechodnie" przechadzający się w tym właśnie miejscu w czasie nawałnicy to typowi suwalscy zombie atakujący parkowych biuralistów podczas koszmarów sennych. Wnoszę tedy o niezależną ekspertyzę - trudną wprawdzie do spełnienia - albowiem  pokrętna narracja parkowych decydentów urąga nawet elementarnej wiedzy i poszkodowanej inteligencji. Posadowiony przez zdradziecką i zbrodniczą kamarylę na stołek dyrektora WPN (Walne Plądrowanie Natury)  były leśniczy Huszcza ma mózg zainfekowany zapewne  nie tylko grzybem Hymenoscyphus fraxineus. Według niego te zamordowane jesiony miały: 86, 80, 75, 75, i 73 lata. Póki  rzeczywisty stan tych drzew nie zostanie opisany niniejszym oświadczam, że mój blisko 50-letni jesion - rosnący w szczególnie przyjaznym jesionom środowisku - ma w pierśnicy (na wys. 1,3 m) 108 cm w obwodzie, co daje średnicę ok. 32 cm. Zamordowane jesiony mają w pierśnicy 280 cm - 290 cm obwodu, a jeden z nich - nieco powyżej -  prawdopodobnie ok. 4oo cm, co przekłada się na średnicę w miejscu ścięcia 120 cm. (Żyją jeszcze ludzie, którzy podobnie jak ja pamiętają te jesiony sprzed 40 czy 50 lat: już wtedy były dorodnymi drzewami.) Tak więc zniszczono z bezmyślną premedytacją pomniki przyrody, które podlegają szczególnej ochronie nie tylko na terenie parków narodowych. Krętactwo pana dyrektora przypomina usprawiedliwienia kierowcy, który przejechał staruszkę na pasach i ją samą obarcza winą. Leśnik w parku narodowym to tradycyjny dopust boży. (Może nie dotyczy to wszystkich leśników i  bogów,  których za to posądzenie z góry przepraszam. Ale ja już wcześniej pisałem, jak to dyrektor Huszcza lubi lub godzi się na rżnięcie drzew pod byle jakim pretekstem, z których najsłynniejszy jest ten, że masakra drzewostanu rosnącego przy cimochowskiej leśnej drodze była konieczna, bo właśnie w tym miejscu musi być przewidziany dojazd dla wozów straży pożarnej. Słyszałem to osobiście z jego organu mowy: musi się przecież jakoś wypłacić swojemu mocodawcy. Ja akurat jestem dość odporny na marnie udokumentowane brednie. Co innego brednia dobrze udokumentowana, z którą można prowadzić dyskurs.) Trzeba również pamiętać, że szczególnie teren nadwigierski to najbardziej kluczowe militarnie miejsce Przesmyku Suwalskiego narażone na zniszczenie już w pierwszych godzinach otwartego konfliktu, czyli wojny. 
A już szczególnie groteskową umysłową ekwilibrystyką jest zniewalająca troska parkowej administracji  o parkowane pod jesionami samochody. Spadł otóż podobno konar albo gałąź na blaszany wytwór geniuszu ludzkiego i wygiął blachę. Natychmiast więc należy w pień wyciąć podobne zamiary. Ale czemuż to doprowadziliście bruk pod te mocarne jesiony? Żeby wam się te parkowe luksusowe maszyny nie kurzyły, i żeby najbardziej leniwy przedstawiciel rodzaju ludzkiego mógł dowieźć swój tyłek ekskluzywnie jak najbliżej do jeziora i zażyć fekalnej czystości wody? . I za zachowanie tych "cywilizacyjnych" wartości opłacalna jest każda na przyrodzie zbrodnia z troskliwym uzasadnieniem, co zgodnie realizują uniżeni posługacze Borejszo i Huszcza. 
Proporcje...czyli pudełko zapałek.
Chore konary!
P.S. 
Wprawdzie uważam, że obecna wojna przeciwko ludziom ma charakter eksterminacji zapowiedzianej w wielu wątkach, o których istnieniu nie ma żadnej wiedzy statystyczny tubylec, aliści pomysł redukcji debili wydaje mi się uzasadniony. Dlatego popieram system humanitarnego ludobójstwa, którego sanitarnym zarządcą jest ekonomista w niedzielę zrobiony. Wprawdzie w Sorkwitach na Mazurach, nie wiedzieć czemu, wyszczepionych śmiercionką jest tylko ok 23% pogłowia, ale mamy jeszcze takie środki przymusu bezpośredniego, aby tych niedowiarków uratować przed niechybną śmiercią na pomidora 19. Dlatego cieszy mnie fakt, że ten "zaszczepiony" suwalski debil, który wczoraj zarzucił mi, że nie jestem Polakiem, skoro nie łyknąłem śmiercionki (znam lepsze trunki), otrzyma to, na co zasłużył. Nie powinniśmy więc boleć nad 150 tysiącami wymordowanych Istnień w ciągu ostatniego roku. W Powstaniu Warszawskim, tej największej hekatombie na polskiej ziemi, zginęło ok 200 tysięcy. Dobijamy do tego właśnie poziomu. Zamordowane krajobrazy, zamordowane drzewa stareńkie - to tylko pomruki zbliżającej się zaplanowanej Zagłady. A my nie ruszyliśmy nawet paluchem w bucie w koniecznej  obronie - a dokładniej - zrobili to tylko nieliczni. Gińcie tedy, jako te jesiony! Nie mam dla was współczucia. Jesteście na tym padole zupełnie zbędni.

środa, 2 czerwca 2021

JAK UPIĘKSZYĆ TATRY


Jan Gwalbert Pawlikowski

(List miłośnika gór do redakcji "Wierchów") - wybrane fragmenty.

(...)"Któż z nas, patrząc w piękny słoneczny dzień na nasze cudne Tatry, mieniące się w słońcu jak djamenty, nie odczuł żałosnej nagości innych szczytów w porównaniu z Giewontem? - Niby nic - mały i nikły z oddali krzyżyk - a przecież zdobi górę, podnosi jej urok, niczym klejnot na piersi dziewczęcia. (Piękne to dzieło podaję w załączonej ilustracji.)

Nasuwa się myśl, że gdyby nie wojna i odwrócenie uwagi patrjotów w inną stronę, byłaby może już na każdym szczycie drobna jakaś pamiątka, świadcząca że był tu człowiek myślący i czujący. - Wojna to przeszkodziła pracy kulturalnej, projektom świetnym i szerokim - ona to, powtarzam, i braki w skarbie Państwa są przyczyną tej zazdrości, z którą góry patrzą na Giewont! Ale czasy lepsze zaczynają świtać - perły rzucane dotychczas na śmietnik poczynają wschodzić nieśmiałemi jeszcze źdźbłami. Polska nasza widocznie się odradza gospodarczo i finansowo, marek bowiem jest coraz więcej, a więc czas wyjść poza sferę troski o rzeczy codzienne a zwrócić się w stronę wysubtelnionych potrzeb kulturalnego człowieka. Rzućmy światło na przyszłość rozwoju Tatr, naszkicujmy kilka estetycznych projektów choćby w marzeniu.

(...) Mając taki teren, taki dziki ogród boży wyrosły jak z pod ziemi, pozostawić go odłogiem? Nie! Upiększajmy, ozdabiajmy, stańmy się bożymi ogrodnikami a przyszłe pokolenia błogosławić nas będą!

Morskie Oko patrzy na nas z wyrzutem : Czyż to godne mnie, ta drewniana buda bez komfortu? (...) Mnie się należy monokl w złoto oprawny, hotel pierwszorzędny, terasa zachodząca w wodę, setki gondol wesoło pląsających po mych czarnych falach, (...) cudne gniazdka dla zakochanych z widokiem na staw, kolejka linowa do Czarnego Stawu i wygodne, poręczą opatrzone schodki...(...)

Na Hali Gąsienicowej znaczą się już piękne zadatki pracy kulturalnej. Szkoda wprawdzie że z powodu reakcyjnych wpływów poniechano pierwotnych planów budowy schroniska. Był tam zameczek normandzki, był i klasztorek, (...)  Szkoda! Ale przecież buduje się gościniec, który doprowadzi na halę automobil i cywilizację; pociągnie ona potem dalej aż do Czarnego Stawu - (...) widzę już Halę Gąsienicową zabudowaną domami, zbudowanymi z komfortem europejskim, restauracje, kinoteatry i t.p. Postęp nie daje się powstrzymać. Wkroczy on zwycięsko do wnętrza gór... (...)  Budki z wodą sodową, łabędzie pływające po stawie, koło szczęścia, ognie bengalskie... cały ten świat zaczarowany, podniesiony kulturą do potęgi, staje w marzeniach moich przed oczyma duszy. (...)

Pochwalić należy świeżo powstałą myśl uczynienia z Tatr parku narodowego, (...) Teren nadaje się znakomicie do urządzania "rutschbahnów" i t.p. instalacyj, gdzieby wszystkie stany mogły wziąć udział w powszechnej zabawie i radości, wiążąc przez to samo silniej budowę naszego demokratycznego Państwa. Nie będę wyliczał wszystkich cudów, które tutaj pomysłowy duch ludzki stworzyć może. Wspomnę tylko o niektórych urządzeniach związanych z właściwościami okolicy i turystyką górską. Oczywiście że szczyty powinny być dostępne dla wszystkich, - wymaga tego idea demokratyczna, (...) Oczywiście nie chodzi tylko o to, że Tatry mają być dostępne dla bogatych i ubogich - (...) ale o to, że do równości mają prawo zdrowi i chorzy, mocni i słabi, kalecy, głusi, ślepi, starzy, bojący i idyoci. Piękna myśl wybudowania kolejki szczytowej na Świnicę, tak niefortunnie przez reakcję pogrzebana, powinna być podjętą na nowo. Trzeba jednakże przyznać, że zastarzały pogląd oddawania pierwszeństwa chodzeniu na piechotę tak mocno jest ugruntowany, iż wypada się z nim liczyć. Nie wystarczy urządzenie ścieżek, chodników, poręczy i t.p., trzeba dać możność wychodzenia pieszo na góry nie mogącym wogóle chodzić. Jest na to doskonały środek w tak zwanych trottoires roulants, - przy ich pomocy można wydrapać się własnemi nogami na Mnicha nie robiąc więcej nad dwa lub trzy kroki w zupełnem bezpieczeństwie i bez nadwerężania płuc i serca. Dla umożliwienia dłuższego spaceru na znacznych wysokościach wypadnie połączyć szczyty mostami. Co za wspaniała promenada zwłaszcza gdy doliny rozbrzmiewać będą muzyką kilkunastu orkiestr albo śpiewem góralskim wyrzucanym przez potężne gramofony na "Sabałową nutę". Utrzymanie cech etnograficznych jest rzeczą ważną:(...) Trzeba więc stosować ornament góralski gdzie się da, np. ułożyć kamienie w widne zdaleka leluje i parzenice; byłoby to obramienie dla klombów z szarotek i innych kwiatów górskich, po które nie trzebaby się wspinać narażając życie i ubranie. Możnaby też postawić tu i ówdzie wypchanego górala, który za wrzuceniem pieniążka w otworek, gwizdałby na palcach (...)

Na szczytach, oprócz tych żywych pomników tradycji, trzebaby pomyśleć o następujących urządzeniach: oczywiście ochrona jakaś od deszczu, (...) luneta obracająca się ponad stolikiem (...) no  - i last not least - tablica z napisem: "zanieczyszczanie tego miejsca zakazuje się pod grzywną, względnie karą aresztu". (...) Nie od rzeczy by też było umieszczenie blaszanej kozicy, (...) Ustawiona na wystającym cyplu, widna zdaleka, przyczyniałaby się znakomicie do charakterystyki krajobrazu. (...) W krainie lasów, odpowiednikiem dla sztucznego górala ze szczytu mogłyby być sztuczne czarownice. (...) W każdej większej kępie paproci posadziłbym gnomy z teracoty; (...) Dla zachowania kolorytu lokalnego oprócz gnomów możnaby zastosować swojskie dziwożony. Wzbogacilibyśmy w ten sposób pierwiastek estetyczny zapożyczony z Zachodu.

CDN






czwartek, 29 kwietnia 2021

W.P.N.

Niegdyś skrót ten oznaczał inicjały Wigierskiego Parku Narodowego. Nie trzeba było długo czekać na tych literek dezaktualizację. Jako samozwańczy strażnik W.P.N. dokonałem oto odszyfrowania tych inicjałów. Otóż oznaczają one: Walne Plądrowanie Natury. 

Jestem tu już blisko pół wieku. Jednak w najgorszych snach nie umiałem przewidzieć tego dzieła zniszczenia w zadekretowanym fałszerstwie odpowiedzialności za powierzone sobie dziedzictwo. A więc kiedy trzeba głos podnieść w bezinteresownej obronie unikalnych wartości krajobrazowych - słychać jedynie pisk myszy schowanej za kamieniem, zdrętwiałej ze strachu. Albo, co najwyżej, szeptem wypowiedziane wezwanie do dyplomatycznych zabiegów, które zwyczajnie śmierdzą pobożnym kunktatorstwem.

W takich okolicznościach przyrody odbywa się przebudowa chronionej z założenia Natury na miejski śmietnik. Bo takie marzenia są realizowane wśród samorządowych włodarzy: miasto nad Wigrami i zabudowa wigierskich wzgórz z widokiem na jezioro, czyli sadzawkę, w której gromadzą się suwalskie ścieki. Ale tego przecież nie widać.

Już wcześniej poczyniono odpowiednie przygotowania. Piękną graficzną tablicę przy siedzibie Parku zniesiono, by w to miejsce dać szkaradnie żałosny piktogram o turystycznej treści, który  nijak się  ma do rzeczywistości i do funkcji parku narodowego. 

Patrzajcie tedy, co się w waszym kraju wyrabia. 

Zanim...

W trakcie...
(jesień 2020)


12 maja, godz. 13
Cimochowski partenon w budowie
17 maja, samo południe

28 maja
Pracuje koparka i wielkie ciężarówki wywożą ziemny urobek z opróżnionego wnętrza wzgórza. Jako ekwiwalent wlano w ten dół grobowy "wiejskiej  chałupy" setki ton betonu. Dlatego są i tacy - zaszokowani skalą - którzy nazwali tę budowlę atomowym bunkrem. Sztuczny nasyp piękno Natury zakonserwuje i poprawi dla przyszłych pokoleń, a i pamięci pomoże przetrwać  o ubogaconej na plandemii konowalskiej profesji. Jest to też dobre miejsce na parking lub lądowisko dla helikoptera.

EPITAFIUM
Tak oto dotarłem w moim reportażu do dnia 1 lipca 2021 roku. Nie ma już co ratować ani nagabywać o niezbywalne wartości. Byle gnom okazuje swoją przewagę i zamiata usilnie rzecz pod dywan. Czy to jest wynik banalnej korupcji, czy też dość powszechnego zgłupienia, nepotyzmu, znieczulicy, tumiwisizmu, zmęczonego zobojętnienia, buty, prostactwa i arogancji - nie umiem rozsądzić, bo też jedynym moim narzędziem jest tylko stalówka. Wszakże hołduję jednak uporczywie rosyjskiemu przysłowiu: co zostało zapisane piórem - nie wyrubiesz nawet toporem! I mam ku temu historyczne uzasadnienia.

Tak więc Chujnia wciąż ma się dobrze. Poślicy i poślice, senatorianie, prezydęcik, premierycy, ministranci, wojewodowie, starostowie, wójtowie i dyrektorianie mają Polskę w swej przepastnej zbiorowej rzyci, gdzie wszelka myśl musi ulec zagładzie, jako i ten prastary krajobraz.

 Popełniona została tedy zbrodnia na wigierskich wzgórzach przy pełnej akceptacji tzw. Wigierskiego Parku Narodowego, a więc tej atrapy, która przez blisko trzydzieści lat karmiła fikcję: albowiem prawie zaraz po powstaniu Wigierskiego Parku Narodowego rozpoczęło się jego niszczenie. A przecież parkowi biuraliści sami pisali, że na terenie Parku mogą powstawać tylko obiekty służące przyrodzie i w dopuszczalnej (dorzecznej) skali. Wiele więc tu opowieści, ale ja tymczasem  postuluję, aby zbudować przed siedzibą WPN (Walne Plądrowanie Natury) staropolskie dyby. Ażeby każdy, kto by chciał, mógł kopnąć w tyłek figuranta usadowionego na dyrektorskim sedesie, który tego dzieła zniszczenia dokonał. I niech mi nikt nie mówi, że przesadzam. Taki mamy akurat klimat...


A teraz trochę cytatów

"Park narodowy to obszar chroniony i wydzielony ze względu na charakteryzujące go szczególne walory przyrodnicze, naukowe czy kulturowe. Wyjątkowość parku narodowego polega na tym, że jest zachowany w stanie naturalnym lub w niewielkim stopniu zmienionym przez działalność człowieka. Celem ochrony tego typu terenów jest zachowanie w jak najlepszym stanie walorów krajobrazowych." (...) W artykule 8 Ustawy z dnia 16 kwietnia 2004 roku czytamy, że na terenie parku narodowego "ochronie podlega CAŁA PRZYRODA I WALORY KRAJOBRAZOWE".

"Pieczę nad parkiem narodowym sprawuje dyrektor, do którego obowiązków należy kierowanie realizacją ochrony parku."

A tymczasem?

Tymczasem, i to od lat,  rozpuszczane są pogłoski i miarodajne stwierdzenia, że życie na terenie Parku jest nie do zniesienia, bowiem Park utrudnia wymianę nawet zgniłej krokwi w dachu lub sztachety w płocie. Takie brednie są rozpuszczane wśród ludu, by za tą zasłoną realizować sny uporczywych  kretynów. Tak więc spychacze, koparki, betoniarki, wielkie samochody zwożące materiały budowlane, wywożenie budowlanych śmieci do lasu, miażdżenie polnych dróg i ich asfaltowanie i betonowanie "ażeby się nie kurzyło", zwożenie tysięcy ton żużlu dla zasypania nadbrzeżnych podmokłych lasanków, dewastacja naturalnej rzeźby terenu, wycinka starodrzewu i budowlana architektoniczna schizofrenia - to obrazki parkowej niebanalnej codzienności, a to tylko część listy. Także i w ten sposób Monstrum w każdej odsłonie zostawia po sobie zafajdaną rzeczywistość.

Tak umiera Rzeczpospolita pośród swoich oprawców i grabarzy!



Stara droga przed powstaniem W.P.N.


Kilka lat później...,"bo drzewa podnosiły asfalt".



A to materiał ekologiczny do reperacji polnych dróg na terenie W.P.N. To także pokaz gminnej inwencji (rok 1997)




PODZWONNE
Jest 15 dzień września 2021. Przed kilku dniami dziesiątki wielkich ciężarówek miażdżąc dopiero co wyżwirowaną polną drogę,  zakończyło wywożenie sztucznego nasypu z wydrążonego wzgórza nad Wigrami. Składali ten urobek na terenie WuPeeNu, czyli tzw. Wigierskiego Parku Narodowego - gdzie się dało, byleby blisko. Musi meteor walnął w  Dyrektoriat za wstawiennictwem  Matki Boskiej, reprezentowanej przez spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością  Huszcza & Borejszo. Ci dyrektorialni faceci blisko rok marszczyli Freda doskonaląc swoją przydatność na zajmowanych stanowiskach, które okupują prawem kaduka, albowiem trudno znaleźć inne uzasadnienie. Ta grabież Narodowego Dziedzictwa nie powinna odejść w zapomnienie. Nie tracę więc ufności, że  Nikczemność i kunktatorska podłość prędzej czy później staną przed trybunałem Najjaśniejszej  Rzeczypospolitej. A Borejszę i Huszczę spotka zasłużona kara, czyli Infamia i Banicja! Osobną kwestią będzie los tego architektonicznego potworka, który mógłby sobie stać wszędzie, ale nie w takim i w tym krajobrazie. Zadecydowali o tym w najlepszym razie parkowi  zbrodniczy dyletanci . 


"NOWY POLSKI ŁAD"
Oddział I : MAUZOLEUM ZAPRZAŃSTWA I GŁUPOTY.

Blaszany potworek, dzieło upiększenia wigierskiego krajobrazu gotowy.

poniedziałek, 22 marca 2021

MONSTRUM


Zamiast felietonu!

Dopisek w dniu 7 kwietnia 2021 roku:
Nie udała się moja sztubacka prowokacja i zastąpienie mojego lenistwa filmowym koreańskim obrazem, który dokładnie i metaforycznie opisuje rzeczywistość, w której przyszło nam życia naszego doczesnego w upojeniu zażywać. Jestem tedy pełen uznania dla tej inteligencji, która skojarzyła i wyśledziła moje "Kinderscenen". Sam przecież bym nie wpadł na taki pomysł. Otóż u zarania był mój nikczemny zamysł na metaforyczne opisanie owego Monstrum, które morduje i zniewala tych najbardziej już zniewolonych. Nadałem więc mojemu przyszłemu felietonowi tytuł "MONSTRUM" , opublikowałem i czekałem starając się okiełznać moje rozwichrzone myśli. Po kilku dniach wyświetlił mi się ów właśnie film "Monstrum", który doskonale mnie wyręczył w moim pisarczykowym trudzie. Ale że nic na tym padole nie trwa wiecznie, zaledwie kilka dni ten obraz był dostępny. Teraz nigdzie go nie widać, poza zapowiedziami. Morał z tego wynika taki, że umysłowym maruderom nie pomoże żadna odsiecz, bo do wygrania wojny potrzebne są zapomniane cnoty.  Wszelako to jeszcze zastrzeżenie tutaj podniosę, że wobec obcych wrogów należy zachować rycerskie zasady. Wróg wewnętrzny na żaden honor w bitewnym zgiełku nie zasługuje. Tak więc kosa osadzona na sztorc jest wobec nich jak najbardziej rycerską bronią choćby dlatego, że Śmierć używa jej nad wyraz skutecznie.
Howgh!

13 lipca 2021 nawet ta dwuminutowa reklama tego filmu została zablokowana. Pętla się zaciska

wtorek, 5 stycznia 2021

DYWAGACJE HISTERYCZNE

  Małą mam ochotę do opisywania większości aktualnie nagłaśnianych sług narodu, bowiem grzebanie się w dokonaniach umysłowych karakanów i urzędujących oprawców jest przejmującym obrazem własnej niemocy. Wyjątkiem będzie przywołany poniżej bohater, bo akurat nie zbywa mu na inteligencji i swadzie, a i własne dokonania ma daleko za sobą. Poza tym został dotkliwie naznaczony rodzinnym nieszczęściem, co z kolei bardzo ogranicza moją publicystyczną swawolę, bo jednak staram się kultywować rycerski ethos. I nigdy, przenigdy, nawet największemu wrogowi nie strzeliłbym w plecy lub pastwił się nad jego grobem. Jednakże pewną wesołość wywołało we mnie gęste tłumaczenie się pana primo voto sekretarza wojewódzkiego PZPR, primo secundo członka Biura Politycznego, premiera, posła, und so weiter Leszka Millera, jakoby skorzystał z jakichś koneksji i  wepchał się do drepczącej z niecierpliwością kolejki, gdzie dał sobie w żyłę preparatem szczepionkopodobnym.  Otóż ja nie mam do premiera Leszka Millera żadnych pretensji, że w celu ratowania swojej rodziny i reszty ludzkości rzekomo zaszczepił się przeciwko zbrodniczemu wiruskowi miksturą o niezbadanym działaniu. (Ja wprawdzie hołduję własnej hipotezie, że prace nad tą "szczepionką" trwały już długie lata).Wychodzę bowiem z założenia, że sterowana propagandą dobrotliwa  łatwowierność jest szczególnie zaraźliwa i nie znaleziono na nią jeszcze skutecznej odtrutki. Tak więc poświęcenie Leszka Millera dla ocalenia swojej rodziny i reszty ludzkości nie zostanie mu zapomniane. A to dlatego, że wiele wskazuje na takie skutki owych "wyszczepień", iż liczba idiotów na tym padole zostanie znacznie zredukowana. Co powinno przynieść dobroczynne skutki.

Na obrzeżach tedy zaraźliwej histerii trwają jednak wciąż próby zwołania pospolitego ruszenia, bo duch w narodzie tu i ówdzie jeszcze się (podobno) kołacze. I  tak  niektórzy  histeryczni  ideolodzy  wskazują heroicznymi gestami kierunek ataku. Ma to być zmasowany atak  na samorządy obozowych ciur  w  celu  przejmowania   władzy.  (Samorządowa zaś władza niezdolna jest  zwykle do obrony choćby skrawka Rzplitej, ale zdolna jest na ten przykład do tępego niszczenia polskiego krajobrazu, który bez wątpienia  nie   należy   tylko   do   lokalnej  społeczności.  I wszelkie troski o tę część pozostawionego nam dziedzictwa wywołują jedynie wzruszenie ramion i spychanie własnych zaniechań, braku wyobraźni i korupcyjnych zasad rządzenia na "nieuchronne procesy cywilizacyjne". A  apanaże  samorządowych biurokratów, to  doprawdy  niebotyczna  dla zwykłych śmiertelników skala, więc zawsze znajdą się chętni do podmianki w imię troski o ojczyznę).

I tak się turlamy przez nasze życie, wzniośli i bezmyślni. Turlamy się w objęciach medialnego proroka, który przeżuwa nas na miazgę. Powtarzamy jego gesty i miny, delektujemy się jego medialną sprawnością, kładziemy nasze łby pod topór wykreowanej rzeczywistości. To nic, że umieramy. To nic, bo Potwór, którego usiłujemy nie dostrzegać, potrzebuje strawy. Ulegamy jego potrzebie zrazu dla świętego spokoju i doraźnych korzyści, zapominając, że ze wspólników zbrodni sami stajemy się ofiarami, albowiem Bestia jest ludożercą.

Otwierają się więc wciąż nowe gabinety krzywych zwierciadeł - nazywane dla niepoznaki niezależnym dziennikarstwem - bo przecież wystarczy byle grymas i filmowy przekaz, gdyż na czytanie i myślenie mało kto ma ochotę. Publika chętnie  klaszcze lub złorzeczy po  każdej stronie, albowiem niewiele poza taką ekspresją ma do powiedzenia, a cenzorskie zapędy odżywają w nieoczekiwanych miejscach, gdzie chcą się manifestacyjnie szykować  kadry ratowniczej ekspedycji pod byle jakim lub orlim znakiem.  Tak więc niewielkie ma znaczenie, gdzie chcemy przyłączyć swój głos do narodowego upojenia, bowiem kaprysy i zalecenia czujnych politycznych "redaktorów" umotywowanych własną świętą racją,  spychają polemiczne zawiłości w otchłań spalarni śmieci, w której dyspozytorami są ludzie trywialnie upośledzeni na umyśle, bo jest to jedyne wytłumaczenie cenzorskich pasji. Tak okaleczony, ale użyteczny na każdy dziejowy zakręt patryjotyczny imperatyw trwa i rozwija się ku chwale ojczyzny, która spazmatycznie łapie powietrze.







wtorek, 22 grudnia 2020

UPIORY CODZIENNOŚCI (Opowieść wigilijna)

Dzisiaj, w godzinach wieczornych, podczas gwałtownej śnieżycy, mój zabytkowy i wciąż dopieszczany automobil został zatrzymany zaraz za światłami na suwalskim skrzyżowaniu. Policjanci, upojeni łatwym łupem, zabrali mi dokumenty, zrewidowali bagażnik i wydali nakaz dmuchnięcia w alkoholową rurkę, co nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Rozczarowani kazali otworzyć maskę silnika i do czegoś chcieli się przyczepić, ale nie bardzo wiedzieli do czego, więc odnaleźli geniusze akumulator i sprawdzili, czy jest on przytwierdzony do karoserii. Ponieważ taki silnik widzieli po raz pierwszy w swoim krótkim życiu, zrezygnowali ze sprawdzenia umocowania silnika, co stanowi dowód ich policyjnej niefrasobliwości, bo przecież mógłby mi taki silnik wypaść na drogę i byłby ambaras. Zajrzeli, i owszem, w opony, ale też nic w nich niestety nie znaleźli. Następnie stwierdzili, że jechali za mną już od pewnego czasu, co miało mi uzmysłowić, że wybrali sobie mnie na ofiarę ich świątecznej dobroci. A poza tym, rzekli, mam dziurę w tylnym świetle, co częściowo  zgadzało się ze stanem faktycznym, bowiem moja klaczka puszczona samopas ugryzła mi w odwecie owo światło, zdegustowana moim opiekuńczym staraniem wobec 88 - konnego zaprzęgu i tym swoim nikczemnym czynem spowodowała dziurkę wielkości 5 mm x 8 mm, zagrażającą bezpieczeństwu na drodze, a to dlatego, że przez ową dziurkę może wlać się woda i może przepalić się żarówka. Ponieważ często się zdarza przepalona żarówka w innych pojazdach, tedy mniemam, że najbardziej pospolitą przyczyną przepalenia się żarówki jest malutka dziurka towarzysząca i żarówki przepalać się nie mają innego powodu. (Naturalnie światła i kierunkowskazy funkcjonowały bez zarzutu). Następnie policyjni święci Mikołaje orzekli, że mój ukochany 38-letni oldtimer, który sam w sobie jest dziełem sztuki, jest w złym stanie technicznym, bowiem znaleźli na przednim błotniku lewym kawałek zardzewiałej blachy, co rzeczywiście miało miejsce, ale żadną miarą nie wpływało na bezpieczeństwo jazdy i konieczność wymiany błotnika, czego się ode mnie domagali, bo raziła rdza ich zmysł estetyczny. (Odważyłem się na stwierdzenie, że to raczej ich policyjny pojazd jest skazany w widocznym czasie na złom). Następnie sprawdzili trójkąt ostrzegawczy, który był i gaśnicę, na której się dokumentnie wyłożyłem. Po tych czynnościach, w przemoczonych już butach i nadal trwającej śnieżycy (policjanci siedzieli sobie wygodnie w swoim ogrzewanym samochodzie i z  tego zapewne względu silnika nie wyłączyli), usłyszałem koronny (uwaga koronaświrusek) zarzut, że wjeżdżając na pas do skrętu w lewo przed światłami nazbyt późno dałem kierunkowskaz, czym naraziłem innych użytkowników drogi na utratę życia lub kalectwo. Oprotestowałem naturalnie ten kłamliwy zarzut, co szczególnie przy bardzo ograniczonej widoczności i przykryte świeżym śniegiem oznakowanie jezdni nie dawał się żadną miarą obronić, a dowodu mojego przestępstwa nie było. Ale natchnieni dobrem swojej służby dla społeczeństwa  św.Mikołaje drogówki nie dali się zwieść moim wątpliwościom w ich spostrzegawczość i stanowczo stwierdzili, że w ramach metody na niepokornych kierowców, "płaszcza mi nie oddadzą i co nam pan zrobisz". Po takim zmiękczającym moją hardość szantażu zaproponowali tedy ugodę: Zabiorą mi dowód rejestracyjny i ja po naprawieniu dziurki 5mm x 8mm w lampie tylnej udam się do uprawnionego diagnosty, który orzeknie, że dziurki w rzeczonej lampie już nie ma. Jednakże wg. przepisów, będę musiał dowieźć mój wehikuł na lawecie wiele kilometrów do suwalskiego diagnosty, bo bez dowodu rejestracyjnego nie mam prawa wyjechać na drogę, bo ta przeznaczona jest w niedalekiej przyszłości dla czołgów, policyjnego badziewia i karetek pogotowia przystosowanych do przewożenia zwłok. Jednakże mogę się też zgodzić na uznanie swego przestępstwa. Stanęło więc na dwóch mandatach (za brak gaśnicy i rzekomą zmianę pasa ruchu bez kierunkowskazu) i moim ich przyjęciu, bo moja wiara w niezawisłe sądy i policyjne państwo prawa nawzajem się znoszą.

Tak obdarowany świątecznym prezentem i poruszony polską tradycją chrześcijańską reprezentowaną przez dwóch policyjnych małolatów, opowiedziałem im, jak to kiedyś w Niemczech rzeczony  pojazd  wskutek mojego gapiostwa nie miał już od prawie trzech miesięcy badania technicznego, które, jak wiadomo, jest tam dość rygorystycznie przestrzegane.. Pewnego więc dnia znalazłem za wycieraczką policyjny druczek, cyt.: "Przypominamy panu, że termin badania technicznego już upłynął. Prosimy w ciągu 7 dni dokonać tej operacji i zawiadomienie nas o tym telefonicznie". 

I po cóż było wzniecać Powstanie Warszawskie? 


Dopisek:

Wprawdzie jest to tylko moja hipoteza, ale dla jasności umysłu wiele zapewne kosztów i strat warto jest ponieść, albowiem tylko empirycznie możemy z pewną dozą prawdopodobieństwa ustalić, na jaką mitręgę powinniśmy być przygotowani. Otóż od samego zarania ta spontaniczna interwencja policyjnego prawodawstwa zdawała mi się wątpliwa co do intencji. Była bowiem śnieżna zawierucha, ciemności spowijały suwalskie ulice, a tu, ni stąd ni zowąd, wystrzelił z hukiem policyjny pojazd, aby porządku dopilnować. I ja, biedny szaraczek, który nie nosi za pasem pistoletu ani policyjnej pałki, a więc tych argumentów, wobec których nie mam szans na dyskusję, zostałem przyłapany na przestępczym procederze, który dla suwałczan tak wielkie szkody może uczynić. Cofnąłem się tedy w czasie, aby pojęcia jakiegoś nabyć.

Owóż zaledwie przed godziną usiłowałem kupić świąteczne śledzie na suwalskim rynku. Budka nie była oblegana, ale tu i ówdzie stali sobie jacyś zamaskowani przechodnie. Ja, który nigdy uwłaczającego mojej inteligencji knebla na ryj nie założyłem, usłyszałem nagle ryk spazmatyczny jednej damy oddalonej ode mnie o kilka metrów, bym się nie wciskał do budki bez kolejki, i mam zaraz założyć na mój ryj obowiązującą wszystkich maseczkę, która uchroni mnie przed zarażeniem się powszechnym idiotyzmem. Naturalnie zignorowałem to chrześcijańskie wezwanie do modlitwy tym bardziej, że zagrożono mi wezwaniem policji. A ta, wiadomo, mruga swoim elektronicznym okiem i wystarczył jeden kumoterski telefon, by urządzić na Błotniaka policyjne polowanie z wiadomym skutkiem, bo mój automobil jest jedynym egzemplarzem w mieście i okolicach.  Jest wprawdzie jeszcze jeden domysł, o którym powiadają uczciwi policjanci, że policyjna wierchuszka nakazuje szeregowym policjantom prześladowanie mandatowe tubylczej ludności. Bo przecież na każdego można coś znaleźć, co nie wymaga posiadania wyobraźni, jaki skutek takie zalecenia przyniosą.

A Karzeł klepie się po brzuchu z sardonicznym chichotem.


poniedziałek, 11 maja 2020

PRZESŁANIE


Natchniony przez strachliwych tubylców, zadaniowych prześmiewców i artystycznych kuglarzy - odważam się oto zacytować samego siebie w obliczu powszechnie występującej duchowej mizerii. 
Historia tego obrazka jest wprawdzie dość zajmująca, ale na obecny naszym czasom użytek zdecydowałem się na taką tylko formę powtórki z rozrywki, bo jest w niej także zawarta dychawiczność naszych tęsknot za wolnością. Bowiem kiedy tę wolność odzyskujemy - poniekąd wbrew naszym oczekiwaniom - zaraz cały pomyślunek zatrudniamy w niszczeniu tego daru.
Gdzież dzisiaj się pochowali zatwardziale bezmyślni, sprzedajni i naiwni apologeci totalitarnego Kaczystanu, którym pomyliły się nie tylko mgławice i kontynenty?  Gdzie się dzisiaj szwendają usłużni globtroterzy pochowani po różnych partyjkach? Gdzie się podziewa Jarosław Marek Rymkiewicz - upozowany na klęcznik swojego umiłowanego wybitnego wizjonera, który "jeden tylko ma plan dla Polski"?
Póki co tyle dukam i przesłanie zawarte w tym zielonym listku publikuję: melancholikom dla rozrywki, idiotom na pożytek. Kiedy ten listek spadnie - zacznie się Zagłada. ...Chociaż nie dowierzam moim profetycznym właściwościom!

piątek, 20 marca 2020

ZARAZA

Chciałem wprawdzie oszczędny tekst napisać, aliści moje zamiłowanie do zwięzłości na ciężką próbę wystawione zostało, bowiem szybko doznałem potępianego dość powszechnie stanu zaniepokojenia umysłu, który na swoje fanaberie nie nabył jeszcze odporności przez zastosowanie odpowiedniej szczepionki. Tak więc Zaraza - a więc czarna śmierć, morowe powietrze, pomór - zniewoliły moje zmysły i jako ich ofiara w tym miejscu się produkuję, które opuściłem w grzesznym braku wiary we własne literki.

Zwykle tak w Polszcze bywało, że pomór - od czasów Kazimierza Wielkiego - szedł z zadyszką od Wschodu na Zachód i dalej idąc dorzeczem Wisły pustoszył cały kraj albo w pobliżu pól bitewnych (jak po bitwie pod Beresteczkiem) wśród stosów trupów brał początek. (Pisze Ludwik Kubala 120 lat temu: "mówili jedni, że z powodu niepochowanych trupów, które tam wzdłuż drogi do Konstantynowa w liczbie 30.000 leżały"). Zaraza zagarniała wszystkich bez wyjątku: czy to żydów, arian, Kozaków lub chrześcijan. (O poganach brak historycznych doniesień, bo katolicki pomór miał szczególną troskliwość wobec Słowian). Pewne jest, że w owych czasach nie wyrwała się nieopatrznie (lub opatrznie) Zaraza z laboratorium, gdzie trwały prace nad bronią biologiczną, której zapowietrzone miazmaty wypuszczone w lud unicestwić miały znaczącą część ludzkiej populacji, a poprzez medialne manewry zarządzające strachem - wypróbować broń na którą nie ma odwetu. (Groźba ta powstrzymywała do czasu zapalczywych wojowników i agresorów przed wzajemnym unicestwieniem). 
Zaordynowano tedy manewry generalne, ażeby atak medialny na odmóżdżoną populację lemingów - które łykną każdą porcję ścierwa - znośnym uczynić. Telewizornie pokazały swoją siłę rażenia. Dlatego niektórzy trzymali się starych zasad przeciwko nisko ścielącej się zapowietrzonej mgle: okadzali chaty kadzidłami, gdzie zioła wonne, kwiaty róży i liście wierzby tliły się wyrzucając Zarazę z domostw. Na wszelki wypadek skrapiano ściany octem lub palono siarkę. Majętni szlachcice brali na przeczyszczenie. Biedakom zalecano korzeń dzięcieliny w winie, a zimą jego wyciąg w wódce. Używano też goryczki, bukwiowych liści i nagietka na kwaśno.
Mimo tych zabiegów i modłów do Najświętszej Panienki i Chrystusika królewiątka Polski umarło w Krakowie w roku 1653 - 26 tysięcy chrześcijan. Żydzi, jako naród bardziej wartościowy, wykupili się Jahwe trzema tysiącami trupaków; inni jeszcze większe podawali liczby. Umierało więc pięćdziesięciu Żydów codziennie i setka zadekretowanych katolików, którym bozia pomóc się leniła. Tak czy siak - niejako w zastępstwie braku boskiej dobrotliwej ingerencji - starano się dać odpór Zarazie w postaci "szałwii i ruty w occie winnym. Ale to wszystko nic nie pomagało. Bogaci zaczęli uciekać na wszystkie strony, w kraju pojawił się niepokój tem większy, że niezwyczajne zjawiska i niezwykły bieg natury zdawałoby się gorsze nieszczęście zapowiadać i  napełniały przerażeniem zabobonne umysły. W całej Polsze pokazały się oznaki ogólnego moru: choroby szkodliwe z petocyami, z ospą, z odrą, z dymienicami, gruzłami i karbunukułami i szkodliwe odejście od rozumu. A powietrze coraz bardziej się srożyło" - powiada Kubala. Dlatego, dla oczyszczenia powietrza, spalono w podkrakowskiej Mogile czyniących spustoszenie  kilka czarownic, które jakowyś seksualny i religijny jad ponoć roznosiły - czyniący spustoszenie w jądrach plebanów i zakonników. Ale cóż: "gospody zamknięte, cmentarze oblężone trumnami, studnie zatrute przez Rusinów i  Żydów" - cytuje Ludwik Kubala w roku 1901, co jest wskazówką wystarczającą, jak w zamierzchłych już czasach pojmowano obie nacje, co karmiło skutecznie wszelką ciemnotę.


Czyż więc dziś, zagrożeni zadekretowaną pandemią i stanem zniewolenia nie powinniśmy na chwilę wziąć na wstrzymanie i stare księgi wertować, ażeby nie stracić równowagi? Rzecz jednak w tym, że jesteśmy już od wielu pokoleń dewocyjnymi analfabetami. Byle klecha przyprawia nas z ambony o orgazm wsobnego intelektu, a państwowy nierząd pławi się w propagandowym niechlujstwie, które zmutowany po katolicku plebs wysłuchuje z religijną bojaźnią. Kościółki wprawdzie zamknięte dla tłumnych zgromadzeń, ale jakoś nie widać procesji pospólstwa na cmentarze, by tam znaleźć pod krzyżem życie wieczne. To są nasze skatoliczałe włości, to Korona polska zagrzebana w popiele.  Pozostał tu i ówdzie jakiś nawiedzony pisarczyk i kilka hufców zbrojnych w umysły rycerzy. Oni tylko zmagają się z nisko ścielącą się nad ziemią zapowietrzoną mgłą.
Kurtyna!

Za kurtyną zaś, cichcem, pod osłoną koronoświrusa i zakazem wstępu do lasów, trwa masakra drzewostanu w puszczańskiej domenie tzw. Wigierskiego Parku Narodowego, który poza swoim statutowym przywilejem jest również Przedsiębiorstwem Pozyskania Drewna, a jezioro Wigry pełni funkcję suwalskiej oczyszczalni ścieków!


Troska parkowych biuralistów po zniesieniu zakazu wstępu do Puszczy.

Pod piłę idą także najpiękniejsze okazy: świerki, sosny, brzozy, a i dąb nie jest do pogardzenia. Cały ten proceder kwitnie jako wyraz szczególnej troski o polską przyrodę zdezelowanej umysłowo od lat tzw. Rady Naukowej, wniebowziętego nielicznego chłopstwa i namaszczonego przez aktualną ferajnę dyrektorskiego figuranta, który zmuszony jest do realizacji zamówień na drewno, bo to przecież ta ręka łaskawa wyniosła go na dyrektorski stołek.
Żołnierzu Polski (jeśliś jest), ocknij się z letargu! Bo nie może być tak, że schałacony bezmyślny tubylec, skorumpowany 500+ i trzynastą emeryturką, przykroi nam Rzplitą wedle własnych potrzeb; także wtedy gdy ma zagwarantowaną liczebną większość!
Kiedy jednak podczas bezsennych nocy pochylam się nad naszą polską udręką, tylko dwa słowa chylą mi się pod pióro: SZUMY I PISKI! Przewodzi temu chórkowi utytułowany dyslektyczny szarlatan. Tubylcza zamaskowana mierzwa w odruchu wdzięczności nadstawia tyłki do, cyt: wyszczepień. Na placu apelowym walają się polskie sztandary.



Urobek parkowych biuralistów.



czwartek, 24 maja 2018

POWTÓRKA Z ROZRYWKI

"Nic z błękitu, nic z purpury, same drobne udręki" – mógłbym rzec za Iwaszkiewiczem, chociaż niezwyczajna pasja mnie nieodpowiedzialnie roznosi i jeszcze nie umiem się jej wyrzec. A przecież w pisaniu felietonu najważniejsza jest pierwsza fraza. Albowiem to na jej skrzydłach można tak wiele wskrzesić i tak wiele unicestwić.
Ot, choćby dzisiaj.
Zjechałem  (jak zwykle) z sejneńskiej drogi i skrajem Puszczy wolno jechałem. Dawniej była tu żwirowa piękna droga. Dzisiaj asfalt przykrył czas odległy. Ale przecież, w myśl doktryny Wigierskiego Parku Narodowego, asfaltowanie polnych dróg nie czyni szkody przyrodzie, a więc świadkowi lechickich zmagań o zachowanie  Słowiańszczyzny.

(OGŁOSZENIE)
Niezliczonym rzeszom moich Gości tudzież Oglądaczy i Czytaczy, przestępujących z nogi na nogę w oczekiwaniu na dalszy ciąg moich zmagań z felietonową materią, w pożałowania godnym stanie umysłu, ogłaszam wszem  wobec:
Owóż spadające z Ognistych Niebios na Rzplitą w ostatnim czasie plagi spopielają także budowane z mozołem literackie konstrukcje, bo co i rusz zmieniają się konteksty. Zdobycie tedy przez walecznych wojowników boga Jahwe polskiego lotniska napełniło moje serce nadzieją. Tym bardziej, że tak witana po wsiach i miasteczkach "najwspanialsza na świecie armia", co ogłosiło szydło z wora, wyjawiła tym samym, jakiego boga uważa za swego sojusznika. Jest to wprawdzie rewelacja od dawna znana wtajemniczonym, ale cóż to szkodzi odprawić - na (jeszcze) przez tubylczych biurokratów administrowanej polskiej ziemi -  mszę wojenną w intencji przyszłych ofiar.
Poza tym kolejna susza i wysyp trującego dla koni skrzypu niweczą moją leśmianową łąkę.
(dopisane 21 czerwca 2018)

Tuż za mną napierał na mój pojazd zdesperowany potomek dumnych niegdyś kmieci, który zwykle za nic ma przywiązanie do bezinteresownych odruchów. Nie jestem nazbyt strachliwy, więc nie uległem zmotoryzowanej przemocy i nadal godnie wolniutko jechalem  asfaltową autostradą w polskim parku narodowym, który dla takiej został stworzony fantasmagorii, aby i Zwierzęta -przeganiane przez motłoch z puszczańskiej ostoi - swój azyl w nim miały; a więc mordowanie Zwierząt - przynajmniej na tym obszarze - będzie z mocy prawa zakazane, zaś urbanizacja krajobrazu i wycinanie starodrzewu ("bo podnosi asfalt") także!
Po coż istnieje polski park narodowy, w którym lokalna biurokracja betonuje krajobraz dla rzekomej wygody nielicznych tubylców? Część odpowiedzi znalazlem na falach Radia Wnet, gdyż redaktor  przyjechał robić reportaż z okazji otwarcia Chołko Highway do samego brzegu jeziora Wigry.
Ja wprawdzie wiem, że redaktor tutaj się nie pofatygował, ale cóż mi szkodzi powoływać się na atrapę!
CDN



poniedziałek, 8 stycznia 2018

WIDOK Z MOJEGO OKNA


Arystofanes - 61, Arystoteles - 62, Władysław Ludwik Anczyc - 60, Aleksander II - 63, Aleksander Wielki - 33, Avicenna - 57, Izaak Babel - 47, Honore de Balzak - 51, Charles Baudelaire - 46, Guillaume Apollinaire (Kostrowicki) - 38, Ludwig van Beethoven - 57, Jan Brzechwa - 66, Stefan Czarniecki - 66, Witold Gombrowicz - 65, Jarosław Hasek - 40, Dante Alighieri - 56, Joseph Conrad - 67, Mikołaj Rej - 64, Jan Hus - 41, Jan Kochanowski - 54, Michaił Lermontow - 27, Adam Naruszewicz - 66, Wacław Potocki - 65, Herodot - 56, Benedykt Chmielowski - 63, Zygmunt Gloger - 65, Jack London - 40, Juliusz Słowacki - 40, Heinrich Heine - 59, Zygmunt Krasiński - 53, Andrzej Munk - 40, Aleksander Hercen - 58, Baruch Spinoza - 55, Maurycy Mochnacki - 31, Stanisław Brzozowski - 33, Mikołaj Gogol - 53, Krzysztof Kamil Baczyński - 23, Władysław Broniewski - 65, Cyceron - 63, Józef Czechowicz - 36, Kartezjusz - 54, Paul Eluard - 57, James Fenimore Cooper - 62,
Charles Dickens - 58, Albert Camus - 47, Gustaw Flaubert - 59, Hegel - 51, Karl von Clausewitz - 51, Fiodor Dostojewski - 60, Fryderyk Chopin - 39, Mikołaj I - 59, Julian Tuwim - 59, Tadeusz Miciński - 45, Ernest Hemingway - 62, Leonardo da Vinci - 67, Marcin Luter - 63, Adam Mickiewicz - 57, Niccolo Machiavelli - 58, Rainer Maria Rilke - 50, Vincent van Gogh - 37, Konstanty Ildefons Gałczyński - 48, Jan Matejko - 55, Paul Gauguin - 55, Tadzio Trocki - 56, Tadeusz Makowski - 50, Glenn Gould - 50, William Faulkner - 65, Horacy - 57, Stanisław Jerzy Lec - 57, Iwan Turgieniew - 65, Józef Szujski - 48, Robert Schumann - 46, Stanisław Orzechowski - 53, Jan Lechoń - 57, Cyprian Norwid - 62, George Orwell - 47, Marcel Proust - 51, Soren Kierkegaard - 42, Bohdan Arct - 59, Antoine de Saint-Exupery - 44, Aleksander Puszkin - 38, Lucjan Rydel - 48, Antoni Czechow - 44, Jan Stachniuk - 58, Amedeo Modigliani - 36, Stanisław Wyspiański - 37, Witkacy - 54, Bolesław Prus - 64, Artur Grottger - 30, Tadeusz Czacki - 48, Zygmunt Vogel - 62, Jan Stanisław Jabłonowski - 62, Jerzy Ossoliński - 55, Jan Karol Chodkiewicz - 61, Józef Gielniak - 40, Stanisław Grochowiak - 42, Stefan Żeromski - 61, Paweł Włodkowic - 65, Alexis de Tocqueville - 54, Jan Stanisławski - 47, Stanisław Przybyszewski - 59, Jerzy Łojek - 54,


poniedziałek, 30 października 2017

BAL WAMPIRÓW

To mój najkrótszy felieton, bowiem opisywanie ostatnich tchnień Rzplitej – konającej w medialnych fanfarach i umysłowych fuszerkach – wymaga szczególnej odporności. Nie da się z tymi głosami dyskutować o odwiecznej naprawie Rzeczypospolitej. Albowiem znikł Naród (jeśli był – przemocą    zlepiony katolicyzmem), a pojawiła się bogobojna tłuszcza – czyli (demoniczna) tzw. "większa mniejszość". Motłoch ten zamorduje wszystko, ażeby się nażreć, paciorek zmówić, kiszki wypełnić sloganami, a swoją ignorancję nakarmić w ulicznej edukacji. Motłoch ten za pięćset PLN na drugiego potomka gotów jest na wszystko. Motłoch ten wyżre i wydali ze swoich trzewi serce Rzplitej, bo rachunek sumienia nie jest przewidziany. Motłoch powiesi Psa sąsiada w stodole i oderżnie głowę żyjącego jeszcze Jelenia dla pozyskania trofeum.  Motłoch w dzień Świąt katolickiego (ukradzionego) Bożego Narodzenia, po sutej libacji, podejdzie skrycie pod wasz Dom i wystrzeli do waszej klaczki (powszechny dostęp do broni sakramentalnie wskazany). Motłoch żywemu nie przepuści, ale sam domaga się łaski dla swego zgniłego żywota. – Tedy zgiń i przepadnij (to mówię) i w proch się obróć, bo stanowisz Motłochu obrazę dla wszelkiego Aktu Stworzenia!

poniedziałek, 8 maja 2017

LIST DO ANDRZEJA SZUBERTA

Wróciłem właśnie z Suwałk i zasiadłem z dobrą wiarą przed klawiaturą. Trawa na mojej leśmianowej  łące pięknie mi rośnie, bo rozsypałem zawczasu granulat wapnia dla łąki odkwaszenia, zabronowałem i deszczownię zainstalowałem.
Donnka rży do mnie kiedy mnie widzi lub usłyszy i nie mam żadnych nowych pragnień. A nawet uważam, że zanadto do moich zasług zostałem przez Swarożyca obdarowany.
Bo przecież stworzyłem tutaj z niczego moją Małą Ojczyznę. Posadziłem wiele drzew, które urosły w siłę. Jak na ten przykład ten modrzew, kiedyś rachityczna gałązka, którego pnia już przed kilku laty nie mogłem objąć.


 Wybudowałem także Dom mocarny nie tyle dla schronienia, co dla dania świadectwa. Bo w tamtych latach zwyczajne trwanie na polskiej ziemi zdawało mi się wyzwaniem dla naszych powstańczych zrywów.
Po cóż mi więc ta obecna jakże problematyczna Ojczyzna, zasiedlona tłumem tubylczych głupków, rabusiów i skorumpowanej swołoczy, zniewolona jazgotem prostackiej propagandy, zamulona cenzorskim knutem, policyjnym paralizatorem, wekslem dłużnym, katolicką amboną i patryjotyczną egzekucją?!
Przecież nie mówimy tym samym językiem, nie pochylamy się z jednaką troską nad naszą Matką Ziemią, która jest łupiona bez opamiętania. Wśród łopotu sztandarów – gdzie polska flaga służy za tablicę ogłoszeniową – klepiemy paciorki przesuwając kulki różańca i zerkając w ekrany tabletów dla lepszej pamięci. Więc (nie zaczyna się zdania od więc) jakiś usłużny klecha poprowadzi nas znów na manifestację, barykadę lub redutę, gdzie przykładnie będziemy musieli zginąć, aby nie zawieść oczekiwań dekowników i politycznych manipulatorów. Będziemy ginąć wśród tumultu znaczeń, niezrozumiałych znaków i hołdów czynionych gipsowej figurze z zamkniętymi oczami. Bo tak nam nakazuje oszukańcza katolicka tradycja zrodzona z przemocy.

W ten oto sposób – prawie jednym tchem – napisałem prolog, który zapomnianą sztukę epistolografii wznieść miał na wyżynę publicystycznej ekspresji i rozrywki. Wszakże zaraz zauważyłem, że wsiadłem na konia nazbyt chyżego, który zwyczajnie ponieść mnie może..
Przecież nie jest jeszcze tak, że nie umiem się utrzymać w siodle nawet w szaleńczym cwale. Wprawdzie już nie jeżdżę konno bez ogłowia i siodła, ale mam w pamięci własną niegdysiejszą jeździecką sprawność. Moje zaś internetowe doświadczenia wyraźnie mi wskazują, że w ewentualnych polemikach mam najczęściej i co najwyżej do czynienia  z motłochem, który ubrany w pawie pióra zapomniał o znaczeniu zwykłej stalówki.
Albowiem Polska rozdzierana jest przez nas samych na strzępy. W porzuconych skrawkach spoczywa Jej majestat. Patryjotyczna czkawka, sprowadzona do skandowania kilku sylab, zanoszona jest na ołtarze Polski niezłomnie katolickiej. Bo tylko taka obskurancka niezłomność może być rzekomo jedyną dla polskości ostoją. Tymczasem polskość nie daje się zamknąć w jednej dusznej izbie i zakrystii. Polskość to zaledwie szansa lub możliwość skupienia na każdej Istocie. Polska zaś myśl polityczna nie może być egzegezą religijnych tekstów.

To powtórne wprowadzenie nie dotyczy naturalnie adresata tego listu, bowiem onże dawno już zgłębił istotę  polskiego zniewolenia.
Spotkaliśmy się przypadkiem w Internecie, by wykazać dość oględnie, że bez państwowych apanaży  i redaktorskich wierszówek można cokolwiek opisać zaczerniając internetowe stronice. Ale polacki ludek ma w rzyci nasze intelektualne rozważania i inne gejzery. Dlatego umyśliłem sobie akceptację internetowej kreacji umundurowanego Aleksandra Jabłonowskiego. Agnieszka Fatyga – małżonka tegoż – śpiewająca tak przejmująco pieśń o Powstaniu, zdała mi się wystarczającą rękojmią. Przcież nie wydawało mi się możliwe, by obok tak bijącego serca zakamuflował się podstępny prowodyr polskiego samounicestwienia.
Bo i to trzeba jeszcze dodać w banalnej sekwencji, że w epoce cywilizacji obrazkowej – gdzie rządzi światło, dźwięk, barwa głosu, scenograf, sekretarka planu, operator i jego szwenkier, kierownik produkcji i montażysta, a wreszcie reżyser miksujący dźwięki, teksty i obrazy – my, stukający w  uniesieniu w klawiaturę, bywamy prawie pożałowania godni. Kiedy dodamy jeszcze do kompletu specjalistę od wizerunku – jesteśmy już podani w potrawce.
Polska to nie jest 19 procent ogółu tubylców tych najbardziej skatoliczonych, a więc dla Polski wiaro(u)łomnych. Polska to jest kraj, gdzie wielu może znaleźć dla siebie schronienie. Dlatego nie trafiają mi do przekonania hasełka o czystości etnicznej. I tak bywało, że Przybysze stawali się bardziej Polakami aniżeli zasiedziali tubylcy. Polskość tedy – to rozrastające się siedlisko! Słowiańska brać, słowiański ród, słowiański dom, słowiańska pieśń i ogromniejąca swoją łzą cudowna Słowiańszczyzna!
Nie umiem więc zrozumieć tych, którzy na afisze słowiańskość wprowadzają, ale mentalnie tkwią w kruchcie. Bo przecież to Kościół katolicki przez wieki niszczył wszelkimi sposobami słowiańską Polskę. Kiedy więc dzisiaj Aleksander Jabłonowski wspiera międlarującego na parteitagach byłego klechę, którego umysłowość jest dobrą ilustracją katolickiego horroru, to wiem, że zostałem  z grupy kościółkowej adoracji wrzaskliwego nacjonalizmu wykluczony i zamknięty w rezerwacie.
Religijni psychopaci i ich posługacze objęli rządy w Rzplitej. Swarożyc mi świadkiem, że nigdy nie akceptowałem wszelkiej przemocy! A ta ogarnia nas coraz bardziej ciemną chmurą.
Nie jest więc na ten czas roztropnie czekać na ideał odpowiadający naszym wysublimowanym wyobrażeniom. Aleksander Jabłonowski to człowiek z talentem oratorskim, umiejący także słuchać. Nie wątpię również w jego patriotyzm, bo nie mam innego wyboru, jak zawierzyć własnej intuicji. Takich ludzi nie powinno się zostawiać samych sobie. Zaraz się przecież znajdą zadaniowi potakiwacze i krętacze oraz posiadacze miernego intelektu, w których naturze jest doczepianie się do nogawek.
Otóż takie właśnie zaniechanie dało błazeński (nie mylić ze Stańczykiem) efekt i odbył się, inicjujący szczególną myśl polityczną, ślub Dmowskiego z prymasem Wyszyńskim. Z tego zalegalizowanego mariażu wyrodził się na poczekaniu późny wnuk, czyli międlarujący potworek fanatycznego patryjotycznego katolicyzmu. Zmykam tedy z tej imprezy, bowiem moje modlitwy wydały owoc w postaci seminarium  w zakresie rozwiązywania kwadratury koła.

P.S. 1
Staram się rozumieć wszelkie aberracje, bo szaleństwo ludzkie niejeden ma wymiar. Jednakże chełpliwe oświadczenia Aleksandra Jabłonowskiego o niszczeniu niemieckich grobów wywołują moją odrazę dla takich działań. Dotyczy to także grobów i miejsc, upamiętniających zagładę żołnierzy Czerwonej Armii.

P.S. 2
Andrzeja Szuberta – za jego protest przeciwko nachalnej katolskiej wersji polskich dziejów, lokalizowanej w świętym dla Słowian miejscu –  prokuratorskie przydupasy klechów chcą osądzić i do klechickiej szubienicy przybić. Nie ma ta prokuratoria żadnego uważania na katolicką rzekomą dobroć i wybaczanie, choćby dla zaniechania zemsty. Tedy przygotujcie się (merytorycznie) klechy w prokuratorskich sukienkach, bo na tej mszy wy sami możecie zostać osądzeni.

P.S. 3
"Prawdziwego jedynego słusznego rodaka wyróżniają trzy cechy: uczciwość, mądrość i religijność. Szkopuł w tym, że cechy te nigdy nie występują wspólnie. Maksymalnie mogą być dwie. I tak: jeśli ktoś jest mądry i uczciwy, to nie jest religijny; jeśli jest religijny i uczciwy, to nie jest mądry; jeśli jest mądry i religijny, to nie jest uczciwy." (Z Internetu)



piątek, 21 kwietnia 2017

OBŁĘD

Występy smoleńskiej trupy pod dyrekcją Ministranta skłoniły mnie do niewdzięcznych zadań. Żmudna to praca, ale może komuś w przyszłości się przyda.
Oto wydobyte z dna perły:

"Ten samolot nie dlatego się rozbił, że uderzył w ziemię. Tylko dlatego uderzył w ziemię, że się rozbił". (Antoni Macierewicz – Ministrant)
"Pasażerowie tupolewa wsiedli do samolotu w misji pokojowej, a nie wiedzieli, że jadą na wojnę, zostaną zaatakowani".  (Tomasz Sakiewicz – Reduktor)
"Wysłaliśmy ekipę do Rosji, która pojechała po części /... / jakoś udało się pod okiem Ruskich przemycić pewną ilość części /... / ja na swym biurku w redakcji mam urządzenie do wypuszczania podwozia". (Tomasz Sakiewicz – Reduktor)
"W przypadku (badania – dopisek mój) katastrofy smoleńskiej nie trzeba być inżynierem, wystarczy być historykiem". (Maria Dłużewska – reżyser)
"Tam były dwie fazy. Jedna próba rozbicia samolotu, a kiedy to się nie udało to eksplozja". (Tomasz Sakiewicz – Reduktor)
"Mamy dowody, że tak mogło być". (Wacław Berczyński – Caracal)
"Wiem na pewno, nie to, że przypuszczam, wiem na pewno, że samolot rozpadł się w powietrzu. /.../ Podchodzę do tego zadania, do tego zaszczytu bez żadnych założeń". (Wacław Berczyński – Caracal)
"To nie była wielka wysokość i wielka prędkość, z jaką ten samolot spadł. To była wysokość drzewa. Gdyby wcześniej wiedzieli co się wydarzy, oni mogli normalnie wyskakiwać, ewentualnie połamali by sobie nogi".  (Marcin Rola – Rolada)
"Niezwykle rzadko zdarza się katastrofa lotnicza w której giną wszyscy pasażerowie. /... / Znam się na lotnictwie". (Wacław Berczyński – Caracal)
"Celem tej książki ("Zamach na prawdę") było dotarcie do ludzi, którzy chcą przekonać mnie i państwa, że taka zbutwiała brzoza zniszczyła stutonowy samolot". (Małgorzata Wassermann – prawnik, poseł PiS)
"To był zamach stanu. /... /  Ja w dzieciństwie interesowałem się lotnictwem". (Grzegorz Braun – Referent)
"Uderzenie kołami do góry jest lepiej amortyzowane, więc daje większą szansę przeżycia". (Wiesław Binienda – Ekspert NASA)
"Jak wyglądała katastrofa, wiemy w 99 procentach... (Ewa Kochanowska – Wdowa Smoleńska) ...Brakuje nam tylko materiału dowodowego, którego nie chcą nam wydać Rosjanie". (Piotr Walentynowicz – Wnuk)
"Było kilka wybuchów. Wiemy o trzech!" ( Kazimierz Nowaczyk - Proffessor)
"Niektórzy członkowie komisji usiłowali wbrew faktom forsować wersję, że po eksplozjach w lewym skrzydle (czego nikt nie kwestionuje) skrzydło uderzyło w brzozę dokładnie w tym miejscu, w którym akurat był wybuch." (Matka Boska Stankiewicz)
"Załogę wymieniono na gorszą. Prezydentowi należała się lepsza załoga." (Jarosław Kaczyński - Naczelnik)

CDN