BŁOTNE ABECADŁO

wtorek, 24 marca 2015

POLEMISTY CZAR


W mojej wrażej publicystycznej internetowej działalności nie miałem szczęścia spotkać poważnego polemisty. A przecież dopiero takie spotkanie może wydać jakiś znaczący owoc. Kiedy my tylko sami bajdurzymy w bezpieczny sposób bez oglądania się na publikę – która wprawdzie małą ma potrzebę umysłowej gimnastyki – zbliżamy się w karkołomny sposób do mówcy wygłaszającego referat na partyjnym spędzie.
Przykładów mogę podawać wiele, ale najbardziej wyrazisty wydaje mi się jeden z bohaterów mojego "BŁOTNEGO ABECADŁA". Owóż ten przedmiot moich dywagacji nie był i nie jest w stanie zareagować w sposób rozumny na moje rzekome przeinaczenia i kalumnie, zbywając moją zachętę do polemiki lekceważącym prychnięciem, bo przecież moje teksty na takową nie zasługują i jemu zwyczajnie się nie chce, bo modlitwa za moje duchowe zboczenie zdaje się mu wystarczającym ekwiwalentem zupełnie niepotrzebnych sporów, bo słowiańscy Bogowie – o których nie ma żadnej wiedzy – nijak się mają do jego jedynego Boga, który jest jedyny i już! I pogrąża się mój bohater dalej w bezsilnej retoryce nie bacząc nawet, by w odmętach ścieków jedynie słusznej wiary, wykazać przy okazji swoją karykaturalną indolencję jako wartość nadrzędną:  czyli owo modlitewne  skrzyżowanie słupa z belką, gdzie przy pomocy nagłaśniających gadżetów i hojnej państwowej kasy, może klepać paciorki kultywując swoje dobre samopoczucie bez oglądania się na haniebne katolickie praktyki, którym udało się  – jak się sądzi w otoczeniu plebana – przykryć słowiańską tożsamość sutanną i habitem.
Tedy i duma go rozpiera w patryjotycznym na obecny czas zwidzie, że w przeszłości pogoniliśmy kota  Moskowii, która jakoby na nas napadła, więc pognaliśmy ich aż tak dotkliwie, że Kreml zdobyliśmy z marszu i mieszkaliśmy w nim przez dwa lata. (Zachowując się jak typowi okupanci – o czym zapomina wspomnieć, bo i tej wiedzy zwyczajnie nie posiada). Delikatnie więc zwracam mu uwagę, że to raczej dynastyczna drżączka Wazy i jego obłąkany jezuicki katolicyzm pospołu z Samozwańcem były przyczyną tej nieszczęśliwej pod każdym względem moskiewskiej eskapady, która  stanie się w przyszłości kamieniem węgielnym politycznej opcji deratyzacji Rzeczypospolitej. 

Kiedy więc rozprawiamy o przyczynach upadku idei polskości – weźmy i taki szczegół pod uwagę. Albowiem wychodzi mi na to, że przeciętny polski katolik, to nie tylko zdradziecki sługa kościelnego państwa, nie tylko żarliwy wyznawca propagandy Radia Maryja i czytelnik rusofobicznej Gazety Polskiego Kołtuna, nie tylko kartka wyborcza wrzucana do konfesjonału – gdzie przyjmują hołdy kolejni polityczni prałaci i ich wybrańcy – ale także, we wszelkich wymiarach, całkowicie nieprzydatna Rzplitej maniakalna struktura fanatycznej umysłowej pustki – niezdolnej do żadnego dyskursu.

(Gdybym był chrześcijaninem, zaraz bym się wyrzekł kościółkowych splendorów i watykańskiego badziewia. Wiara to przede wszystkim pokora, więc katolicy dawno już przestali być chrześcijanami, jeśli w ogóle kiedykolwiek nimi byli. Tedy z dobrego serca radzę, albowiem w naszym krótkim żywocie jakże mało mamy czasu na adekwatne decyzje, które naszą determinację w niezgodzie na unicestwienie wspomóc mogą. Dlatego religijna doktryna wydaje się być dla tak wielu wciąż jedynym skutecznym środkiem na namolne znaki zapytania. Pozostaje jeszcze  zapomniana nieco naftalina, która może – jak się nam wydaje – wyeliminować nawet mole książkowe.
A jeśli mój przyjaciel Jerzy P. – tak bardzo poszkodowany na umyśle – sądzi, że ten felieton dotyczy jego osoby, to karykaturalnie się myli. Ja opisuję tylko pewien typ umysłowości, której Jerzy P. jest dość wybitnym przedstawicielem).


czwartek, 12 marca 2015

PREZYDĘT BŁOTNIAK

Od czasu, gdy przy pomocy kilku socjotechnicznych trików wmówiono niedobitkom Polan komunistycznego aparatczyka z minionej epoki na prezydęta – i jeszcze powtórnie – nic już nie może oddać nam naszej rycerskiej godności. Daliśmy plamę i nikt nas od niej nie uwolni. A nawet i nie powinien! Albowiem tu właśnie powinno pozostać – przynajmniej w wymiarze symbolicznym – jakieś rozpoznanie w kategorii czynienia Dobra i Zła albo zwyczajnej Głupty.

Kiedy jednak spotykam w suwalskim sklepie granatową kurtkę z odpowiednimi napisami zawieszoną na  cyckach przysłowiowej blondynki, która optuje za urzędującym prezydęckim Bronkiem – daję na wstrzymanie. Albowiem wiem, że ta kurtka nie ma żadnej świadomości swojego istnienia, gdyż została wynajęta do brudnej roboty i nawet seks z blondynką nie może być wystarczającą zapłatą, bo Bronek  małą  ma raczej możliwość skoku w bok. Tedy nawet ja wydaję się sobie bardziej poważnym kandydatem na prezydęta, skoro gra na Dudach albo innych Braunach nigdy nie była w zakresie moich zainteresowań, albowiem miłuję szczególnie fagoty i fortepiany. Dlatego moja wiarygodność nie jest do podważenia!


Polanie, mam w dupie wszelkie przywileje i apanaże: także te biskupie, kardynalskie, poselskie, senatorskie, urzędnicze, zakonne i zakonnicze, prokuratorskie i sędziowskie, generalskie i dziennikarskie, wójtowskie i burmistrzowskie...  Mogę żreć trawę i sypiać na zamarzniętych trzcinach. Nie będę też każdej kalekiej myśli rozpoczynał od przywoływania Jahwe nafutrowanego wyskubanym pierzem i wykreowanego dla doraźnych potrzeb, ażeby skatoliczoną miazgę doprowadzić do stanu posłuszeństwa we władaniu i duchowym samounicestwieniu!
Polanie, stoję przed Wami!  Słowiańska Rzeczpospolita dobija się do wrót!

Aczkolwiek, zamiast prezydęckiej Kukły, jedynie mumia Faraona zdać się może na swoim miejscu w Pałacu na Krakowskim Przedmieściu!



wtorek, 3 lutego 2015

ŚWIAT WEDŁUG BORSUKA

Musi mnie łączyć ze światem Borsuków jakieś metafizyczne powinowactwo, bo na tzw. zdrowy rozum wytłumaczyć się nie da, dlaczego wlaśnie Borsuki tak do mnie lgną, jakby chciały mi przekazać swoje przesłanie, którego moje prostactwo nie potrafi odczytać. A nie jest to domniemanie pozbawione podstaw chociażby dlatego, że są Borsuki dłużej na Ziemi niźli rodzaj ludzki. Ich rodowód bowiem zaczyna się przed 250 milionami lat, a więc bardzo daleko wcześniej, zanim wykreowany przez religijnych prestidigitatorów Jahwe zaczął robić porządki na tym padole wedle swojego widzimisie.

I oto, siedziałem sobie właśnie na progu mojej drewutni, księżyc odbijał się od jeziora i śniegu, więc książkę można było czytać, co już niewielu potrafi, i nagle pakuje się do mnie, nie zważając na nic, leśny nocny zwirz – czyli Borsuk. Przyznaję, że nie byłem przygotowany na taką wizytę, więc zachowałem się jak ostatni kretyn. Mimo to Borsuk z wyrozumiałością – a więc cnotą zapomnianą przez ludzi – okrążył jeszcze raz drewutnię dla mojego opamiętania, wydając przy tym dżwięki jak z koncertowego fagota i znowu się do mnie gramoli. I tu wstyd nie pozwala mi opisać mojej małodusznej  ignorancji...
Borsuk tedy – zapewne zniechęcony moją głupotą – w końcu sobie poszedł. Wyśledziłem jeszcze na śniegu jego ślady i uznałem, że miałem spotkanie trzeciego stopnia. I w takim nastroju  moja przygoda nie wydawała mi się warta dalszej troski.
Aliści idę za godzinę do Donnki, a tu taki obrazek: Donnka w przedsionku, a w stajence wymościł sobie w słomie legowisko mój Borsuk.
Boruto, przybywaj!



Zapaliłem tedy w stajence światło w takim zamiarze, że Borsuk, przecież nie w ciemię bity, zrozumie moją sytuację i taktownie się oddali do swojej Puszczy, w której ja mu nie robię żadnej konkurencji. Ale on spojrzał na mnie czule, zwinął sie jak kot, i nie zamierzał wykonać mojego zalecenia. Stanąłem więc na ten czas całkiem bezradny i wszelka inwencja faktycznie przeszła do Borsuka. A ten, z borsuczą godnością, przejął wspaniałomyślnie moją inicjatywę ustawodawczą i zaczął się gramolić do wyjścia, bo to noc właśnie nastała, a Borsuki nocą żyją. Ale i Donnka była ciekawa. I oto doszło w mojej obecności do zetknięcia się jej chrapek z borsuczym ryjkiem. Trwało to obwąchiwanie się dłuższą chwilę, a ja nie śmiałem ingerować w to misterium ponownego po tysiącleciach zaprzyjaźnienia. I gdyby nie to, że Donnka gwałtownie parsknęła, Borsuk nie byłby zmuszony do instynktownej reakcji,  tym bardziej zrozumiałej, że na mordce miał wyraźne rany od kłów i chodził na trzech łapach. No i dziabnął Borsuk Donnkę w chrapkę, bo to waleczna Istota – by za chwilę zniknąć w ciemnościach. I tu skończyły się żarty, albowiem takiego rozwoju zdarzeń nawet sam Franc Fiszer nie mógłby przewidzieć.


Ranka była wprawdzie bardzo mała, właściwie draśnięcie, ale otacza Borsuki taka fama, że przenoszą wściekliznę. Spanikowałem więc w trosce o zdrowie mojej klaczki. Póki co Borsuka jednak nie było widać, ale taką mam wredną naturę, że przejąłem się także jego losem. No i Borsuk odczytał telepatycznie właściwie moje myśli i znowu się pojawił grając na fagocie. Muzyka była to szczególna, bo zaledwie przed miesiącem pożegnałem nad Styksem Fagocistę z Zespołu Pieśni i Tańca "Śląsk" im. Stanisława Hadyny, którego moje przebywanie na tym padole jakoś szczególnie uwierało. (Tedy stanął przy moim wyrku zaraz – albo wprzódy – po swojej kremacji, co opiszę w osobnym tekście). Trudno wszakże uwierzyć, że fagot Stanisława – który o Hadynie zawsze ciepło się wyrażał – tak nastroił puszczańskiego Borsuka, by ten przygrywał mi bezinteresownie w zastępstwie spopielonego na rachunek ZUS–u Stasia. Ale nie da się zaprzeczyć, że fagoty bliżej są nieśmiertelności aniżeli śląscy Fagociści.

Kiedy więc zapragnąłem złączyć cielesność z nieśmiertelnym Duchem i przystawiłem Borsukowi do ryjka naczynie z owsem, ten ruszył na mnie! Czy to była obraza, czy jakiś inny zamysł – trudno dociec. Pewna jest moja reakcja i relacja. – Otóż w kopnym śniegu, na tle księżycowej poświaty, ja, pozostający oficjalnie jeszcze przy zdrowych zmysłach, podskakiwałem w cyrkowych wygibasach w sromotnej ucieczce, żeby mnie tylko ten wysłannik puszczańskiej orkiestry nie pogryzł, co on niekoniecznie miał w intencji.
Tedy uruchomcie sobie teraz Państwo swoją filmową wyobraźnię, bo tu mi się kojarzy dzieło aaabsolutnie genialne, czyli "TANIEC WAMPIRÓW" Romana Polańskiego, jako że ta scena jest nie do podrobienia i tylko w tym filmie dlatego nie została nakręcona, bo proffessor – oprócz osikowego kołka i zbawiennego czosnku – nie miał żadnej wiedzy o tajemnej sile Borsuków!

Następnego dnia o poranku Borsuk – jakby nic się nie stało – spał sobie smacznie w stajni.
Tak więc, i mimo wszystko, konieczna była moja wraża decyzja, by szukać pomocy dla Donnki,  Borsuka i dla mnie u zielonych leśnych ludzików. Zadzwoniłem tedy do Waldka, Waldek zadzwonił do Wojciecha, i po dwóch godzinach nawiedził mnie leśny oddział szybkiego reagowania. Przywieziona została także przestronna klatka, bo dla osób postronnych nie ulegało wątpliwości, że czyny Borsuka są na tyle nietypowe lub szalone, że powinien on przejść kwarantannę. I tak, bez zbędnych ceregieli i przemocy, Borsuczek zamieszkał w klatce na dni piętnaście. Jutro (14 dnia lutego) mija ostatni dzień jego – ustawowo nakazanej – niewoli. 


I tu przychodzi na mnie powinność opisania mojego w tym czasie z Borsukiem bytowania. 
Przede wszystkim przeniosłem jego klatkę w zaciszne podcienie Domu. Ogaciłem klatkę z czterech stron słomą, a na spód dałem styropian. No i rozejrzałem się po mojej spiżarni. Konieczne się okazały dodatkowe zakupy! Zmieniłem także swój tryb życia na nocny, jako bardziej odpowiadający naturze Borsuka. 
Borsuk jest marnym łowcą i faktycznie je to, co mu do ryjka wpadnie. U mnie jadł: marchew, jajka, jabłka, kukurydzę, surowe serca kurze, fasolkę szparagową (uwielbia) i surowe ryby. Sam bym chciał mieć na co dzień takie wyżywienie...

Wreszcie nadszedł upragniony dzień...





Po otwarciu klatki Borsuczek niespiesznie wygramolił się na wolność. Po rozpoznaniu najbliższego terenu wcale nie wyrwał do lasu. Zwyczjnie ukrył się za klatką.
W tym miejscu protokół zakończono, podpisano i przeniesiono do archiwum. Ewentualny ciąg dalszy nie będzie utajniony.

(Dopisane 14 lipca 2015).
Wciąż rozmyślam o moim Borsuczku, któremu nadałem imię Daksio! I on natychmiast to imię sobie przyswoił. Wystarczyło cicho go zawołać!... Wiem, że Daksio mnie odwiedza, ale rozmyślam także nad fenomenem jego ufności do mnie. Przecież Daksio musiał już wcześniej coś o mnie wiedzieć. Czy komuś się zdarzyło, że dziki jak najbardziej Borsuk chciał mu wskoczyć na kolana? Tedy taką mam hipotezę, że moje bytowanie w Bronnej Górze zmniejszyło tę straszliwą przepaść, która oddziela mnie od naszych Mniejszych Braci. 
Przychodzi do mnie wiele Zwierząt. Chcę, by czuły się u mnie bezpiecznie. Dlatego nie jest do zaakceptowania furia mordowania Zwierząt w parku narodowym! To tu ma być ta enklawa, ta czułość dla każdej roślinnej (prócz inwazyjnej olchy) i zwierzęcej Istoty?
Oto doszły do mnie słuchy, że WPN zaordynował planowe mordowanie Zwierząt w roku 2015! Wyznaczono limity:
27 jeleni !
20 saren !
50 dzików !
Póki co, mój Daksio nie znajduje się na tej liście!



                                                               rysowała Błotniaczka


poniedziałek, 26 stycznia 2015

SZKLARNIA

Mamy oto następny festiwal!
Rozgadała się Polska siermiężna i wydała ze swoich trzewi ryk spazmatyczny, bo prawdziwa lewica jest jak lwica zamknięta w klatce SLD.
Ażeby więc tłumoki w Rzplitej wprowadzić w stan błogosławionej nirwany po zażyciu używek, wystarczy dać im przecież jakiś święty obrazek. I tutaj, zamiast tradycyjnej Magdaleny, mamy obrazek świętej Magdaleny Ogórek – przykrojony do naszych dni brzemiennych. I on właśnie pojawił się w czasie grania trąb na Niebiesiach, które zwiastują tegoroczny wyborczy spektakl.

Laska faktycznie może się wielu podobać, aczkolwiek ja w takich nie gustuję, bo Bogowie w swojej determinacji marnie ją wyposażyli. Żeby więc z tak błahego powodu dać się doszczętnie skołowacić?  – Pozostaje tedy, jako jedyna erotyczna podnieta, hipotetyczny intelekt!
Na potwierdzenie moich oczekiwań, święta doktor Magdalena odczytuje wyraźnie dla jej prezydenckiej kandydatury napisane sekwencje, oraz informuje, że jest autorką książek, czym potwierdza spostrzeżenie Tadeusza Konwickiego, że dzisiaj łatwiej jest książkę napisać, niźli ją przeczytać. Ale ja, już bez żadnej fałszywej skromności i zakonnej obłudy, to mogę wszem i wobec ogłosić, że wolę odsłonięte ramiączko biustonosza Agnieszki Wołk–Łaniewskiej, aniżeli spreparowaną przez Millera mumię amerykańskiej popkultury o rybnickim rodowodzie, która na dodatek specjalizuje się w historii katolickiego Kościoła. Albowiem ta właśnie wiedza szczególnie jest przecież potrzebna prezydentowi znikającej Rzeczypospolitej, bo bez udziału tej kościółkowej struktury nie da się utrzymać tubylców w stanie zatwardziałej hipnozy.
Przecież sekretarz-premier Miller dopiero co, korzystając z podobnych iluzji, wykandydował Polsce prezia Kwasa, co to miał problemy z równowagą swojego umysłu. A teraz, najwyrażniej pod wpływem gier komputerowych i filmowych produkcji z Hollyjudu, chce wcisnąć Polsce złotowłosą lalkę na prezydenta, w widocznym oczekiwaniu, że za ten czyn zostanie wyniesiony przynajmniej do grobu na Skałce. Chyba że pan premier zdecyduje się na pochówek na Wawelu. – Ażeby  jednak doprowadzić do swoich egzekwii w tym miejscu, musi się zdecydować na bohaterską śmierć w katastrofie lotniczej – i do tego z wyraźnym wskazaniem sprawcy na Kremlu!

I tu, zamiast Rzplitej, przywołuję szklarnię, w której majestacie rzesza polityków i ich pomagierów ma jeszcze sposobność odrodzić się jako humus, by w ten pożyteczny sposób wykreować alegorię swoich bytów, które już w XVI stuleciu odmalował Giuseppe Arcimboldi.

Czyli ogrodnictwo – jako polska racja stanu!
W żadnym razie składnica lalek!
Chyba że od Rzeckiego!

P.S.
Jak to już w moim "BŁOTNYM ABECADLE" anonsowałem, moje zapiski tutaj mają cechy szkicownika lub brudnopisu.  Postanowiłem tedy – dla tych bardziej dociekliwych – procesu tworzenia moich tekstów nie zamazywać. Dlatego dopiero (przynajmniej) po kilku dniach jest dostępna (prawie) ostateczna wersja. Bowiem, jak  mawiał Goethe, talent to zaledwie dziesięć procent w tworzeniu dzieła. Reszta to zwykła praca!
I taka jest moja zachęta dla wszystkich ludzi myślących, ażeby w tej zwykłej pracy nie ustawali.
(30 stycznia 2015)

wtorek, 23 września 2014

W MOCARSTWIE MYŚLI NIEPODLEGŁEJ

Do dziejów polskiej głupoty trzeba wciąż dopisywać nowe rozdziały. Ja, na użytek tego rozdziału, dopisuję złotymi głoskami kilka wypowiedzi usiłujących — niezwykle twórczo — polemizować z moimi tekstami, które są — wskutek karygodnego niedopatrzenia i niedbalstwa — jeszcze zarchiwizowane w czeluściach Internetu. Bo przecież nawet najbardziej głupkowaty ślad po Błotniaku ma zostać wytarty! 
Tak więc nie cytuję, póki co,  wszystkich godnych najwyższej uwagi wypowiedzi w trosce o  umysłową kondycję Szanownych Czytaczy — i z własnego lenistwa. Aliści zastrzegam sobie niniejszym prawo do zmiany zdania!

Taka jednak też myśl mnie czasem nawiedza, że aczkolwiek polska głupota wydaje się nieuleczalna, to w swoich paroksyzmach wiele ma do zawdzięczenia obcej mentalnie i cywilizacyjnie nacji, ryjącej wciąż pod Polanami zdradziecko. Musiał o tym wiele wiedzieć Julian Tuwim, poeta polski, nie żydowski, który tak odpowiadał na żydowskie zarzuty: "Jestem Polakiem, bo mi się tak podoba!"

Za poniżej zamieszczone przykłady myślowej drżączki nie jest odpowiedzialny rozum, to pewne. Więc może jednak solidarność genów?..
Wszakże byłoby nadmiernym uproszczeniem osiąść w takiej tylko hipotezie dziejów. Przecież zwyczajni Lechici też mają co nieco za uszami... Dlatego dobrze byłoby złożyć w Archiwum także ichnie pleśnie — ku przestrodze dla potomnych. Bo jeszcze pomyślą, że wszystko, co nam spod piór wypadło, odbyło się bez naszego udziału.
A ty, żałosny internetowy redaktorku o umysłowości pantofelka, łażący za mną namolnie i pocący się z udręki, że nie potrafisz nawet wybąkać jednej myśli —  bądź nadal kustoszem swojej jedynej mózgowej komórki, która  jest zaledwie w mocy regulować twoje trawienne życie duchowe! Piasek zasypie także twoje truchło, co w Google uzyska status informacji podanej na pierwszej stronie!

Jeśli zaś o "gazetę polską" chodzi, to może nie bez znaczenia jest opinia dr Marka Głogoczowskiego, że jest to gazeta POLSKIEGO KOŁTUNA!

Po tym przydługim wstępie, przechodzimy zatem do meritum:

"błotniku! nie dłób już w tej gwizdawce, bo to ani mądre, ani ładne..." — judyta

"Oj Rysiaczku, może lepiej zajmiesz się malowaniem, zamiast pisać te bzdury. Wstyd mi za ciebie." — Ola Sz.

"apeluję o drukowanie błotniaka w prasie krajowej jakby tak gazeta polska wzięła jakiś jego felietonik to zaraz by chłop zaczął rozumieć redaktora kwiecińskiego i innych." — miłosierny

"jak moglisie tu wpuścić tę histeryczną błotną babę? ona zrobi żydów z was wszystkich, a następnie zarząda odszkodowania za holokaust." — robert maciej

"Pan Błotniak to ściema" - Zosia z Grzybkowic

A i to trzeba jeszcze dodać, że napisałem niegdyś aż dwa felietony dedykowane odmóżdżonym miłośnikom "gazety polskiej". Próżno tych tekstów szukać w polskim Googlu. Natomiast bez trudu znajdziecie Państwo na poczesnym miejscu googlowskiego afisza bezradną umysłową czkawkę "miłosiernego"... lub podobnych literatów, którzy albo otrzymali zadanie sponiewierania Błotniaka albo robią to bezinteresownie z powodu swoich zaprzepaszczonych artystycznych i intelektualnych dokonań. Tyle tylko, że nie umieją nawet zagwizdać na swojej piszczałce. A chcieliby przecież umieć dmuchnąć sobie w moją gwizdawkę... 
I ten kontekst właśnie nakazuje mi powstrzymanie się od dalszych komentarzy, bo doprawdy nie jestem sadystą!

(dopisane 14 lipca 2015 roku)
Zaledwie kilka dni po ogłoszeniu tego tekstu, internetowe redaktorskie żuczki – tak sromotnie przyłapane na kolejnym matactwie – wycofały teksty literata "miłosiernego" z mojego gospodarstwa i przeszły na bardziej subtelne ręczne sterowanie. Otóż oświadczam wam, gnojki, że i tak nie jesteście w stanie zamienić własnego tyłka na coś, co może przypominać głowę. Na wszelki wypadek mam w archiwum wszystkie moje teksty. A jeśli blogspot.com nie ma odpowiednich zabezpieczeń przed inwazją robactwa, to przyjdzie się  mi z nimi pożegnać. Będziecie wtedy mieli trochę bardziej ambitne wyzwania... Aczkolwiek na wasz, gnojki, umysłowy rozwój doprawdy nie liczę...




środa, 23 lipca 2014

PIEC

Wprawdzie temat o gontach nie jest jeszcze dostatecznie opisany, ale życie z nami się nie cacka i napiera bez litości, więc trzeba się czasem spieszyć.  I otóż, wedle mojej wiary, siła myśli powoduje ich urzeczywistnienie w materii. Wiele razy sam to sprawdziłem. Tako i rozmyślania o piecach w Bronnej Górze przez wiele lat nie dawały mi spokoju. Zgromadziłem więc wiele kafli i fragmentów pieców z dalekiej przeszłości, zdobyłem też piękne repliki średniowiecznych i renesansowych kafli wyprodukowane przed ponad pół wiekiem. Ale to, co dostałem wczoraj od dobrych ludzi z Cieszyna, którzy ofiarowali mi szczątki bajecznego pieca z drugiej połowy dziewiętnastego wieku, zatrzymało w bezruchu moje zmysły. Tymczasem więc wszystko umyłem i — co możliwe — do siebie poskładałem.
I jeszcze to ze smętkiem i złością rozważam: w jakim kraju urodzili się i przebywali ci barbarzyńcy, którzy taki piec z tryumfalną fanfaronadą młotkami rozbili? Bo czyż nie jest bardziej podziwiane niszczenie niźli tworzenie? Jak w tej baśni Andersena, gdzie najbardziej nieprawdopodobny czyn jest właśnie unicestwieniem dzieła sztuki, czyli pięknego zegara. A przecież te wszystkie tykające tryby i kółeczka,  szmer wahadła, które powtarza bicie naszego serca, czas odmierzany miarowo i z pewnością dopiero wtedy, kiedy zegar staje — tak bardzo są nam potrzebne. Wtedy czas nabiera życia, bo my oddalamy się wreszcie na odległą mgławicę. (Jak to po latach wracają szczeniackie lektury: William Faulkner przy drewnianej ścianie zmurszałej, gdzie czas się zatrzymał na fotografii).
Dlatego z taką czułością traktuję wszelkie odłamki minionego czasu. Albowiem jesteśmy w drodze... W moim Ustroniu wciąż widzę i słyszę smugi zmierzchających świateł.







Jak to tedy częściowo powyżej opisałem, o piecach można gaworzyć prawie w każdej poetyce. Jedynym wszakże sprawdzianem naszej praktycznej wiedzy i poetyckiej maestrii jest funkcja grzewcza, czyli to, czy rzeczony piec długo będzie trzymał ciepło podczas naszych nocnych zimowych słowiańskich igraszek.  A więc tajemna konstrukcja pieca otwiera przed nami — wprawdzie niechętnie — swoje wrota. Jednakże któż nam powie, jaka chudość gliny jest konieczna, czyli ile piasku dodać trzeba, ażeby glina nie pękała, a kafle pozostały na swoim miejscu; jakie i gdzie potrzebne są druciane wiązania i jakiego drutu należy użyć, ile szamotowej glinki i kamieni albo ułamków cegieł trzeba dodać dla wypełnienia kafla, jak — przede wszystkim — poprowadzić kanały, gdzie pozostawić dylatacje, jak wymurować komorę paleniskową, jakie spoiny między kaflami i cegłami być mają. I jeszcze wiele innych palcówek jest pożądane, których nie da się wymienić na literki. Bowiem tylko taką żmudną pracą możemy wejść w strefę piękna, czyli myśleć o zewnętrznej formie naszego pieca.
Po żmudnych tedy deliberacjach doszedłem oto do takiego wniosku, że rekonstrukcja tego pieca, aczkolwiek możliwa, zabierze mi przynajmniej rok mojego żywota. Na to zgodzić się z wiadomych przyczyn nie mogę, dlatego postaram się dokonać częściowego odtworzenia brakujących form. I wtedy przyłączę te kafle do mojego pieca. Kiedy to się stanie — dam głos! Aczkolwiek mój zaprzyjaźniony zdun orzekł, że wszedłem zaledwie w posiadanie gruzu.



niedziela, 6 lipca 2014

ESEJ O GONTACH



Gont — ta czarowna sosnowa lub świerkowa szczapka wydarta Puszczy dla schronienia domowego ognia, tak wrośnięta w polskie żywoty i polski krajobraz. Szczapka, która odebrała mi, za moim przyzwoleniem, połowę rozumu. 
O tym będzie ten esej, bo zapewne wykroczą te literki dalece poza ramy felietonu.

Tak więc na początku był gont. Nie żadna tam czasem nawet metrowa deska, wypiłowana i wyfrezowana na elektrycznej maszynie, udająca z oddali gonta, co dzisiaj czynią także zorientowani w ciesiołce mieszkańcy Tatr. Albowiem, w dalekiej przeszłości, może gont i z dranicy się wyrodził. Wszakże miała dranica nawet 3 metry długości, a nie jest łatwo taką dranicę pozyskać przez łupanie, o czym zapominają książkowi praktycy. Tedy zaczęto dranice piłować. — Ale wejdź i piłuj, z góry na dół, i z dołu do góry, na specjalnym rusztowaniu! I tak bez wytchnienia, bo zmrok coraz wcześniej zapada, a deszcze podmywają komin i legowisko.
I ostała się dranica na słotę i gołotę, coraz mniej przydatna, zwichrzona przez wichry, z czasem zwykły oflis.

CDN


poniedziałek, 12 maja 2014

GOLEM Z ODESSY

                          
     "GOLEM" – olej
  malował Błotniak z Bronnej Góry 

Golem (hebr.) — sztuczny człowiek, stworzony jakoby przez uczonego rabina i obdarzony przez niego duszą.
(SŁOWNIK WYRAZÓW OBCYCH — M.Arcta, wyd. szesnaste -1938) 
Golem — bezwolny, bezmyślny olbrzym, uosobienie siły niszczącej (MAŁY SŁOWNIK JĘZYKA  POLSKIEGO — PWN, wyd. XII -1995)

sobota, 26 kwietnia 2014

ŚWIĘTOŚĆ MOJA POWSZEDNIA

Przyznaję ze skruchą, że nigdzie w czasie minionym się nie łajdaczyłem, a jeno starałem się nawiązać kontakt z niedobitkami Polan. Cała ta ekspedycja nawet psu na budę się nie zdała — i oto sromotnie powracam na tarczy.
Owóż ma ludność tubylcza wciąż nowe igrzyska!
Bo przecież mało już kto uwierzy, że jest jeszcze inna realność, która ma tę wadę, że zasadniczo się różni od medialnej wersji papierowej, radiowej, telewizyjnej i (częściowo, póki co) internetowej.
Czy to ukraiński krwawy przewrót, czy to wyniesienie na ołtarze klechickiego aktora z Wadowic, czy to program radiowy o sobotnim poranku, czy to dywagacje o dopuszczeniu w Polszcze prawa do praktykowania szczególnego okrucieństwa w mordowaniu Zwierząt — gdzie zaproszeni goście łżą jak z nut — wszystko to utrwala w nas to jedno przeświadczenie, że jesteśmy nie tylko ułomni na umyśle, ale i — w dodatku — zwolnieni  od obowiązku samodzielnego myślenia. Bo przecież wszystko za nas rozmyślą Ziemkiewicz i Spółka, albo specjalnie na Dorzynki naznaczeni referenci — i tym podobne  byty nadprzyrodzone demokracji bezpośredniej, której istotnym dopełnieniem są nauczania profesora Jaroszyńskiego. Profesor ów niezłomnie się wszak dla dobra pospólstwa wysila, powtarzając na wszelki słuczaj okolicznościową zdrowaśkę!

Zaraz za tym panopticum ujawnia się nam dobrze przecież znana — zapewne nie bez przyczyny — twarz Janusza Korwin-Mikkego, który uśmiecha się do swoich wyborców ząbkami amerykańskiej gwiazdki porno.    Wprawdzie ma ten olśniewający garnitur pewien walor, albowiem w życiu seksualnym poselskiego aspiranta do parlamentu UE może mu  przynieść pewne odświeżenie. Czy jednak te ząbki pomogą Rzplitej w kąsaniu dam unijnych — mam sprzeczne odczucia. Ja wprawdzie uważam JKM za uroczego człowieka i ozdobę każdego bankietu, ale czy to uchodzi sprzedawać medialnie tak świeże ząbki powyżej ich wartości? Więc może jest i tak, że Unia gotowa jest sowicie wynagrodzić także błazna, bo naturalnie nie jest w stanie odróżnić Błazna od Stańczyka?  A poczciwi ludzie oddadzą swój głos na JKM, ażeby w tym gremium było jeszcze weselej? Bo jeśli już zamieniło się jeden nielubiany izm na inny izm, czyli np.: prometeizm na katolicyzm, to będą zapewne tak fechtowali w poczuciu rycerskiej tradycji, wywodzącej się niestety od konfederatów barskich, a i tak w istocie zapomnianej.
Tak więc występy tej trupy dają się o tyle dostrzec, że są to polskie trupy przynajmniej od stuleci!

I w takich to okolicznościach przyrody, które weszły z pijackim smętkiem do polskiej literatury, zmuszona jest egzystować moja świętość powszednia. Nie dość, że uzdrawiałem, nie dość, że cieślą lepszym jestem niźli tak adorowany, mało przecież praktykujący cieśla — to jeszcze królem Polski chcą go uczynić. Zaprawdę, powiadam wam, że moje umiejętności ciesielskie i uzdrowicielskie znacznie przewyższają dokonania Jeshue, a co za tym idzie, mam dużo większe niźli on kwalifikacje na króla znikającej Rzeczypospolitej! (Ja także po dwóch butelkach wina umiem chodzić po wodzie!)
No i królem będę sprawiedliwym, któremu obca jest katolicka pycha i gigantomachia, mająca podwyższyć ich idola do samych chmur.  Zaś w zamian pozostawiająca maluczkich na pastwę wszelakiej niedoli.

Ale czy ktoś  jeszcze w Polsce w moje bezinteresowne intencje uwierzy?
Albowiem wiele wskazuje na taki rozwój polskiej choroby w czasie przedłużającej się ponad wszelką miarę duchowej libacji, że przeniesiemy się wszyscy — winni i mniej winni — w inny wymiar pod figurą świętego Katza !

poniedziałek, 7 października 2013

wtorek, 27 sierpnia 2013

SPLUWACZKA

Otóż opis tego sprzętu, który jeszcze nie tak dawno umieszczony był w różnego rodzaju poczekalniach — wydaje mi się zbędny. A to dlatego, że ważna jest szczególnie Spluwaczki zawartość. Bowiem pozostała w Narodzie tak przemożna chęć do spluwania, opluwania i odpluwania, tak odmieniane przez wszystkie przypadki "plucie", jako najbardziej czytelna metafora umysłowej działalności, że i archiwiści powstającej obecnie internetowej literatury polskiej już mogą się czuć dokumentnie opluci. Tak więc ślina i siła plucia wystarczą dzisiaj za pióro, argument i atrament!

Jednakże niektórym i poczciwa Spluwaczka nie wystarcza, więc jeszcze muszą użyć do rozpoznania i oceny rzeczywistości swego nosa. Strzykając więc śliną gdzie popadnie i obwąchując mnie ze wstrętem, pouczają z emfazą, bym pisał rzeczy zrozumiałe dla ich rozumku i łatwe do pojęcia dla ich wyobraźni — wykazując przy tym dbałość i  o innych, spragnionych podobnych wrażeń czytelników. Kiedy jednak ja sam czegoś nie rozumiem — winą obarczam zazwyczaj siebie, czyli swoje nieuctwo i swój brak wyobraźni.

I taka właśnie moja niegdysiejsza plugawa teza zdawała mi się dobrą konstrukcją felietonu. Aż tu nagle przeczytałem, że Jarosław Marek Rymkiewicz także posługuje się tą metaforą, i to w wersji papierowej. Wprawdzie wkłada ją w usta Antoniego Słonimskiego bez jego wiedzy i woli, ale chcąc unicestwić moralnie swoją dawną Muzę, czyli Adasia Michnika, musi się JMR podeprzeć takim właśnie autorytetem, którego nie ma już wśród żywych. Przymuszony w ten sposób — pluje więc Słonimski swojemu bywszemu sekretarzowi prosto pod nogi...
I jak tu w spokoju ducha celebrować własne dziwactwa?

wtorek, 13 sierpnia 2013

KLECHISTAN

Tu i ówdzie wciąż mi się starają katolickie klechy i ich duchowa żydochazarska forpoczta wmówićże ja bez ich chrześcijańskiej busoli nie tylko nic nie znaczę, ale i moja Pogańska Dusza zostanie na zawsze unicestwiona. (Chociaż trzeba też sprawiedliwie przypomnieć i taką hipotezę, że katolik  jednak chrześcijaninem nie jest). Czyli czekają mnie katolskie (katowskie) męki piekielne, bo przecież katolicki Kościół wynalazł (lub adoptował) wiele ze środków perswazji, czyli przymusu bezpośredniego, którą to ekspresję chce nadal rozwijać przy aplauzie koniecznym jego odmóżdżonych wiernych.

A więc: łamanie kołem, odcinanie członków, duszenie, powieszenie, wyrywanie wrażego języka lub wypalenie ust żelazem, próba ognia i wody, rozdzieranie i ćwiartowanie przy użyciu czterech koni, złodziejstwo, kłamstwo piramidalne, fałszerstwo i wyłudzenie, kościółkowa "Komisja Majątkowa" (której przewałom ukręcono łeb)… und Gott mit uns! I jeszcze, jest i taki projekt, ażeby za krytykę  Klechistanu wsadzać do lochu w miłościwie nam panującej Barbarii!
Otóż ci wierni Kościołowi katolickiemu — nie mogą być przecież Polakami, albowiem ich ojczyzna nie jest nad Wisłą, ale nad Jordanem! Są tedy tylko swojego Kościoła nawozem. A tak umiłowana przez nich sutanna – ukryła Polskę w swej brzuchatej kiszce dla własnej uciechy!

I nie ma  co  tu się bawić w uprzejmości!
Kościół katolicki – jeśli Rzplita ma istnieć – musi być z Rzeczypospolitej wygnany, a wszelkie umowy z Watykanem zerwane!  Klasztory i kościoły jahwiczne, posadowione na świętych słowiańskich miejscach — zburzone! Rzymska szubienica z Sejmu wydulona po wieczne czasy! Wszelkie formy katolskiej propagandy finansowanej z kasy Rzeczypospolitej — zaprzestane!
Przywrócone mają być nasze słowiańskie Gaje i Dęby! 

A ten mizerny, jąkający się umysłowo radiomaryjny klecha z przepastnym brzuchem — może być użyty jako reklama fabryki AUDI. Ich rzecz!...

18 lipca 2013
__
Szacowny Błotniaku, czyli Panie Gerwazy


Z zainteresowaniem przeczytałem Pański interesujący i poruszajacy (hehehe) do szpiku kości wpis. I choć może mamy podobne odczucia związane ze wspólczesnym rzymsko-katolickim klerem polskim (boć bliższa ciału koszula i wiadomo czym pachnie ;) (coby nie byc gołosłownym: http://falcopergrinus.blogspot.be/2013/05/uwolnic-boga-czyli-men-in-black-w.html), to jednak nie można pominąc pewnego wkładu tegoż kleru w ukształtowaniu Narodu Polskiego... .

Po uznaniu zaslug, można przejść do konstruktywnej krytyki ;) . Niestety przecenia Pan umiejętności twórcze KK. Nie wymyślił on tej bogatej listy tortur (tylko zapozyczyl od Rzymian, którzy też tu i ówdzie podpatrzyli, po czym cos od siebie dodali)... .

Odkąd we Lwowie Jan Kazimierz ogłosił Maryję Królową Polski a Konstytucja 3 Maja potwierdziła w sposób bardzo formalny fakt, że rzymski katolicyzm jest państwową religią Królestwa Polskiego to niestety Pański argument nie da się obronić.

I rzymskich katolików Ojczyzna lokuje się w Królestwie Niebieskim, gdyż na Ziemi ma być tak jak w Niebiesiech. Panie Gerwazenku - znajomosc wroga pozwala skuteczniej z nim walczyć (choćby jedynie na płaszczyźnie ideologicznej, czy filozoficznej ;) . Ale rozumiem, ze pogańska dusza Slowianina swoje prawa ma!

Z tym sie też z Panem zgodzę, ze organizacja społeczna, jaką jest KK w Polsce może równie dobrze funkcjonować jak inne stowarzyszenia (i niekoniecznie na garnuszku panstwowym). Szczególnie, że za uslugi świadczone za napełnianie tego garnuszka przez Lewiatana polska wersja 3.0, to raczej KK traci (i to nie tylko w oczach własnych wiernych). A może KK w ten sposób chce jedynie pokazać, które wartości są najwazniejsze?!? 

Nie zgodzę się na burzenie świątyń - wlaśnie dlatego, że ich wybudowanie kosztowało tyle wyrzeczeń uciemięrzonego Narodu Polskiego (odwolanie sie do Panskiej argumentacji nie jest li czystą sofistyką z mojej strony). Restauracja Swiętych Gajów wcale tego nie wymaga (boć zawsze można je zasadzić w nowym i bardziej zdrowym miejscu). 

A teraz trochę bezpośredniej krytyki KK a nawet całego chrześcijaństwa - jak czlowiek się wczyta w ewangelie i odczyta przesłanie Jezusa, to sie okazuje, żeć nie w głowie mu bylo ustanawianie nowej wiary a jedynie przypomnienie, że wszyscy jesteśmy Dziecmi tego samego Boga i ze powinniśmy sobie ulatwiać życie a nie utrudniać... .

No a że apostołowie byli raczej ignorantami i do tego upartymi świadczy historia powstania Modlitwy Pańskiej (i tak już im zostało - w wyniku czego pojawilo się chrześcijaństwo, najpierw jako sekta żydowska, by po wiekach stac sie sługusem Konstantyna zwanego Wielkim). Być może ta inauguracyjna prostytucja rzymskiego kościoła nadała mu trwałe piętno. A swoją drogą ciekawe o jakiej Wielkiej Nierządnicy mówi Objawienie wg. Sw. Jana...?!?

Zalączam uklony!
Falco Peregrinus
__

Drogi Falco Peregrinusie,

tak się jakoś złożyło, że nie jestem w mocy natychmiast odpowiedzieć na Waszmości epistolografię.

A to dlatego, że moja Donnka uległa wypadkowi i ja także dość poszkodowany jestem — głównie na umyśle.  Dlatego proszę pokornie o wyrozumiałość. Odpowiem, jak tylko dojdziemy do siebie.

(Dopisane w lutym 2015):
Oczywiście, w kwestii twórczych możliwości klechów ma Pan rację. Dlatego dodałem słówko (adoptował). Naturalnie rzecz można jeszcze obszernie rozwinąć, ale jakoś małą mam skłonność do babrania się bardziej szczegółowo w ich zbrodniczym procederze. (W końcu jest bogata na ten temat literatura).
Tedy taką mam tylko refleksję, że u końca swoich dziejów, ta feudalna spółka religijna z karykaturalnym brakiem odpowiedzialności – w ramach swego łapczywego konsumpcjonizmu i walki o własne przetrwanie – trawi resztki Rzeczypospolitej przybijając ją do krzyża! 
I tu, łapka w łapkę, obrali sobie jej szefowie (biskupki i kardynałki) oraz ich wyznawcy, ten sam sposób na pozorne przeżycie, co ta cała polityczna hałastra opłacana przymusowo – a więc dobrowolnie – przez martwe dusze Rzeczypospolitej.
I odprawiają wspólnie te swoje zwodnicze modły nad Jej grobowcem, bo to dobra okazja, aby w blasku medialnych doniesień, wypromować swoją kaleką elokwencję – czyli np. poselską grę w durnia!

Jeśli zaś o ew. zaniechanie wyburzenia katolickich przybytków w pogańskich ukradzionych – świętych w istocie – miejscach idzie, to Pana teza zdaje mi się dość dyskusyjna.  I dlatego temat ten wart jest zapewne uwagi. 

Kłaniam się jak zwykle


Błotniak 

P.S.
Niestety, przeniesienie z mojej poczty Pana tekstu tutaj, spowodowało komplikacje, z którymi nie umiem sobie poradzić. Podkreślam więc, że nie było moim zamiarem czynienie różnic w graficznej formie naszych tekstów.


sobota, 3 sierpnia 2013

POGWARKI NA ZAPLECZU NARODOWYM

Jest to wprawdzie mój tekst sprzed kilku lat, ale może — z małymi modyfikacjami — wart jest  teraz  ogłoszenia i przeczytania w sezonie ogórkowym? Bo, najwyraźniej, potomkowie słowiańskich Pogan zupełnie nie zdają sobie sprawy, jaka rzeczywistość coraz bardziej ich osacza. Wprawdzie wiele mówiąca jest dość powszechna niezgoda na rytualne mordowanie zwierząt na słowiańskiej ziemi, aliści  i ten próbny balon napełniony jest wyraźnie gazem paraliżującym wolę i zmysły dość mało ruchliwego umysłowo tubylczego plemienia, które skwapliwie poszukuje dla siebie łatwych usprawiedliwień. A to dlatego, że chrześcijański holokaust czyniony zwierzętom niezbyt odbiega od starotestamentowego okrucieństwa. I tu szczególnie poszkodowany jest najzwyklejszy zmysł estetyczny, którego rola w różnych narodowych potyczkach zdaje się być już od dawna zepchnięta do narożnika, gdzie kultura  egzystuje przy pomocy skoligaconych z Belzebubem pomagierów.

Tak więc, jeśli już ktoś umyśli się z owym Belzebubem zmierzyć, musi go nieco wyprzedzić, zająć dobrą pozycję i chwycić go mocno za rogi — tak się przynajmniej tradycyjnie utarło — a nie tarmosić go za ogon, co on słusznie sobie lekceważy i ma w niejakiej pogardzie.

Tymczasem zadomowienie Belzebuba w Muzeum Narodowym niedobitki Pogan przyjęły ze spokojem. Bowiem szefa Rady Powierniczej dla tej placówki, która także o dziedzictwo narodowe ma wszak dbać, umyślono szukać w szerokim świecie, który jednak dziwnym trafem został ograniczony do światka okrutnie z Rzeczypospolitej rzekomo wygnanych przedstawicieli hałaśliwej mniejszości, przybyłej tu różnymi koleinami losu głównie z chazarskich metropolii, stworzonych przez ludek mongolsko-turecki, a więc raczej — oprócz Talmudu i skoligaconego z nim chrześcijaństwa — mającej marny powód do podszywania się pod inne nacje — czy to żydowskie, czy też słowiańskie.

Owszem, dała się zauważyć w telewizyjnym programie delikatna krytyka sformułowana przez redaktora Semkę o nominacji — co by nie było — obcokrajowca na ten wakat, ale już tak przecież odważny i elokwentny — zdawało się — Krzysztof Kłopotowski wyczuł grozę i na wszelki wypadek nie miał nic do powiedzenia. A przecież jego łysy łeb nie zdawał się dotąd skłonny do służenia wiwatom i pokazom tryumfalnych ogni sztucznych, obwieszczających po wsze czasy panowanie religijnego w swoim zaślepieniu okrucieństwa. I ten oto nowojorski emigrant z rozmysłem udał się do żydowskiej kuchni, gdzie serwują koszerne żarcie, bo mu kiszki właśnie marsza grały.
Kiedy więc owa Rada Powiernicza rekomendowała na stanowisko dyrektora Muzeum Narodowego pana Piotra Piotrowskiego, historyka sztuki z Poznania, mało kto się dziwił, że mimo tej decyzji dyrektorski fotel pozostaje nadal pusty — albowiem rzeczony dyrektor przebywa właśnie na stypendium w Izraelu.
Podobnie jest na internetowych forach, także tych — a jakże — które propagują w istocie urojony w żydochazarskiej karczmie  patryjotyzm! Taka stepowa na polskiej ziemi Austeria!

Oto jeden z moich szacownych polemistów wygłosił był mowę o wyższości milczenia nad pisaniem, używając pięciu słów, co odpowiada poniekąd moim poetyckim naukom wyniesionym z lat chłopięcych. Inny wezwał mnie do używania rozumu przy czytaniu, co naturalnie pochwalam. Jeszcze inny, jakoś szczególnie wyczulony na zapachy, obwąchał mnie i stwierdził, że zalatuję Żydem, co w naturalny sposób zdegradowało moje szlachetne wysiłki skierowania uwagi na rzeczy mało opisane. Zaś jeszcze inny geniusz internetowej grafomanii dojrzał w moim pisaniu błysk geniuszu redaktora Adasia  Michnika, który zechciał się tak nikczemnie zakamuflować, że przyjął moje imię. I osobnik ten, przy okazji, sam też obwieścił tryumfalnie światu swoje umysłowe dokonania, nad którymi ja jednak się nie pochylę z wiadomych względów.

Wygląda więc na to, że — poza mną — także Belzebub zdechnie za chwilę ze wstydu, iż dochował się tak marnych polemistów. Kto więc w takiej sytuacji rozsądzi, czy byłem krwiożerczym antysemitą, czy ukrytym nikczemnie Żydem?

Ale i stąd jest wyjście, proszę Państwa!
Wedle wielu przekazów także wśród Żydów było i jest wielu antysemitów.
Ostatecznie — nie ma co się wstydzić!