BŁOTNE ABECADŁO

wtorek, 23 września 2014

W MOCARSTWIE MYŚLI NIEPODLEGŁEJ

Do dziejów polskiej głupoty trzeba wciąż dopisywać nowe rozdziały. Ja, na użytek tego rozdziału, dopisuję złotymi głoskami kilka wypowiedzi usiłujących — niezwykle twórczo — polemizować z moimi tekstami, które są — wskutek karygodnego niedopatrzenia i niedbalstwa — jeszcze zarchiwizowane w czeluściach Internetu. Bo przecież nawet najbardziej głupkowaty ślad po Błotniaku ma zostać wytarty! 
Tak więc nie cytuję, póki co,  wszystkich godnych najwyższej uwagi wypowiedzi w trosce o  umysłową kondycję Szanownych Czytaczy — i z własnego lenistwa. Aliści zastrzegam sobie niniejszym prawo do zmiany zdania!

Taka jednak też myśl mnie czasem nawiedza, że aczkolwiek polska głupota wydaje się nieuleczalna, to w swoich paroksyzmach wiele ma do zawdzięczenia obcej mentalnie i cywilizacyjnie nacji, ryjącej wciąż pod Polanami zdradziecko. Musiał o tym wiele wiedzieć Julian Tuwim, poeta polski, nie żydowski, który tak odpowiadał na żydowskie zarzuty: "Jestem Polakiem, bo mi się tak podoba!"

Za poniżej zamieszczone przykłady myślowej drżączki nie jest odpowiedzialny rozum, to pewne. Więc może jednak solidarność genów?..
Wszakże byłoby nadmiernym uproszczeniem osiąść w takiej tylko hipotezie dziejów. Przecież zwyczajni Lechici też mają co nieco za uszami... Dlatego dobrze byłoby złożyć w Archiwum także ichnie pleśnie — ku przestrodze dla potomnych. Bo jeszcze pomyślą, że wszystko, co nam spod piór wypadło, odbyło się bez naszego udziału.
A ty, żałosny internetowy redaktorku o umysłowości pantofelka, łażący za mną namolnie i pocący się z udręki, że nie potrafisz nawet wybąkać jednej myśli —  bądź nadal kustoszem swojej jedynej mózgowej komórki, która  jest zaledwie w mocy regulować twoje trawienne życie duchowe! Piasek zasypie także twoje truchło, co w Google uzyska status informacji podanej na pierwszej stronie!

Jeśli zaś o "gazetę polską" chodzi, to może nie bez znaczenia jest opinia dr Marka Głogoczowskiego, że jest to gazeta POLSKIEGO KOŁTUNA!

Po tym przydługim wstępie, przechodzimy zatem do meritum:

"błotniku! nie dłób już w tej gwizdawce, bo to ani mądre, ani ładne..." — judyta

"Oj Rysiaczku, może lepiej zajmiesz się malowaniem, zamiast pisać te bzdury. Wstyd mi za ciebie." — Ola Sz.

"apeluję o drukowanie błotniaka w prasie krajowej jakby tak gazeta polska wzięła jakiś jego felietonik to zaraz by chłop zaczął rozumieć redaktora kwiecińskiego i innych." — miłosierny

"jak moglisie tu wpuścić tę histeryczną błotną babę? ona zrobi żydów z was wszystkich, a następnie zarząda odszkodowania za holokaust." — robert maciej

"Pan Błotniak to ściema" - Zosia z Grzybkowic

A i to trzeba jeszcze dodać, że napisałem niegdyś aż dwa felietony dedykowane odmóżdżonym miłośnikom "gazety polskiej". Próżno tych tekstów szukać w polskim Googlu. Natomiast bez trudu znajdziecie Państwo na poczesnym miejscu googlowskiego afisza bezradną umysłową czkawkę "miłosiernego"... lub podobnych literatów, którzy albo otrzymali zadanie sponiewierania Błotniaka albo robią to bezinteresownie z powodu swoich zaprzepaszczonych artystycznych i intelektualnych dokonań. Tyle tylko, że nie umieją nawet zagwizdać na swojej piszczałce. A chcieliby przecież umieć dmuchnąć sobie w moją gwizdawkę... 
I ten kontekst właśnie nakazuje mi powstrzymanie się od dalszych komentarzy, bo doprawdy nie jestem sadystą!

(dopisane 14 lipca 2015 roku)
Zaledwie kilka dni po ogłoszeniu tego tekstu, internetowe redaktorskie żuczki – tak sromotnie przyłapane na kolejnym matactwie – wycofały teksty literata "miłosiernego" z mojego gospodarstwa i przeszły na bardziej subtelne ręczne sterowanie. Otóż oświadczam wam, gnojki, że i tak nie jesteście w stanie zamienić własnego tyłka na coś, co może przypominać głowę. Na wszelki wypadek mam w archiwum wszystkie moje teksty. A jeśli blogspot.com nie ma odpowiednich zabezpieczeń przed inwazją robactwa, to przyjdzie się  mi z nimi pożegnać. Będziecie wtedy mieli trochę bardziej ambitne wyzwania... Aczkolwiek na wasz, gnojki, umysłowy rozwój doprawdy nie liczę...




środa, 23 lipca 2014

PIEC

Wprawdzie temat o gontach nie jest jeszcze dostatecznie opisany, ale życie z nami się nie cacka i napiera bez litości, więc trzeba się czasem spieszyć.  I otóż, wedle mojej wiary, siła myśli powoduje ich urzeczywistnienie w materii. Wiele razy sam to sprawdziłem. Tako i rozmyślania o piecach w Bronnej Górze przez wiele lat nie dawały mi spokoju. Zgromadziłem więc wiele kafli i fragmentów pieców z dalekiej przeszłości, zdobyłem też piękne repliki średniowiecznych i renesansowych kafli wyprodukowane przed ponad pół wiekiem. Ale to, co dostałem wczoraj od dobrych ludzi z Cieszyna, którzy ofiarowali mi szczątki bajecznego pieca z drugiej połowy dziewiętnastego wieku, zatrzymało w bezruchu moje zmysły. Tymczasem więc wszystko umyłem i — co możliwe — do siebie poskładałem.
I jeszcze to ze smętkiem i złością rozważam: w jakim kraju urodzili się i przebywali ci barbarzyńcy, którzy taki piec z tryumfalną fanfaronadą młotkami rozbili? Bo czyż nie jest bardziej podziwiane niszczenie niźli tworzenie? Jak w tej baśni Andersena, gdzie najbardziej nieprawdopodobny czyn jest właśnie unicestwieniem dzieła sztuki, czyli pięknego zegara. A przecież te wszystkie tykające tryby i kółeczka,  szmer wahadła, które powtarza bicie naszego serca, czas odmierzany miarowo i z pewnością dopiero wtedy, kiedy zegar staje — tak bardzo są nam potrzebne. Wtedy czas nabiera życia, bo my oddalamy się wreszcie na odległą mgławicę. (Jak to po latach wracają szczeniackie lektury: William Faulkner przy drewnianej ścianie zmurszałej, gdzie czas się zatrzymał na fotografii).
Dlatego z taką czułością traktuję wszelkie odłamki minionego czasu. Albowiem jesteśmy w drodze... W moim Ustroniu wciąż widzę i słyszę smugi zmierzchających świateł.







Jak to tedy częściowo powyżej opisałem, o piecach można gaworzyć prawie w każdej poetyce. Jedynym wszakże sprawdzianem naszej praktycznej wiedzy i poetyckiej maestrii jest funkcja grzewcza, czyli to, czy rzeczony piec długo będzie trzymał ciepło podczas naszych nocnych zimowych słowiańskich igraszek.  A więc tajemna konstrukcja pieca otwiera przed nami — wprawdzie niechętnie — swoje wrota. Jednakże któż nam powie, jaka chudość gliny jest konieczna, czyli ile piasku dodać trzeba, ażeby glina nie pękała, a kafle pozostały na swoim miejscu; jakie i gdzie potrzebne są druciane wiązania i jakiego drutu należy użyć, ile szamotowej glinki i kamieni albo ułamków cegieł trzeba dodać dla wypełnienia kafla, jak — przede wszystkim — poprowadzić kanały, gdzie pozostawić dylatacje, jak wymurować komorę paleniskową, jakie spoiny między kaflami i cegłami być mają. I jeszcze wiele innych palcówek jest pożądane, których nie da się wymienić na literki. Bowiem tylko taką żmudną pracą możemy wejść w strefę piękna, czyli myśleć o zewnętrznej formie naszego pieca.
Po żmudnych tedy deliberacjach doszedłem oto do takiego wniosku, że rekonstrukcja tego pieca, aczkolwiek możliwa, zabierze mi przynajmniej rok mojego żywota. Na to zgodzić się z wiadomych przyczyn nie mogę, dlatego postaram się dokonać częściowego odtworzenia brakujących form. I wtedy przyłączę te kafle do mojego pieca. Kiedy to się stanie — dam głos! Aczkolwiek mój zaprzyjaźniony zdun orzekł, że wszedłem zaledwie w posiadanie gruzu.



niedziela, 6 lipca 2014

ESEJ O GONTACH



Gont — ta czarowna sosnowa lub świerkowa szczapka wydarta Puszczy dla schronienia domowego ognia, tak wrośnięta w polskie żywoty i polski krajobraz. Szczapka, która odebrała mi, za moim przyzwoleniem, połowę rozumu. 
O tym będzie ten esej, bo zapewne wykroczą te literki dalece poza ramy felietonu.

Tak więc na początku był gont. Nie żadna tam czasem nawet metrowa deska, wypiłowana i wyfrezowana na elektrycznej maszynie, udająca z oddali gonta, co dzisiaj czynią także zorientowani w ciesiołce mieszkańcy Tatr. Albowiem, w dalekiej przeszłości, może gont i z dranicy się wyrodził. Wszakże miała dranica nawet 3 metry długości, a nie jest łatwo taką dranicę pozyskać przez łupanie, o czym zapominają książkowi praktycy. Tedy zaczęto dranice piłować. — Ale wejdź i piłuj, z góry na dół, i z dołu do góry, na specjalnym rusztowaniu! I tak bez wytchnienia, bo zmrok coraz wcześniej zapada, a deszcze podmywają komin i legowisko.
I ostała się dranica na słotę i gołotę, coraz mniej przydatna, zwichrzona przez wichry, z czasem zwykły oflis.

CDN


poniedziałek, 12 maja 2014

GOLEM Z ODESSY

                          
     "GOLEM" – olej
  malował Błotniak z Bronnej Góry 

Golem (hebr.) — sztuczny człowiek, stworzony jakoby przez uczonego rabina i obdarzony przez niego duszą.
(SŁOWNIK WYRAZÓW OBCYCH — M.Arcta, wyd. szesnaste -1938) 
Golem — bezwolny, bezmyślny olbrzym, uosobienie siły niszczącej (MAŁY SŁOWNIK JĘZYKA  POLSKIEGO — PWN, wyd. XII -1995)

sobota, 26 kwietnia 2014

ŚWIĘTOŚĆ MOJA POWSZEDNIA

Przyznaję ze skruchą, że nigdzie w czasie minionym się nie łajdaczyłem, a jeno starałem się nawiązać kontakt z niedobitkami Polan. Cała ta ekspedycja nawet psu na budę się nie zdała — i oto sromotnie powracam na tarczy.
Owóż ma ludność tubylcza wciąż nowe igrzyska!
Bo przecież mało już kto uwierzy, że jest jeszcze inna realność, która ma tę wadę, że zasadniczo się różni od medialnej wersji papierowej, radiowej, telewizyjnej i (częściowo, póki co) internetowej.
Czy to ukraiński krwawy przewrót, czy to wyniesienie na ołtarze klechickiego aktora z Wadowic, czy to program radiowy o sobotnim poranku, czy to dywagacje o dopuszczeniu w Polszcze prawa do praktykowania szczególnego okrucieństwa w mordowaniu Zwierząt — gdzie zaproszeni goście łżą jak z nut — wszystko to utrwala w nas to jedno przeświadczenie, że jesteśmy nie tylko ułomni na umyśle, ale i — w dodatku — zwolnieni  od obowiązku samodzielnego myślenia. Bo przecież wszystko za nas rozmyślą Ziemkiewicz i Spółka, albo specjalnie na Dorzynki naznaczeni referenci — i tym podobne  byty nadprzyrodzone demokracji bezpośredniej, której istotnym dopełnieniem są nauczania profesora Jaroszyńskiego. Profesor ów niezłomnie się wszak dla dobra pospólstwa wysila, powtarzając na wszelki słuczaj okolicznościową zdrowaśkę!

Zaraz za tym panopticum ujawnia się nam dobrze przecież znana — zapewne nie bez przyczyny — twarz Janusza Korwin-Mikkego, który uśmiecha się do swoich wyborców ząbkami amerykańskiej gwiazdki porno.    Wprawdzie ma ten olśniewający garnitur pewien walor, albowiem w życiu seksualnym poselskiego aspiranta do parlamentu UE może mu  przynieść pewne odświeżenie. Czy jednak te ząbki pomogą Rzplitej w kąsaniu dam unijnych — mam sprzeczne odczucia. Ja wprawdzie uważam JKM za uroczego człowieka i ozdobę każdego bankietu, ale czy to uchodzi sprzedawać medialnie tak świeże ząbki powyżej ich wartości? Więc może jest i tak, że Unia gotowa jest sowicie wynagrodzić także błazna, bo naturalnie nie jest w stanie odróżnić Błazna od Stańczyka?  A poczciwi ludzie oddadzą swój głos na JKM, ażeby w tym gremium było jeszcze weselej? Bo jeśli już zamieniło się jeden nielubiany izm na inny izm, czyli np.: prometeizm na katolicyzm, to będą zapewne tak fechtowali w poczuciu rycerskiej tradycji, wywodzącej się niestety od konfederatów barskich, a i tak w istocie zapomnianej.
Tak więc występy tej trupy dają się o tyle dostrzec, że są to polskie trupy przynajmniej od stuleci!

I w takich to okolicznościach przyrody, które weszły z pijackim smętkiem do polskiej literatury, zmuszona jest egzystować moja świętość powszednia. Nie dość, że uzdrawiałem, nie dość, że cieślą lepszym jestem niźli tak adorowany, mało przecież praktykujący cieśla — to jeszcze królem Polski chcą go uczynić. Zaprawdę, powiadam wam, że moje umiejętności ciesielskie i uzdrowicielskie znacznie przewyższają dokonania Jeshue, a co za tym idzie, mam dużo większe niźli on kwalifikacje na króla znikającej Rzeczypospolitej! (Ja także po dwóch butelkach wina umiem chodzić po wodzie!)
No i królem będę sprawiedliwym, któremu obca jest katolicka pycha i gigantomachia, mająca podwyższyć ich idola do samych chmur.  Zaś w zamian pozostawiająca maluczkich na pastwę wszelakiej niedoli.

Ale czy ktoś  jeszcze w Polsce w moje bezinteresowne intencje uwierzy?
Albowiem wiele wskazuje na taki rozwój polskiej choroby w czasie przedłużającej się ponad wszelką miarę duchowej libacji, że przeniesiemy się wszyscy — winni i mniej winni — w inny wymiar pod figurą świętego Katza !

poniedziałek, 7 października 2013

wtorek, 27 sierpnia 2013

SPLUWACZKA

Otóż opis tego sprzętu, który jeszcze nie tak dawno umieszczony był w różnego rodzaju poczekalniach — wydaje mi się zbędny. A to dlatego, że ważna jest szczególnie Spluwaczki zawartość. Bowiem pozostała w Narodzie tak przemożna chęć do spluwania, opluwania i odpluwania, tak odmieniane przez wszystkie przypadki "plucie", jako najbardziej czytelna metafora umysłowej działalności, że i archiwiści powstającej obecnie internetowej literatury polskiej już mogą się czuć dokumentnie opluci. Tak więc ślina i siła plucia wystarczą dzisiaj za pióro, argument i atrament!

Jednakże niektórym i poczciwa Spluwaczka nie wystarcza, więc jeszcze muszą użyć do rozpoznania i oceny rzeczywistości swego nosa. Strzykając więc śliną gdzie popadnie i obwąchując mnie ze wstrętem, pouczają z emfazą, bym pisał rzeczy zrozumiałe dla ich rozumku i łatwe do pojęcia dla ich wyobraźni — wykazując przy tym dbałość i  o innych, spragnionych podobnych wrażeń czytelników. Kiedy jednak ja sam czegoś nie rozumiem — winą obarczam zazwyczaj siebie, czyli swoje nieuctwo i swój brak wyobraźni.

I taka właśnie moja niegdysiejsza plugawa teza zdawała mi się dobrą konstrukcją felietonu. Aż tu nagle przeczytałem, że Jarosław Marek Rymkiewicz także posługuje się tą metaforą, i to w wersji papierowej. Wprawdzie wkłada ją w usta Antoniego Słonimskiego bez jego wiedzy i woli, ale chcąc unicestwić moralnie swoją dawną Muzę, czyli Adasia Michnika, musi się JMR podeprzeć takim właśnie autorytetem, którego nie ma już wśród żywych. Przymuszony w ten sposób — pluje więc Słonimski swojemu bywszemu sekretarzowi prosto pod nogi...
I jak tu w spokoju ducha celebrować własne dziwactwa?

wtorek, 13 sierpnia 2013

KLECHISTAN

Tu i ówdzie wciąż mi się starają katolickie klechy i ich duchowa żydochazarska forpoczta wmówićże ja bez ich chrześcijańskiej busoli nie tylko nic nie znaczę, ale i moja Pogańska Dusza zostanie na zawsze unicestwiona. (Chociaż trzeba też sprawiedliwie przypomnieć i taką hipotezę, że katolik  jednak chrześcijaninem nie jest). Czyli czekają mnie katolskie (katowskie) męki piekielne, bo przecież katolicki Kościół wynalazł (lub adoptował) wiele ze środków perswazji, czyli przymusu bezpośredniego, którą to ekspresję chce nadal rozwijać przy aplauzie koniecznym jego odmóżdżonych wiernych.

A więc: łamanie kołem, odcinanie członków, duszenie, powieszenie, wyrywanie wrażego języka lub wypalenie ust żelazem, próba ognia i wody, rozdzieranie i ćwiartowanie przy użyciu czterech koni, złodziejstwo, kłamstwo piramidalne, fałszerstwo i wyłudzenie, kościółkowa "Komisja Majątkowa" (której przewałom ukręcono łeb)… und Gott mit uns! I jeszcze, jest i taki projekt, ażeby za krytykę  Klechistanu wsadzać do lochu w miłościwie nam panującej Barbarii!
Otóż ci wierni Kościołowi katolickiemu — nie mogą być przecież Polakami, albowiem ich ojczyzna nie jest nad Wisłą, ale nad Jordanem! Są tedy tylko swojego Kościoła nawozem. A tak umiłowana przez nich sutanna – ukryła Polskę w swej brzuchatej kiszce dla własnej uciechy!

I nie ma  co  tu się bawić w uprzejmości!
Kościół katolicki – jeśli Rzplita ma istnieć – musi być z Rzeczypospolitej wygnany, a wszelkie umowy z Watykanem zerwane!  Klasztory i kościoły jahwiczne, posadowione na świętych słowiańskich miejscach — zburzone! Rzymska szubienica z Sejmu wydulona po wieczne czasy! Wszelkie formy katolskiej propagandy finansowanej z kasy Rzeczypospolitej — zaprzestane!
Przywrócone mają być nasze słowiańskie Gaje i Dęby! 

A ten mizerny, jąkający się umysłowo radiomaryjny klecha z przepastnym brzuchem — może być użyty jako reklama fabryki AUDI. Ich rzecz!...

18 lipca 2013
__
Szacowny Błotniaku, czyli Panie Gerwazy


Z zainteresowaniem przeczytałem Pański interesujący i poruszajacy (hehehe) do szpiku kości wpis. I choć może mamy podobne odczucia związane ze wspólczesnym rzymsko-katolickim klerem polskim (boć bliższa ciału koszula i wiadomo czym pachnie ;) (coby nie byc gołosłownym: http://falcopergrinus.blogspot.be/2013/05/uwolnic-boga-czyli-men-in-black-w.html), to jednak nie można pominąc pewnego wkładu tegoż kleru w ukształtowaniu Narodu Polskiego... .

Po uznaniu zaslug, można przejść do konstruktywnej krytyki ;) . Niestety przecenia Pan umiejętności twórcze KK. Nie wymyślił on tej bogatej listy tortur (tylko zapozyczyl od Rzymian, którzy też tu i ówdzie podpatrzyli, po czym cos od siebie dodali)... .

Odkąd we Lwowie Jan Kazimierz ogłosił Maryję Królową Polski a Konstytucja 3 Maja potwierdziła w sposób bardzo formalny fakt, że rzymski katolicyzm jest państwową religią Królestwa Polskiego to niestety Pański argument nie da się obronić.

I rzymskich katolików Ojczyzna lokuje się w Królestwie Niebieskim, gdyż na Ziemi ma być tak jak w Niebiesiech. Panie Gerwazenku - znajomosc wroga pozwala skuteczniej z nim walczyć (choćby jedynie na płaszczyźnie ideologicznej, czy filozoficznej ;) . Ale rozumiem, ze pogańska dusza Slowianina swoje prawa ma!

Z tym sie też z Panem zgodzę, ze organizacja społeczna, jaką jest KK w Polsce może równie dobrze funkcjonować jak inne stowarzyszenia (i niekoniecznie na garnuszku panstwowym). Szczególnie, że za uslugi świadczone za napełnianie tego garnuszka przez Lewiatana polska wersja 3.0, to raczej KK traci (i to nie tylko w oczach własnych wiernych). A może KK w ten sposób chce jedynie pokazać, które wartości są najwazniejsze?!? 

Nie zgodzę się na burzenie świątyń - wlaśnie dlatego, że ich wybudowanie kosztowało tyle wyrzeczeń uciemięrzonego Narodu Polskiego (odwolanie sie do Panskiej argumentacji nie jest li czystą sofistyką z mojej strony). Restauracja Swiętych Gajów wcale tego nie wymaga (boć zawsze można je zasadzić w nowym i bardziej zdrowym miejscu). 

A teraz trochę bezpośredniej krytyki KK a nawet całego chrześcijaństwa - jak czlowiek się wczyta w ewangelie i odczyta przesłanie Jezusa, to sie okazuje, żeć nie w głowie mu bylo ustanawianie nowej wiary a jedynie przypomnienie, że wszyscy jesteśmy Dziecmi tego samego Boga i ze powinniśmy sobie ulatwiać życie a nie utrudniać... .

No a że apostołowie byli raczej ignorantami i do tego upartymi świadczy historia powstania Modlitwy Pańskiej (i tak już im zostało - w wyniku czego pojawilo się chrześcijaństwo, najpierw jako sekta żydowska, by po wiekach stac sie sługusem Konstantyna zwanego Wielkim). Być może ta inauguracyjna prostytucja rzymskiego kościoła nadała mu trwałe piętno. A swoją drogą ciekawe o jakiej Wielkiej Nierządnicy mówi Objawienie wg. Sw. Jana...?!?

Zalączam uklony!
Falco Peregrinus
__

Drogi Falco Peregrinusie,

tak się jakoś złożyło, że nie jestem w mocy natychmiast odpowiedzieć na Waszmości epistolografię.

A to dlatego, że moja Donnka uległa wypadkowi i ja także dość poszkodowany jestem — głównie na umyśle.  Dlatego proszę pokornie o wyrozumiałość. Odpowiem, jak tylko dojdziemy do siebie.

(Dopisane w lutym 2015):
Oczywiście, w kwestii twórczych możliwości klechów ma Pan rację. Dlatego dodałem słówko (adoptował). Naturalnie rzecz można jeszcze obszernie rozwinąć, ale jakoś małą mam skłonność do babrania się bardziej szczegółowo w ich zbrodniczym procederze. (W końcu jest bogata na ten temat literatura).
Tedy taką mam tylko refleksję, że u końca swoich dziejów, ta feudalna spółka religijna z karykaturalnym brakiem odpowiedzialności – w ramach swego łapczywego konsumpcjonizmu i walki o własne przetrwanie – trawi resztki Rzeczypospolitej przybijając ją do krzyża! 
I tu, łapka w łapkę, obrali sobie jej szefowie (biskupki i kardynałki) oraz ich wyznawcy, ten sam sposób na pozorne przeżycie, co ta cała polityczna hałastra opłacana przymusowo – a więc dobrowolnie – przez martwe dusze Rzeczypospolitej.
I odprawiają wspólnie te swoje zwodnicze modły nad Jej grobowcem, bo to dobra okazja, aby w blasku medialnych doniesień, wypromować swoją kaleką elokwencję – czyli np. poselską grę w durnia!

Jeśli zaś o ew. zaniechanie wyburzenia katolickich przybytków w pogańskich ukradzionych – świętych w istocie – miejscach idzie, to Pana teza zdaje mi się dość dyskusyjna.  I dlatego temat ten wart jest zapewne uwagi. 

Kłaniam się jak zwykle


Błotniak 

P.S.
Niestety, przeniesienie z mojej poczty Pana tekstu tutaj, spowodowało komplikacje, z którymi nie umiem sobie poradzić. Podkreślam więc, że nie było moim zamiarem czynienie różnic w graficznej formie naszych tekstów.


sobota, 3 sierpnia 2013

POGWARKI NA ZAPLECZU NARODOWYM

Jest to wprawdzie mój tekst sprzed kilku lat, ale może — z małymi modyfikacjami — wart jest  teraz  ogłoszenia i przeczytania w sezonie ogórkowym? Bo, najwyraźniej, potomkowie słowiańskich Pogan zupełnie nie zdają sobie sprawy, jaka rzeczywistość coraz bardziej ich osacza. Wprawdzie wiele mówiąca jest dość powszechna niezgoda na rytualne mordowanie zwierząt na słowiańskiej ziemi, aliści  i ten próbny balon napełniony jest wyraźnie gazem paraliżującym wolę i zmysły dość mało ruchliwego umysłowo tubylczego plemienia, które skwapliwie poszukuje dla siebie łatwych usprawiedliwień. A to dlatego, że chrześcijański holokaust czyniony zwierzętom niezbyt odbiega od starotestamentowego okrucieństwa. I tu szczególnie poszkodowany jest najzwyklejszy zmysł estetyczny, którego rola w różnych narodowych potyczkach zdaje się być już od dawna zepchnięta do narożnika, gdzie kultura  egzystuje przy pomocy skoligaconych z Belzebubem pomagierów.

Tak więc, jeśli już ktoś umyśli się z owym Belzebubem zmierzyć, musi go nieco wyprzedzić, zająć dobrą pozycję i chwycić go mocno za rogi — tak się przynajmniej tradycyjnie utarło — a nie tarmosić go za ogon, co on słusznie sobie lekceważy i ma w niejakiej pogardzie.

Tymczasem zadomowienie Belzebuba w Muzeum Narodowym niedobitki Pogan przyjęły ze spokojem. Bowiem szefa Rady Powierniczej dla tej placówki, która także o dziedzictwo narodowe ma wszak dbać, umyślono szukać w szerokim świecie, który jednak dziwnym trafem został ograniczony do światka okrutnie z Rzeczypospolitej rzekomo wygnanych przedstawicieli hałaśliwej mniejszości, przybyłej tu różnymi koleinami losu głównie z chazarskich metropolii, stworzonych przez ludek mongolsko-turecki, a więc raczej — oprócz Talmudu i skoligaconego z nim chrześcijaństwa — mającej marny powód do podszywania się pod inne nacje — czy to żydowskie, czy też słowiańskie.

Owszem, dała się zauważyć w telewizyjnym programie delikatna krytyka sformułowana przez redaktora Semkę o nominacji — co by nie było — obcokrajowca na ten wakat, ale już tak przecież odważny i elokwentny — zdawało się — Krzysztof Kłopotowski wyczuł grozę i na wszelki wypadek nie miał nic do powiedzenia. A przecież jego łysy łeb nie zdawał się dotąd skłonny do służenia wiwatom i pokazom tryumfalnych ogni sztucznych, obwieszczających po wsze czasy panowanie religijnego w swoim zaślepieniu okrucieństwa. I ten oto nowojorski emigrant z rozmysłem udał się do żydowskiej kuchni, gdzie serwują koszerne żarcie, bo mu kiszki właśnie marsza grały.
Kiedy więc owa Rada Powiernicza rekomendowała na stanowisko dyrektora Muzeum Narodowego pana Piotra Piotrowskiego, historyka sztuki z Poznania, mało kto się dziwił, że mimo tej decyzji dyrektorski fotel pozostaje nadal pusty — albowiem rzeczony dyrektor przebywa właśnie na stypendium w Izraelu.
Podobnie jest na internetowych forach, także tych — a jakże — które propagują w istocie urojony w żydochazarskiej karczmie  patryjotyzm! Taka stepowa na polskiej ziemi Austeria!

Oto jeden z moich szacownych polemistów wygłosił był mowę o wyższości milczenia nad pisaniem, używając pięciu słów, co odpowiada poniekąd moim poetyckim naukom wyniesionym z lat chłopięcych. Inny wezwał mnie do używania rozumu przy czytaniu, co naturalnie pochwalam. Jeszcze inny, jakoś szczególnie wyczulony na zapachy, obwąchał mnie i stwierdził, że zalatuję Żydem, co w naturalny sposób zdegradowało moje szlachetne wysiłki skierowania uwagi na rzeczy mało opisane. Zaś jeszcze inny geniusz internetowej grafomanii dojrzał w moim pisaniu błysk geniuszu redaktora Adasia  Michnika, który zechciał się tak nikczemnie zakamuflować, że przyjął moje imię. I osobnik ten, przy okazji, sam też obwieścił tryumfalnie światu swoje umysłowe dokonania, nad którymi ja jednak się nie pochylę z wiadomych względów.

Wygląda więc na to, że — poza mną — także Belzebub zdechnie za chwilę ze wstydu, iż dochował się tak marnych polemistów. Kto więc w takiej sytuacji rozsądzi, czy byłem krwiożerczym antysemitą, czy ukrytym nikczemnie Żydem?

Ale i stąd jest wyjście, proszę Państwa!
Wedle wielu przekazów także wśród Żydów było i jest wielu antysemitów.
Ostatecznie — nie ma co się wstydzić!

sobota, 27 lipca 2013

BYTY UROJONE, CZYLI SEKS W TRUMNIE

Kroi mi się w związku z moimi po Polsce peregrynacjami  nikczemny felieton — a tu tyle codziennych obowiązków. Wprawdzie nie zamierzam pisać o tym, że mi kura właśnie zniosła jajko albo wydoiłem moją kozę, która jest we mnie bez pamięci zakochana, aliści wciąż trzeba się strzec nawet swoiście przyjaznych pomówień, a te mają długi żywot.
Tedy, tymczasem, tylko zapodaję, że taki felieton napisać zamierzam.
Chyba że ktoś napisze za mnie?
Moje łamy dla takiego Delikwenta są otwarte.

I nic! Kilka dni minęło, lato zdaje się przechodzić na drugą stronę " (a tego roku nie było lata") i jakoś nikt się do mnie nie zgłosił z gotowym tekstem napisanym naturalnie jasno i w zachwyceniu.
Ech, gdzie te czasy, gdy po wypiciu z komediopisarzem (wedle encyklopedii) Stanisławem Tymem wszystkich jego nalewek – które on w twórczym trudzie miksował – sięgnęliśmy do półtoralitrowej butelki burżuazyjnej whisky, ażeby odzyskać równowagę ducha. Wtedy to Stanisław zaczął tak gaworzyć, że on nie jest żadnym tam felietonistą tylko poważnym Autorem i on już felietonów pisać nie chce. Na co ja, chcąc mu przyjść z pomocą, wyraziłem gotowość pisania felietonów za niego. I biedny Staś zaraz orzekł z nieprzemijającym swoim wdziękiem z Małkini: No to pisz!
Tedy napisałem!
I potem była urzekająca scena, jak nasz wybitny Autor krążył ukradkiem koło swojego stołu, gdzie spoczywał mój felieton zamknięty w szarej kopercie. W końcu, upewniwszy się, że go nikt nie obserwuje, chwycił kopertę swymi rozcapierzonymi palcami i jął czytać. I mina mu tężała, aż wreszcie, upewniwszy się, że go nikt nie widzi, schował szybko kartkę do koperty. ...I nic nie rzekł!
Kiedy, po pewnym czasie, zapytałem jego żonę o Stasiowe reminiscencje po przeczytaniu zamówionego przez niego tekstu, ta orzekła: Powiedział — nieźle, jak na amatora! I to było wszystko. (Gdyby więc przyszła komuś do głowy jakaś elementarnie nikczemna wątpliwość, co do twórczego zastosowania metody zawodowego satyryka w opisie naszej ułomnej rzeczywistości – ten ma gotową w moim opisie odpowiedź!).

Tak więc wcale się nie dziwię, że spotkane w Internecie damy i inni, przemilczając twórczo moje teksty, zaliczają w zamian moje krzywe literki do chamstwa i postulują kulturę wypowiedzi. I zaraz potem jadą niezłym bluzgiem po grzbiecie jakiegoś dziennikarzyny, gdzie epitet spełnia rolę dość rozwiązłej damy do towarzystwa w tych — jakże dwuznacznych — czasach. A ja przecież, co można z pewnym wysiłkiem sprawdzić, epitetów staram się wystrzegać, bo nie lubię łazić na takich szczudłach.
Bo przecież kumoterstwo — czyli opis naszej umysłowej niewydolności, zdaje się sprzyjać tworzeniu bytów nadprzyrodzonych, gdzie wszelkie urojenia i internetowe byty mają zagwarantowaną rentę z ZUS.  Piramidalny zaś bzdet i tak będzie miał okazję, by się ukryć za kiecką.

I tu, zapewne, ktoś może orzec: No dobrze, ale gdzie jest ten seks w trumnie, bo dlatego doczytaliśmy do tego miejsca, ciekawi ?
Ano, tym odpowiadam, że są jeszcze takie niewiasty, które zasługują na miłość tylko w trumnie.  Zaiste, taka kobiecość jest nieśmiertelna.

wtorek, 4 czerwca 2013

PÓŁTORAK


Przy zakładaniu łąki dla Donnki pochyliłem się nad takim źdźbłem, nad którym zapewne mało kto  by się pochylił. Ten okrawek okazał się srebrnym półtorakiem z początku siedemnastego wieku. Wprawdzie ów król Zygmunt III Waza ma u mnie niskie notowania, ale te czterysta lat odkryte własną ręką zobowiązują.

Ale przecież już wcześniej znajdowałem w okolicy półtoraka a to ceramikę, a to fragment pradawnej piły, a to kowalskie okucie do jakiegoś narzędzia. Odłamki ceramiki są bardzo różnorodne: zwykłe skrawki glinianych garnków i naczyń o domyślnych kształtach, jak i te szkliwione i malowane ugrami, zieleniami i błękitami. Albo ta maleńka buteleczka szklana, tak finezyjnie ukształtowana, jakby pozostałość po drogocennym eliksirze. I ten ciężki kawałek spiżu, ze śladem ni to formy, ni to odlanego zdobienia. I jeszcze te kamienie i głazy, każdy ogromny, jak zaklęci rycerze z dziecięcej bajki. Wreszcie ten dąb mocarny, którego korzenie znajdowałem przy kopaniu studni...

Dęba zabrał ze sobą zaraz po wojnie sąsiad Jan, chociaż wiele było z jego unicestwieniem mitręgi z racji jego potęgi. Bo przecież nie wypadało — w ramach komasacji gruntów — zostawić dęba sąsiadowi. Podobno powstały z tego dębu cztery koła do wozu. Kiedy więc Jan przychodził do mnie na wódeczkę jeszcze w wieku 96 lat i po schodkach się gramolił, nie omieszkałem mu czynić wyrzutów. Dociągnął do setki! A ja w tym miejscu posadziłem lipę, idąc za przesłaniem Jana z Czarnolasu.

Po takim wstępie otwierają się ciężkie wrota. Bo jakże tu zdążyć z opisem, który — ponad wszystko — nie chce być beletrystyką. Wprawdzie wychowałem się także na paru powieściach, ale czy w dzisiejszych czasach poważny człowiek może pisać powieści?
Te moje brednie mają więc zaledwie taki wymiar, że nie są przepisywane  z dzieł innych autorów. Do nich każdy ma wszak wolny dostęp, a ja nie czuję w sobie takiego posłannictwa, bym musiał innych edukować ponad ich potrzebę, udając przy tym Mędrca!

Owszem, przeczytałem z mniejszym lub większym zrozumieniem tysiące książek, moja biblioteka pęka w szwach, w zakresie kilku tematów moja wiedza jest zapewne większa niż moich bliźnich; łapy też mam nie od parady: potrafię zbudować łódź żaglową albo canoe (to jest akurat wyższa szkoła jazdy), potrafię ułożyć wielkie głazy w mur cyklopi, i ściany związać drewniane w odpowiednie zaciosy. Umiem też wyciosać prawdziwego gonta i na dachu go położyć, aczkolwiek i tę wiedzę  zdobywałem wyłącznie sam w trudzie niełatwym. Umiem przywrócić do życia wiekowy fortepian i jeszcze go nastroić, chociaż w strojeniu wyszedłem nieco z wprawy, bo ta czynność wymaga codziennej praktyki. A fortepiany, mimo moich właściwości, i tak umierają.

Tak więc zostałem obdarowany przez Swarożyca nie tyle talentami, co cierpliwością i potrzebą skupienia. A i to przyznaję, że nie jest mi łatwo takim oczekiwaniom sprostać. Bowiem uchowała się jeszcze we mnie jedna cecha: a jest nią dar bezinteresownego zachwytu wobec cudu istnienia każdej Istoty! Niezależnie od różnych opcji i animozji. Dlatego jestem trudny do strawienia przez wielu. Oni są zawsze, dla większego intelektualnego komfortu, do czegoś przypisani. Sami, w pojedynkę, są tylko Nicością!

Miałem zaledwie dziesięć albo dwanaście lat, gdy zawieziono mnie w szkolnej wycieczce do Kazimierza  Dolnego. I nie te ruiny królewskiego zamku, nie te legendy o Esterce i jej królewskim kochanku — ale ta Wisła pod moimi stopami urzekła mnie ponad wszystko. I w tym urzeczeniu trwam do dzisiaj. W Wiśle oddycham.

Tedy dla Ciebie ,Wisło, w tak niepojętym trudzie, stworzyłem Bronną Górę. Ten zakątek świata,  jak sobie powiadam,  dla nie wiadomo kogo.
Może Ty, Wisło, w nim zamieszkasz?

I taki jest ten półtorak.
Zwykła, choć srebrna blaszka, która nigdy o żaden splendor ani o pamięć się nie upomni. Bo tworzywem tego świata jest piasek i kamienie. A twórca tego świata był tu tylko chyłkiem albo jakimś przypadkiem, którego prawie nikt nie zauważył. Bowiem on sam pozostaje wciąż ukryty.

Albowiem tak znikome jest nasze Istnienie.

sobota, 8 grudnia 2012

poniedziałek, 19 listopada 2012

ZAGUBIONE ZNAKI

Jakże wiele imion ma narodowo-katolicka psychoza. Bo, ostatecznie, diabeł z haczykowatym nosem od wieków w ludowej tradycji usprawiedliwia tego ludu własną umysłową gnuśność, niedołęstwo i zaniechanie. Prawda, że i nie zawsze warunki były do bezinteresownego kultywowania myśli o ziemi Ojców, ale i wykreowanie ciemiężcy jakże było łatwiejsze niźli przyznanie się, że w chwili jego aktywności byliśmy zaprani, albo sarmacki duch szczał po biesiadzie do kominka.

Tak więc i dzisiaj nie umiemy napisać dla siebie nawet definicji sporu, czyli tej przestrzeni, w której nie będziemy ulegać pomieszaniu pojęć i prawidłowo odczytamy proste znaki sąsiedzkie, bo to najbliższa naszym domostwom tradycja: owe ognie na wzgórzach i słowiańskie zaklęcia.

Może tedy jest i tak, że rozum nie jest w stanie wyprodukować niczego poza własnym zniewoleniem? Ludzie w istocie wciąż poszukują łatwego do przyswojenia zbioru prawd możliwych do uwierzenia. A tu Rzeczywistość i Nierzeczywistość zamieniają się miejscami. Bo przecież abecadło nie składa się z trzech krzykliwych literek, zdolnych co najwyżej do opisania własnej katolickiej pychy.

środa, 31 października 2012

CITROEN DS 19

Nie żyję wprawdzie aż tak długo jak kolumna dewota Zygmunta III Wazy, ale i ja byłem mimowolnym świadkiem i takich wydarzeń, które Historia mieć będzie w głębokim poważaniu:  nawet  Niemcy trzepali na Trakcie Królewskim swoje w czasie Powstania zagrabione dywany — i w ten sposób ostali się na kartach książki Jarosława Marka Rymkiewicza...

Otóż w poranek ów słoneczny, ja, wędrowiec młodociany i obdarty, na Nowym Świecie w Warszawie, miałem spotkanie z limuzyną czarnego koloru. Był to citroen ds 19.
Przechodniów przypadkowych było mało, innych limuzyn nie było żadnych. I, wyobraźcie to sobie, byłem tylko ja na przejściu dla pieszych odmalowanym starannie.

Tak więc u skraju chodnika postanowiłem zaczekać, aż ten kosmiczny pojazd zbliżający się do mnie z dostojną prędkością przejedzie, a tu widać włączone zostały za łaską Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej — czyli ówczesnej Najświętszej Panienki Zawsze Dziewicy — wszystkie amortyzatory i hydrauliczne rozwory i receptory, bo pojazd zatrzymał się z pełnym namaszczenia kołyszącym się wdziękiem tuż przed pasami, i ręka z ekskluzywnym mankietem się wychyliła z bocznego okienka w łaskawym i przyzwalającym geście.

Podniesiony dumnie do takiej godności polazłem przez jezdnię.
Za kierownicą citroena ds 19 siedział sam premier Józef Cyrankiewicz.

Jednak historia ta nie zakończyła się na Nowym Świecie.
Wiele lat póżniej moi znajomi w Paryżu zaprowadzili mnie do podziemnego garażu.
W kątku stał citroen ds 19, który chcieli mi darować za różne moje przysługi.

Nie przyjąłem tej darowizny.
A to dlatego, że citroen był niebieski!

21 września 2012

AUTOCENZURA

Andrzejowi Szubertowi

Ten postulat oświeconego dziennikarstwa i pełzającej w jego cieniu subtelnej propagandy — nader jest wciąż żywotny. Ot, tak delikatnie, dajemy taki znak, ażeby dla dobra i szczęśliwości ludu — który ma naszą troskę najprzystojniej we własnym tyłku — powściągnąć nasz trud poszukiwania  odpowiednich dla opisania sytuacji słów. (Wprawdzie ludek ten co jakiś czas gotów nam urządzić jakąś masakrę pod wizerunkiem Matki Boskiej i jej syna, koronowanego wbrew zapewne swoim intencjom na króla Polski: "Króluj nam, Chryste!"— powiada poplecznik takiego polskiego królestwa —"Zawsze i wszędzie" — odpowiada mu Iza Rostworowska, czyli Nasza Wolność Idąca Na Barykady). — Mamy się tedy wyrzec nie tylko własnej Duszy, ale i każdy ruch pióra na papierze ma być poddany szczególnym regulacjom. I to my sami mamy być własnymi nadzorcami.

Tak więc zawsze w dziejach, a szczególnie po każdym odnowicielskim przełomie, zawiązuje się towarzystwo wzajemnej adoracji, gdzie ich rzecznikiem jest jakiś przydupas, który naturalnie dla dobra polskiej literatury będzie nas kulturalnie namawiał na ratowanie naszego sumienia. I tu zacznie się niechybnie rozwodzić nad korzyściami, które naszej zniewolonej Duszy szczęśliwość niebiańską zapewnią. I, przy okazji, uchronią tubylczą ludność i wiarę naszą chrześcijańską przed unicestwieniem. Na końcu zaś takiego wystąpienia zmieści się jeszcze delikatna sugestia, że nasz upór może nam przynieść tylko o nas zapomnienie.

I tu złowrogi krzyż się ukazuje i niebieska gwiazda — bo pod takim znakiem znowu walą w piekielne kotły i bębny nasi dobroduszni, ożywieni jedynie katolickim duchem, rzekomi słowiańscy bracia.

21 kwietnia 2012

KAT W NIEBIAŃSKIEJ MASCE

Katolicy wciąż się chełpią, że stanowią ponad 95 procent ludności Polski. Liczba ta wprawdzie  niezbyt odpowiada rzeczywistości, ale sądząc po ilości przybytków katolickiej wiary i rzeszy klechów, można się zgodzić, że katolicyzm zdominował wszelkimi metodami słowiańskiego ducha. Logicznym więc będzie wniosek, że to właśnie katolicy są odpowiedzialni za doprowadzenie Polski do stanu śmierci klinicznej. Mimo to chcą pod zawołaniem: "aby Bóg czuwał nad ojczyzną" – znowu to dzieło własnego zaniechania i bezmyślności na sztandary wynieść i Ojczyznę naprawiać. Kiedy więc Polskę chce ratować taka Błękitna Armia, to przyjmuję tę zapowiedź jako znak złowieszczy.

Kiedy zaś krwiożerczy Polacy z Jedwabnego starali się w sadzawce przez dwie godziny odpiłować Ryfce głowę, nie mogli przypuszczać, że ta z takim trudem odpiłowana głowa będzie nadal żyła na polskim korpusie w patriotycznej i katolickiej wersji.

Ostatecznie nowe godło jest już gotowe – to błękitna Gwiazda Dawida wyrastająca z tkanek Polskiego Orła! (Projekt studia The League).
Taki oto znak (tymczasem dla potrzeb filmu izraelskiej artystki, reprezentującej polską sztukę na Biennale w Wenecji) podsuwa usłużnie niedobitkom Polan "sam" artycha Wilhelm Sasnal – tak jakoś od lat błękitnie niebiański wedle reguł pustynnych proroków!

Czyż więc można się dziwić, że polscy jeszcze piloci będą ćwiczyć swoje umiejętności w biblijnych przestworzach?

13 maja 2012

ŁZA BORSUKA

Szedłem dzisiaj przez Puszczę i nagle ziemia się zatrzęsła. Na wprost mnie galopował dorodny Borsuk. Stanąłem, aby nie przyprawiać go o palpitację serca związaną ze spotkania z ludzką Bestią, ale on zatrzymał się pięć metrów przede mną, wysikał się w spokoju i pognał w puszczańską gęstwinę. A tuż za nim nadbiegł drugi Borsuk, wysikał się w tym samym miejscu i pobiegł jego śladem. I w ten sposób stałem się świadkiem borsuczej namiętności.

Aliści przypomniał mi się inny Borsuk, umierający na asfalcie w mojej obecności.

Otóż nocą wyprzedził mnie jakiś wracający z dyskoteki samochód, czyli z prędkością nadmierną. I zaraz zobaczyłem w światłach reflektorów zaledwie poruszający się przedmiot na szosie. Zatrzymałem się tuż przed nim. Przede mną leżał oddychający spazmatycznie Borsuk.

Tymczasem do grona obserwatorów dołączyła także załoga tego samochodu, który Borsuka przejechał. Wszyscy byli zakłopotani. Bo Borsuk — niestety — żył jeszcze. Ale, wiadomo, koszty weterynaryjnej opieki wysokie są, i nikt nie kwapił się z pomocą. Tak więc sprawcy wypadku szybko się oddalili.

I oto pozostałem ja sam na szosie z potrzebującym pomocy Borsukiem. I zacząłem sobie także przemyśliwać nad kosztami i obowiązkami. Przecież Borsuk nie ma szans, i wystarczy, że go tutaj godnie pochowam.
I wtedy otwarło się na mnie oko Borsuka z tak bolesną wiedzą!

Borsuk — nasze sumienie!

30 marca 2012

niedziela, 28 października 2012

PRZY OGNIU W ZATOCE

Nie umieraj, mój Przyjacielu.

Ostatnie polano dogasa
Małych iskierek rój
W niebo się wzbija pół człowieka
Pół cienia...

...I każda inna, każda opuszczona
(Zatokę zakrywa jedwabna zasłona)
I każda jest szeptem...
Gdy z dzikich tych chmur
Zbliża się do mnie
Moje serce.

Dołóż choć jeszcze szczapkę brzozy
Nie chcę ich smutku.

piątek, 28 września 2012

FOTOGRAFIA W MUNDURZE LOTNICZYM

Napisałem kilka wierszy o upadłych aniołach
Zbudowałem okręt jak bajeczna Hispaniola
Z łatwością nauczyłem się gry na grzebieniu.

Służyłem w gwardyjskim pułku
Miałem czapkę jak dach zimowego kościoła
W ruletce wirowałem na blaszanym wieńcu. 

Chowałem szrapnel w usta
I dobosza białej skóry
(Odpadała od muru jak zaśliniona kalkomania).

Byłem poetą nubijskiego miasta
Które widzi siebie w przeciwległych zwierciadłach
I w rudych bezdrożach odwijało się moje ciało.

Jestem teraz sam
Bramy miasta
Otwiera niemy kinematograf.








wtorek, 18 września 2012

SWAROŻYC

Już tysiąc lat
Spoczywasz pod polskim dębem
Tak  dawno wyciętym
Na koła do wozu
Donikąd.

Ty, jako i my
Śmiertelny
Czasem
W przydrożnej kapliczce
Ocalony.

W moich wędrówkach
Po białych płótnach łąk
Nad Narwią i Wisłą
Twoja twarz tak zawsze błękitna
Pochylała się nade mną z zamkniętymi oczami.

Potem  tak niezdarnie
Tylko borsuczym pędzelkiem
Malowałem Twój duchowy portret.

Przed laty namalowałem taką twarz, która zrazu zdawała mi się autoportretem.
Jest już w Dziupli ten obrazek p.t. "SŁUCHAM..." z cyklu "Moja Ziemia".
Tedy go tutaj nie powtarzam. Ale też już dawno myślałem sobie po kryjomu,
że namalowałem twarz Swarożyca. I wreszcie jeszcze ktoś orzekł: To przecież twój Swarożyc!
Tedy o tym spotkaniu w Misterium Tworzenia jest ten wierszyk, z którego materią się mocuję.
Sława!

piątek, 18 maja 2012

sobota, 14 kwietnia 2012

WIOSNA

Ulewa – jak pierwszy zapis kredy
Ulewa snu – Czerwony Kaptur
Rynnami biegniesz przez miasto.

Jaskółka zamyka gniazdo
Skrzydełkiem klonu
Latawcem lakmusowym.

A Ty
Między chmurami płyniesz
Niby gór falbanka odbita.


 "Czekam na Ciebie" – (fragment), gwasz
malował Błotniak z Bronnej Góry

sobota, 7 kwietnia 2012

ŁZA

Oto stoisz przede mną
Moja Łzo
Tak nieobecna.

Przybierasz czasem inną postać
Która w tobie się nie mieści.

Łzo
Nie mam nawet byle jakiej chorągiewki pod ręką
Biało-czerwonej
By zwrócić na siebie twoją uwagę.

Łzo
Przytul mnie do siebie.

Albowiem ty także
Nie możesz obyć się beze mnie.

środa, 21 marca 2012

SZLAKA PO POLSKU

Od granic wszelakich Rzeczypospolitej, ścielą się przez święte słowiańskie gaje widma tejże pradawnej Rzplitej zagłady. Dęby słowiańskie zmrużdżone, bogowie pogańscy wymordowani przez chrześcijan, koła dębowe do wozów dawno zgniły — tak jak gnije nam nasza, albo czyjaś i obca — Rzeczpospolita!

Tymczasem, dzięki uchwalonej przez maszynki do głosowania w roku 2006 ustawie, (Dz. Ustaw  Nr 75,  poz. 527 zm. Dz. Ustaw z 2008 roku Nr 235 poz. 1614) można — już całkiem bezmyślnie i bezkarnie, jak Polska długa i szeroka — zasypać Ją szlaką, czyli odpadami spalania węgla, z których utylizacją jest pewien problem, bowiem zawierają toksyczne i promieniotwórcze substancje. Wprawdzie w tej samej ustawie, na wszelki wypadek, wspomina się o konieczności spełnienia kilku warunków, ale któż by zwracał uwagę na takie dodatki, bo nie tylko można na przepchnięciu takiej ustawy godnie zarobić, ale i tubylczej ludności dać powody do radości. A radość ta ma wszelkie podstawy aby się utrwalić w zbiorowym amoku, albowiem taki np. dwutlenek siarki, będący jednym z głównych składników żużlu, świetnie rozpuszcza się w wodzie, tworząc kwas siarkawy. Dlatego szczególnie jest wskazane wysypywanie szlaki na podmokłe łąki i brzegi jezior, zaś bliskość studni i innych ujęć wody pitnej, umożliwi szybsze zapełnienie powstających jak grzyby po kwaśnym deszczu cmentarzy. Ten kierunek rozwoju gospodarki narodowej, gdzie polskimi orłami biznesu jest ksiądz i grabarz, znajduje oto swoje spełnienie.

Tak więc sypiemy ten ekologiczny gnój na nasze pradawne łąki i uroczyska, na nasze podmokłe brzegi jaćwieskich jezior — ażeby własną twarz zobaczyć. Bo tylko ona, nasza rodzinna maszkara, może nam zdradzić sens naszego na Tej Ziemi istnienia.
Kiedy więc pan Gerwazy w samobójczym geście protest wznosi, to prawie wszyscy mają go za półgłówka.

Bo też trudno ustrzec się przed taką kwalifikacją, gdy nawet w polskim parku narodowym  gospodarują dwaj przemyślni polscy bogowie: wandal i imbecyl — rozgrzeszeni przed konfesjonałem!