BŁOTNE ABECADŁO

wtorek, 5 stycznia 2021

DYWAGACJE HISTERYCZNE

  Małą mam ochotę do opisywania większości aktualnie nagłaśnianych sług narodu, bowiem grzebanie się w dokonaniach umysłowych karakanów i urzędujących oprawców jest przejmującym obrazem własnej niemocy. Wyjątkiem będzie przywołany poniżej bohater, bo akurat nie zbywa mu na inteligencji i swadzie, a i własne dokonania ma daleko za sobą. Poza tym został dotkliwie naznaczony rodzinnym nieszczęściem, co z kolei bardzo ogranicza moją publicystyczną swawolę, bo jednak staram się kultywować rycerski ethos. I nigdy, przenigdy, nawet największemu wrogowi nie strzeliłbym w plecy lub pastwił się nad jego grobem. Jednakże pewną wesołość wywołało we mnie gęste tłumaczenie się pana primo voto sekretarza wojewódzkiego PZPR, primo secundo członka Biura Politycznego, premiera, posła, und so weiter Leszka Millera, jakoby skorzystał z jakichś koneksji i  wepchał się do drepczącej z niecierpliwością kolejki, gdzie dał sobie w żyłę preparatem szczepionkopodobnym.  Otóż ja nie mam do premiera Leszka Millera żadnych pretensji, że w celu ratowania swojej rodziny i reszty ludzkości rzekomo zaszczepił się przeciwko zbrodniczemu wiruskowi miksturą o niezbadanym działaniu. (Ja wprawdzie hołduję własnej hipotezie, że prace nad tą "szczepionką" trwały już długie lata).Wychodzę bowiem z założenia, że sterowana propagandą dobrotliwa  łatwowierność jest szczególnie zaraźliwa i nie znaleziono na nią jeszcze skutecznej odtrutki. Tak więc poświęcenie Leszka Millera dla ocalenia swojej rodziny i reszty ludzkości nie zostanie mu zapomniane. A to dlatego, że wiele wskazuje na takie skutki owych "wyszczepień", iż liczba idiotów na tym padole zostanie znacznie zredukowana. Co powinno przynieść dobroczynne skutki.

Na obrzeżach tedy zaraźliwej histerii trwają jednak wciąż próby zwołania pospolitego ruszenia, bo duch w narodzie tu i ówdzie jeszcze się (podobno) kołacze. I  tak  niektórzy  histeryczni  ideolodzy  wskazują heroicznymi gestami kierunek ataku. Ma to być zmasowany atak  na samorządy obozowych ciur  w  celu  przejmowania   władzy.  (Samorządowa zaś władza niezdolna jest  zwykle do obrony choćby skrawka Rzplitej, ale zdolna jest na ten przykład do tępego niszczenia polskiego krajobrazu, który bez wątpienia  nie   należy   tylko   do   lokalnej  społeczności.  I wszelkie troski o tę część pozostawionego nam dziedzictwa wywołują jedynie wzruszenie ramion i spychanie własnych zaniechań, braku wyobraźni i korupcyjnych zasad rządzenia na "nieuchronne procesy cywilizacyjne". A  apanaże  samorządowych biurokratów, to  doprawdy  niebotyczna  dla zwykłych śmiertelników skala, więc zawsze znajdą się chętni do podmianki w imię troski o ojczyznę).

I tak się turlamy przez nasze życie, wzniośli i bezmyślni. Turlamy się w objęciach medialnego proroka, który przeżuwa nas na miazgę. Powtarzamy jego gesty i miny, delektujemy się jego medialną sprawnością, kładziemy nasze łby pod topór wykreowanej rzeczywistości. To nic, że umieramy. To nic, bo Potwór, którego usiłujemy nie dostrzegać, potrzebuje strawy. Ulegamy jego potrzebie zrazu dla świętego spokoju i doraźnych korzyści, zapominając, że ze wspólników zbrodni sami stajemy się ofiarami, albowiem Bestia jest ludożercą.

Otwierają się więc wciąż nowe gabinety krzywych zwierciadeł - nazywane dla niepoznaki niezależnym dziennikarstwem - bo przecież wystarczy byle grymas i filmowy przekaz, gdyż na czytanie i myślenie mało kto ma ochotę. Publika chętnie  klaszcze lub złorzeczy po  każdej stronie, albowiem niewiele poza taką ekspresją ma do powiedzenia, a cenzorskie zapędy odżywają w nieoczekiwanych miejscach, gdzie chcą się manifestacyjnie szykować  kadry ratowniczej ekspedycji pod byle jakim lub orlim znakiem.  Tak więc niewielkie ma znaczenie, gdzie chcemy przyłączyć swój głos do narodowego upojenia, bowiem kaprysy i zalecenia czujnych politycznych "redaktorów" umotywowanych własną świętą racją,  spychają polemiczne zawiłości w otchłań spalarni śmieci, w której dyspozytorami są ludzie trywialnie upośledzeni na umyśle, bo jest to jedyne wytłumaczenie cenzorskich pasji. Tak okaleczony, ale użyteczny na każdy dziejowy zakręt patryjotyczny imperatyw trwa i rozwija się ku chwale ojczyzny, która spazmatycznie łapie powietrze.







wtorek, 22 grudnia 2020

UPIORY CODZIENNOŚCI (Opowieść wigilijna)

Dzisiaj, w godzinach wieczornych, podczas gwałtownej śnieżycy, mój zabytkowy i wciąż dopieszczany automobil został zatrzymany zaraz za światłami na suwalskim skrzyżowaniu. Policjanci, upojeni łatwym łupem, zabrali mi dokumenty, zrewidowali bagażnik i wydali nakaz dmuchnięcia w alkoholową rurkę, co nie przyniosło oczekiwanych rezultatów. Rozczarowani kazali otworzyć maskę silnika i do czegoś chcieli się przyczepić, ale nie bardzo wiedzieli do czego, więc odnaleźli geniusze akumulator i sprawdzili, czy jest on przytwierdzony do karoserii. Ponieważ taki silnik widzieli po raz pierwszy w swoim krótkim życiu, zrezygnowali ze sprawdzenia umocowania silnika, co stanowi dowód ich policyjnej niefrasobliwości, bo przecież mógłby mi taki silnik wypaść na drogę i byłby ambaras. Zajrzeli, i owszem, w opony, ale też nic w nich niestety nie znaleźli. Następnie stwierdzili, że jechali za mną już od pewnego czasu, co miało mi uzmysłowić, że wybrali sobie mnie na ofiarę ich świątecznej dobroci. A poza tym, rzekli, mam dziurę w tylnym świetle, co częściowo  zgadzało się ze stanem faktycznym, bowiem moja klaczka puszczona samopas ugryzła mi w odwecie owo światło, zdegustowana moim opiekuńczym staraniem wobec 88 - konnego zaprzęgu i tym swoim nikczemnym czynem spowodowała dziurkę wielkości 5 mm x 8 mm, zagrażającą bezpieczeństwu na drodze, a to dlatego, że przez ową dziurkę może wlać się woda i może przepalić się żarówka. Ponieważ często się zdarza przepalona żarówka w innych pojazdach, tedy mniemam, że najbardziej pospolitą przyczyną przepalenia się żarówki jest malutka dziurka towarzysząca i żarówki przepalać się nie mają innego powodu. (Naturalnie światła i kierunkowskazy funkcjonowały bez zarzutu). Następnie policyjni święci Mikołaje orzekli, że mój ukochany 38-letni oldtimer, który sam w sobie jest dziełem sztuki, jest w złym stanie technicznym, bowiem znaleźli na przednim błotniku lewym kawałek zardzewiałej blachy, co rzeczywiście miało miejsce, ale żadną miarą nie wpływało na bezpieczeństwo jazdy i konieczność wymiany błotnika, czego się ode mnie domagali, bo raziła rdza ich zmysł estetyczny. (Odważyłem się na stwierdzenie, że to raczej ich policyjny pojazd jest skazany w widocznym czasie na złom). Następnie sprawdzili trójkąt ostrzegawczy, który był i gaśnicę, na której się dokumentnie wyłożyłem. Po tych czynnościach, w przemoczonych już butach i nadal trwającej śnieżycy (policjanci siedzieli sobie wygodnie w swoim ogrzewanym samochodzie i z  tego zapewne względu silnika nie wyłączyli), usłyszałem koronny (uwaga koronaświrusek) zarzut, że wjeżdżając na pas do skrętu w lewo przed światłami nazbyt późno dałem kierunkowskaz, czym naraziłem innych użytkowników drogi na utratę życia lub kalectwo. Oprotestowałem naturalnie ten kłamliwy zarzut, co szczególnie przy bardzo ograniczonej widoczności i przykryte świeżym śniegiem oznakowanie jezdni nie dawał się żadną miarą obronić, a dowodu mojego przestępstwa nie było. Ale natchnieni dobrem swojej służby dla społeczeństwa  św.Mikołaje drogówki nie dali się zwieść moim wątpliwościom w ich spostrzegawczość i stanowczo stwierdzili, że w ramach metody na niepokornych kierowców, "płaszcza mi nie oddadzą i co nam pan zrobisz". Po takim zmiękczającym moją hardość szantażu zaproponowali tedy ugodę: Zabiorą mi dowód rejestracyjny i ja po naprawieniu dziurki 5mm x 8mm w lampie tylnej udam się do uprawnionego diagnosty, który orzeknie, że dziurki w rzeczonej lampie już nie ma. Jednakże wg. przepisów, będę musiał dowieźć mój wehikuł na lawecie wiele kilometrów do suwalskiego diagnosty, bo bez dowodu rejestracyjnego nie mam prawa wyjechać na drogę, bo ta przeznaczona jest w niedalekiej przyszłości dla czołgów, policyjnego badziewia i karetek pogotowia przystosowanych do przewożenia zwłok. Jednakże mogę się też zgodzić na uznanie swego przestępstwa. Stanęło więc na dwóch mandatach (za brak gaśnicy i rzekomą zmianę pasa ruchu bez kierunkowskazu) i moim ich przyjęciu, bo moja wiara w niezawisłe sądy i policyjne państwo prawa nawzajem się znoszą.

Tak obdarowany świątecznym prezentem i poruszony polską tradycją chrześcijańską reprezentowaną przez dwóch policyjnych małolatów, opowiedziałem im, jak to kiedyś w Niemczech rzeczony  pojazd  wskutek mojego gapiostwa nie miał już od prawie trzech miesięcy badania technicznego, które, jak wiadomo, jest tam dość rygorystycznie przestrzegane.. Pewnego więc dnia znalazłem za wycieraczką policyjny druczek, cyt.: "Przypominamy panu, że termin badania technicznego już upłynął. Prosimy w ciągu 7 dni dokonać tej operacji i zawiadomienie nas o tym telefonicznie". 

I po cóż było wzniecać Powstanie Warszawskie? 


Dopisek:

Wprawdzie jest to tylko moja hipoteza, ale dla jasności umysłu wiele zapewne kosztów i strat warto jest ponieść, albowiem tylko empirycznie możemy z pewną dozą prawdopodobieństwa ustalić, na jaką mitręgę powinniśmy być przygotowani. Otóż od samego zarania ta spontaniczna interwencja policyjnego prawodawstwa zdawała mi się wątpliwa co do intencji. Była bowiem śnieżna zawierucha, ciemności spowijały suwalskie ulice, a tu, ni stąd ni zowąd, wystrzelił z hukiem policyjny pojazd, aby porządku dopilnować. I ja, biedny szaraczek, który nie nosi za pasem pistoletu ani policyjnej pałki, a więc tych argumentów, wobec których nie mam szans na dyskusję, zostałem przyłapany na przestępczym procederze, który dla suwałczan tak wielkie szkody może uczynić. Cofnąłem się tedy w czasie, aby pojęcia jakiegoś nabyć.

Owóż zaledwie przed godziną usiłowałem kupić świąteczne śledzie na suwalskim rynku. Budka nie była oblegana, ale tu i ówdzie stali sobie jacyś zamaskowani przechodnie. Ja, który nigdy uwłaczającego mojej inteligencji knebla na ryj nie założyłem, usłyszałem nagle ryk spazmatyczny jednej damy oddalonej ode mnie o kilka metrów, bym się nie wciskał do budki bez kolejki, i mam zaraz założyć na mój ryj obowiązującą wszystkich maseczkę, która uchroni mnie przed zarażeniem się powszechnym idiotyzmem. Naturalnie zignorowałem to chrześcijańskie wezwanie do modlitwy tym bardziej, że zagrożono mi wezwaniem policji. A ta, wiadomo, mruga swoim elektronicznym okiem i wystarczył jeden kumoterski telefon, by urządzić na Błotniaka policyjne polowanie z wiadomym skutkiem, bo mój automobil jest jedynym egzemplarzem w mieście i okolicach.  Jest wprawdzie jeszcze jeden domysł, o którym powiadają uczciwi policjanci, że policyjna wierchuszka nakazuje szeregowym policjantom prześladowanie mandatowe tubylczej ludności. Bo przecież na każdego można coś znaleźć, co nie wymaga posiadania wyobraźni, jaki skutek takie zalecenia przyniosą.

A Karzeł klepie się po brzuchu z sardonicznym chichotem.


poniedziałek, 11 maja 2020

PRZESŁANIE


Natchniony przez strachliwych tubylców, zadaniowych prześmiewców i artystycznych kuglarzy - odważam się oto zacytować samego siebie w obliczu powszechnie występującej duchowej mizerii. 
Historia tego obrazka jest wprawdzie dość zajmująca, ale na obecny naszym czasom użytek zdecydowałem się na taką tylko formę powtórki z rozrywki, bo jest w niej także zawarta dychawiczność naszych tęsknot za wolnością. Bowiem kiedy tę wolność odzyskujemy - poniekąd wbrew naszym oczekiwaniom - zaraz cały pomyślunek zatrudniamy w niszczeniu tego daru.
Gdzież dzisiaj się pochowali zatwardziale bezmyślni, sprzedajni i naiwni apologeci totalitarnego Kaczystanu, którym pomyliły się nie tylko mgławice i kontynenty?  Gdzie się dzisiaj szwendają usłużni globtroterzy pochowani po różnych partyjkach? Gdzie się podziewa Jarosław Marek Rymkiewicz - upozowany na klęcznik swojego umiłowanego wybitnego wizjonera, który "jeden tylko ma plan dla Polski"?
Póki co tyle dukam i przesłanie zawarte w tym zielonym listku publikuję: melancholikom dla rozrywki, idiotom na pożytek. Kiedy ten listek spadnie - zacznie się Zagłada. ...Chociaż nie dowierzam moim profetycznym właściwościom!

piątek, 20 marca 2020

ZARAZA

Chciałem wprawdzie oszczędny tekst napisać, aliści moje zamiłowanie do zwięzłości na ciężką próbę wystawione zostało, bowiem szybko doznałem potępianego dość powszechnie stanu zaniepokojenia umysłu, który na swoje fanaberie nie nabył jeszcze odporności przez zastosowanie odpowiedniej szczepionki. Tak więc Zaraza - a więc czarna śmierć, morowe powietrze, pomór - zniewoliły moje zmysły i jako ich ofiara w tym miejscu się produkuję, które opuściłem w grzesznym braku wiary we własne literki.

Zwykle tak w Polszcze bywało, że pomór - od czasów Kazimierza Wielkiego - szedł z zadyszką od Wschodu na Zachód i dalej idąc dorzeczem Wisły pustoszył cały kraj albo w pobliżu pól bitewnych (jak po bitwie pod Beresteczkiem) wśród stosów trupów brał początek. (Pisze Ludwik Kubala 120 lat temu: "mówili jedni, że z powodu niepochowanych trupów, które tam wzdłuż drogi do Konstantynowa w liczbie 30.000 leżały"). Zaraza zagarniała wszystkich bez wyjątku: czy to żydów, arian, Kozaków lub chrześcijan. (O poganach brak historycznych doniesień, bo katolicki pomór miał szczególną troskliwość wobec Słowian). Pewne jest, że w owych czasach nie wyrwała się nieopatrznie (lub opatrznie) Zaraza z laboratorium, gdzie trwały prace nad bronią biologiczną, której zapowietrzone miazmaty wypuszczone w lud unicestwić miały znaczącą część ludzkiej populacji, a poprzez medialne manewry zarządzające strachem - wypróbować broń na którą nie ma odwetu. (Groźba ta powstrzymywała do czasu zapalczywych wojowników i agresorów przed wzajemnym unicestwieniem). 
Zaordynowano tedy manewry generalne, ażeby atak medialny na odmóżdżoną populację lemingów - które łykną każdą porcję ścierwa - znośnym uczynić. Telewizornie pokazały swoją siłę rażenia. Dlatego niektórzy trzymali się starych zasad przeciwko nisko ścielącej się zapowietrzonej mgle: okadzali chaty kadzidłami, gdzie zioła wonne, kwiaty róży i liście wierzby tliły się wyrzucając Zarazę z domostw. Na wszelki wypadek skrapiano ściany octem lub palono siarkę. Majętni szlachcice brali na przeczyszczenie. Biedakom zalecano korzeń dzięcieliny w winie, a zimą jego wyciąg w wódce. Używano też goryczki, bukwiowych liści i nagietka na kwaśno.
Mimo tych zabiegów i modłów do Najświętszej Panienki i Chrystusika królewiątka Polski umarło w Krakowie w roku 1653 - 26 tysięcy chrześcijan. Żydzi, jako naród bardziej wartościowy, wykupili się Jahwe trzema tysiącami trupaków; inni jeszcze większe podawali liczby. Umierało więc pięćdziesięciu Żydów codziennie i setka zadekretowanych katolików, którym bozia pomóc się leniła. Tak czy siak - niejako w zastępstwie braku boskiej dobrotliwej ingerencji - starano się dać odpór Zarazie w postaci "szałwii i ruty w occie winnym. Ale to wszystko nic nie pomagało. Bogaci zaczęli uciekać na wszystkie strony, w kraju pojawił się niepokój tem większy, że niezwyczajne zjawiska i niezwykły bieg natury zdawałoby się gorsze nieszczęście zapowiadać i  napełniały przerażeniem zabobonne umysły. W całej Polsze pokazały się oznaki ogólnego moru: choroby szkodliwe z petocyami, z ospą, z odrą, z dymienicami, gruzłami i karbunukułami i szkodliwe odejście od rozumu. A powietrze coraz bardziej się srożyło" - powiada Kubala. Dlatego, dla oczyszczenia powietrza, spalono w podkrakowskiej Mogile czyniących spustoszenie  kilka czarownic, które jakowyś seksualny i religijny jad ponoć roznosiły - czyniący spustoszenie w jądrach plebanów i zakonników. Ale cóż: "gospody zamknięte, cmentarze oblężone trumnami, studnie zatrute przez Rusinów i  Żydów" - cytuje Ludwik Kubala w roku 1901, co jest wskazówką wystarczającą, jak w zamierzchłych już czasach pojmowano obie nacje, co karmiło skutecznie wszelką ciemnotę.


Czyż więc dziś, zagrożeni zadekretowaną pandemią i stanem zniewolenia nie powinniśmy na chwilę wziąć na wstrzymanie i stare księgi wertować, ażeby nie stracić równowagi? Rzecz jednak w tym, że jesteśmy już od wielu pokoleń dewocyjnymi analfabetami. Byle klecha przyprawia nas z ambony o orgazm wsobnego intelektu, a państwowy nierząd pławi się w propagandowym niechlujstwie, które zmutowany po katolicku plebs wysłuchuje z religijną bojaźnią. Kościółki wprawdzie zamknięte dla tłumnych zgromadzeń, ale jakoś nie widać procesji pospólstwa na cmentarze, by tam znaleźć pod krzyżem życie wieczne. To są nasze skatoliczałe włości, to Korona polska zagrzebana w popiele.  Pozostał tu i ówdzie jakiś nawiedzony pisarczyk i kilka hufców zbrojnych w umysły rycerzy. Oni tylko zmagają się z nisko ścielącą się nad ziemią zapowietrzoną mgłą.
Kurtyna!

Za kurtyną zaś, cichcem, pod osłoną koronoświrusa i zakazem wstępu do lasów, trwa masakra drzewostanu w puszczańskiej domenie tzw. Wigierskiego Parku Narodowego, który poza swoim statutowym przywilejem jest również Przedsiębiorstwem Pozyskania Drewna, a jezioro Wigry pełni funkcję suwalskiej oczyszczalni ścieków!


Troska parkowych biuralistów po zniesieniu zakazu wstępu do Puszczy.

Pod piłę idą także najpiękniejsze okazy: świerki, sosny, brzozy, a i dąb nie jest do pogardzenia. Cały ten proceder kwitnie jako wyraz szczególnej troski o polską przyrodę zdezelowanej umysłowo od lat tzw. Rady Naukowej, wniebowziętego nielicznego chłopstwa i namaszczonego przez aktualną ferajnę dyrektorskiego figuranta, który zmuszony jest do realizacji zamówień na drewno, bo to przecież ta ręka łaskawa wyniosła go na dyrektorski stołek.
Żołnierzu Polski (jeśliś jest), ocknij się z letargu! Bo nie może być tak, że schałacony bezmyślny tubylec, skorumpowany 500+ i trzynastą emeryturką, przykroi nam Rzplitą wedle własnych potrzeb; także wtedy gdy ma zagwarantowaną liczebną większość!
Kiedy jednak podczas bezsennych nocy pochylam się nad naszą polską udręką, tylko dwa słowa chylą mi się pod pióro: SZUMY I PISKI! Przewodzi temu chórkowi utytułowany dyslektyczny szarlatan. Tubylcza zamaskowana mierzwa w odruchu wdzięczności nadstawia tyłki do, cyt: wyszczepień. Na placu apelowym walają się polskie sztandary.



Urobek parkowych biuralistów.



czwartek, 24 maja 2018

POWTÓRKA Z ROZRYWKI

"Nic z błękitu, nic z purpury, same drobne udręki" – mógłbym rzec za Iwaszkiewiczem, chociaż niezwyczajna pasja mnie nieodpowiedzialnie roznosi i jeszcze nie umiem się jej wyrzec. A przecież w pisaniu felietonu najważniejsza jest pierwsza fraza. Albowiem to na jej skrzydłach można tak wiele wskrzesić i tak wiele unicestwić.
Ot, choćby dzisiaj.
Zjechałem  (jak zwykle) z sejneńskiej drogi i skrajem Puszczy wolno jechałem. Dawniej była tu żwirowa piękna droga. Dzisiaj asfalt przykrył czas odległy. Ale przecież, w myśl doktryny Wigierskiego Parku Narodowego, asfaltowanie polnych dróg nie czyni szkody przyrodzie, a więc świadkowi lechickich zmagań o zachowanie  Słowiańszczyzny.

(OGŁOSZENIE)
Niezliczonym rzeszom moich Gości tudzież Oglądaczy i Czytaczy, przestępujących z nogi na nogę w oczekiwaniu na dalszy ciąg moich zmagań z felietonową materią, w pożałowania godnym stanie umysłu, ogłaszam wszem  wobec:
Owóż spadające z Ognistych Niebios na Rzplitą w ostatnim czasie plagi spopielają także budowane z mozołem literackie konstrukcje, bo co i rusz zmieniają się konteksty. Zdobycie tedy przez walecznych wojowników boga Jahwe polskiego lotniska napełniło moje serce nadzieją. Tym bardziej, że tak witana po wsiach i miasteczkach "najwspanialsza na świecie armia", co ogłosiło szydło z wora, wyjawiła tym samym, jakiego boga uważa za swego sojusznika. Jest to wprawdzie rewelacja od dawna znana wtajemniczonym, ale cóż to szkodzi odprawić - na (jeszcze) przez tubylczych biurokratów administrowanej polskiej ziemi -  mszę wojenną w intencji przyszłych ofiar.
Poza tym kolejna susza i wysyp trującego dla koni skrzypu niweczą moją leśmianową łąkę.
(dopisane 21 czerwca 2018)

Tuż za mną napierał na mój pojazd zdesperowany potomek dumnych niegdyś kmieci, który zwykle za nic ma przywiązanie do bezinteresownych odruchów. Nie jestem nazbyt strachliwy, więc nie uległem zmotoryzowanej przemocy i nadal godnie wolniutko jechalem  asfaltową autostradą w polskim parku narodowym, który dla takiej został stworzony fantasmagorii, aby i Zwierzęta -przeganiane przez motłoch z puszczańskiej ostoi - swój azyl w nim miały; a więc mordowanie Zwierząt - przynajmniej na tym obszarze - będzie z mocy prawa zakazane, zaś urbanizacja krajobrazu i wycinanie starodrzewu ("bo podnosi asfalt") także!
Po coż istnieje polski park narodowy, w którym lokalna biurokracja betonuje krajobraz dla rzekomej wygody nielicznych tubylców? Część odpowiedzi znalazlem na falach Radia Wnet, gdyż redaktor  przyjechał robić reportaż z okazji otwarcia Chołko Highway do samego brzegu jeziora Wigry.
Ja wprawdzie wiem, że redaktor tutaj się nie pofatygował, ale cóż mi szkodzi powoływać się na atrapę!
CDN



poniedziałek, 8 stycznia 2018

WIDOK Z MOJEGO OKNA


Arystofanes - 61, Arystoteles - 62, Władysław Ludwik Anczyc - 60, Aleksander II - 63, Aleksander Wielki - 33, Avicenna - 57, Izaak Babel - 47, Honore de Balzak - 51, Charles Baudelaire - 46, Guillaume Apollinaire (Kostrowicki) - 38, Ludwig van Beethoven - 57, Jan Brzechwa - 66, Stefan Czarniecki - 66, Witold Gombrowicz - 65, Jarosław Hasek - 40, Dante Alighieri - 56, Joseph Conrad - 67, Mikołaj Rej - 64, Jan Hus - 41, Jan Kochanowski - 54, Michaił Lermontow - 27, Adam Naruszewicz - 66, Wacław Potocki - 65, Herodot - 56, Benedykt Chmielowski - 63, Zygmunt Gloger - 65, Jack London - 40, Juliusz Słowacki - 40, Heinrich Heine - 59, Zygmunt Krasiński - 53, Andrzej Munk - 40, Aleksander Hercen - 58, Baruch Spinoza - 55, Maurycy Mochnacki - 31, Stanisław Brzozowski - 33, Mikołaj Gogol - 53, Krzysztof Kamil Baczyński - 23, Władysław Broniewski - 65, Cyceron - 63, Józef Czechowicz - 36, Kartezjusz - 54, Paul Eluard - 57, James Fenimore Cooper - 62,
Charles Dickens - 58, Albert Camus - 47, Gustaw Flaubert - 59, Hegel - 51, Karl von Clausewitz - 51, Fiodor Dostojewski - 60, Fryderyk Chopin - 39, Mikołaj I - 59, Julian Tuwim - 59, Tadeusz Miciński - 45, Ernest Hemingway - 62, Leonardo da Vinci - 67, Marcin Luter - 63, Adam Mickiewicz - 57, Niccolo Machiavelli - 58, Rainer Maria Rilke - 50, Vincent van Gogh - 37, Konstanty Ildefons Gałczyński - 48, Jan Matejko - 55, Paul Gauguin - 55, Tadzio Trocki - 56, Tadeusz Makowski - 50, Glenn Gould - 50, William Faulkner - 65, Horacy - 57, Stanisław Jerzy Lec - 57, Iwan Turgieniew - 65, Józef Szujski - 48, Robert Schumann - 46, Stanisław Orzechowski - 53, Jan Lechoń - 57, Cyprian Norwid - 62, George Orwell - 47, Marcel Proust - 51, Soren Kierkegaard - 42, Bohdan Arct - 59, Antoine de Saint-Exupery - 44, Aleksander Puszkin - 38, Lucjan Rydel - 48, Antoni Czechow - 44, Jan Stachniuk - 58, Amedeo Modigliani - 36, Stanisław Wyspiański - 37, Witkacy - 54, Bolesław Prus - 64, Artur Grottger - 30, Tadeusz Czacki - 48, Zygmunt Vogel - 62, Jan Stanisław Jabłonowski - 62, Jerzy Ossoliński - 55, Jan Karol Chodkiewicz - 61, Józef Gielniak - 40, Stanisław Grochowiak - 42, Stefan Żeromski - 61, Paweł Włodkowic - 65, Alexis de Tocqueville - 54, Jan Stanisławski - 47, Stanisław Przybyszewski - 59, Jerzy Łojek - 54,


poniedziałek, 30 października 2017

BAL WAMPIRÓW

To mój najkrótszy felieton, bowiem opisywanie ostatnich tchnień Rzplitej – konającej w medialnych fanfarach i umysłowych fuszerkach – wymaga szczególnej odporności. Nie da się z tymi głosami dyskutować o odwiecznej naprawie Rzeczypospolitej. Albowiem znikł Naród (jeśli był – przemocą    zlepiony katolicyzmem), a pojawiła się bogobojna tłuszcza – czyli (demoniczna) tzw. "większa mniejszość". Motłoch ten zamorduje wszystko, ażeby się nażreć, paciorek zmówić, kiszki wypełnić sloganami, a swoją ignorancję nakarmić w ulicznej edukacji. Motłoch ten za pięćset PLN na drugiego potomka gotów jest na wszystko. Motłoch ten wyżre i wydali ze swoich trzewi serce Rzplitej, bo rachunek sumienia nie jest przewidziany. Motłoch powiesi Psa sąsiada w stodole i oderżnie głowę żyjącego jeszcze Jelenia dla pozyskania trofeum.  Motłoch w dzień Świąt katolickiego (ukradzionego) Bożego Narodzenia, po sutej libacji, podejdzie skrycie pod wasz Dom i wystrzeli do waszej klaczki (powszechny dostęp do broni sakramentalnie wskazany). Motłoch żywemu nie przepuści, ale sam domaga się łaski dla swego zgniłego żywota. – Tedy zgiń i przepadnij (to mówię) i w proch się obróć, bo stanowisz Motłochu obrazę dla wszelkiego Aktu Stworzenia!

poniedziałek, 8 maja 2017

LIST DO ANDRZEJA SZUBERTA

Wróciłem właśnie z Suwałk i zasiadłem z dobrą wiarą przed klawiaturą. Trawa na mojej leśmianowej  łące pięknie mi rośnie, bo rozsypałem zawczasu granulat wapnia dla łąki odkwaszenia, zabronowałem i deszczownię zainstalowałem.
Donnka rży do mnie kiedy mnie widzi lub usłyszy i nie mam żadnych nowych pragnień. A nawet uważam, że zanadto do moich zasług zostałem przez Swarożyca obdarowany.
Bo przecież stworzyłem tutaj z niczego moją Małą Ojczyznę. Posadziłem wiele drzew, które urosły w siłę. Jak na ten przykład ten modrzew, kiedyś rachityczna gałązka, którego pnia już przed kilku laty nie mogłem objąć.


 Wybudowałem także Dom mocarny nie tyle dla schronienia, co dla dania świadectwa. Bo w tamtych latach zwyczajne trwanie na polskiej ziemi zdawało mi się wyzwaniem dla naszych powstańczych zrywów.
Po cóż mi więc ta obecna jakże problematyczna Ojczyzna, zasiedlona tłumem tubylczych głupków, rabusiów i skorumpowanej swołoczy, zniewolona jazgotem prostackiej propagandy, zamulona cenzorskim knutem, policyjnym paralizatorem, wekslem dłużnym, katolicką amboną i patryjotyczną egzekucją?!
Przecież nie mówimy tym samym językiem, nie pochylamy się z jednaką troską nad naszą Matką Ziemią, która jest łupiona bez opamiętania. Wśród łopotu sztandarów – gdzie polska flaga służy za tablicę ogłoszeniową – klepiemy paciorki przesuwając kulki różańca i zerkając w ekrany tabletów dla lepszej pamięci. Więc (nie zaczyna się zdania od więc) jakiś usłużny klecha poprowadzi nas znów na manifestację, barykadę lub redutę, gdzie przykładnie będziemy musieli zginąć, aby nie zawieść oczekiwań dekowników i politycznych manipulatorów. Będziemy ginąć wśród tumultu znaczeń, niezrozumiałych znaków i hołdów czynionych gipsowej figurze z zamkniętymi oczami. Bo tak nam nakazuje oszukańcza katolicka tradycja zrodzona z przemocy.

W ten oto sposób – prawie jednym tchem – napisałem prolog, który zapomnianą sztukę epistolografii wznieść miał na wyżynę publicystycznej ekspresji i rozrywki. Wszakże zaraz zauważyłem, że wsiadłem na konia nazbyt chyżego, który zwyczajnie ponieść mnie może..
Przecież nie jest jeszcze tak, że nie umiem się utrzymać w siodle nawet w szaleńczym cwale. Wprawdzie już nie jeżdżę konno bez ogłowia i siodła, ale mam w pamięci własną niegdysiejszą jeździecką sprawność. Moje zaś internetowe doświadczenia wyraźnie mi wskazują, że w ewentualnych polemikach mam najczęściej i co najwyżej do czynienia  z motłochem, który ubrany w pawie pióra zapomniał o znaczeniu zwykłej stalówki.
Albowiem Polska rozdzierana jest przez nas samych na strzępy. W porzuconych skrawkach spoczywa Jej majestat. Patryjotyczna czkawka, sprowadzona do skandowania kilku sylab, zanoszona jest na ołtarze Polski niezłomnie katolickiej. Bo tylko taka obskurancka niezłomność może być rzekomo jedyną dla polskości ostoją. Tymczasem polskość nie daje się zamknąć w jednej dusznej izbie i zakrystii. Polskość to zaledwie szansa lub możliwość skupienia na każdej Istocie. Polska zaś myśl polityczna nie może być egzegezą religijnych tekstów.

To powtórne wprowadzenie nie dotyczy naturalnie adresata tego listu, bowiem onże dawno już zgłębił istotę  polskiego zniewolenia.
Spotkaliśmy się przypadkiem w Internecie, by wykazać dość oględnie, że bez państwowych apanaży  i redaktorskich wierszówek można cokolwiek opisać zaczerniając internetowe stronice. Ale polacki ludek ma w rzyci nasze intelektualne rozważania i inne gejzery. Dlatego umyśliłem sobie akceptację internetowej kreacji umundurowanego Aleksandra Jabłonowskiego. Agnieszka Fatyga – małżonka tegoż – śpiewająca tak przejmująco pieśń o Powstaniu, zdała mi się wystarczającą rękojmią. Przcież nie wydawało mi się możliwe, by obok tak bijącego serca zakamuflował się podstępny prowodyr polskiego samounicestwienia.
Bo i to trzeba jeszcze dodać w banalnej sekwencji, że w epoce cywilizacji obrazkowej – gdzie rządzi światło, dźwięk, barwa głosu, scenograf, sekretarka planu, operator i jego szwenkier, kierownik produkcji i montażysta, a wreszcie reżyser miksujący dźwięki, teksty i obrazy – my, stukający w  uniesieniu w klawiaturę, bywamy prawie pożałowania godni. Kiedy dodamy jeszcze do kompletu specjalistę od wizerunku – jesteśmy już podani w potrawce.
Polska to nie jest 19 procent ogółu tubylców tych najbardziej skatoliczonych, a więc dla Polski wiaro(u)łomnych. Polska to jest kraj, gdzie wielu może znaleźć dla siebie schronienie. Dlatego nie trafiają mi do przekonania hasełka o czystości etnicznej. I tak bywało, że Przybysze stawali się bardziej Polakami aniżeli zasiedziali tubylcy. Polskość tedy – to rozrastające się siedlisko! Słowiańska brać, słowiański ród, słowiański dom, słowiańska pieśń i ogromniejąca swoją łzą cudowna Słowiańszczyzna!
Nie umiem więc zrozumieć tych, którzy na afisze słowiańskość wprowadzają, ale mentalnie tkwią w kruchcie. Bo przecież to Kościół katolicki przez wieki niszczył wszelkimi sposobami słowiańską Polskę. Kiedy więc dzisiaj Aleksander Jabłonowski wspiera międlarującego na parteitagach byłego klechę, którego umysłowość jest dobrą ilustracją katolickiego horroru, to wiem, że zostałem  z grupy kościółkowej adoracji wrzaskliwego nacjonalizmu wykluczony i zamknięty w rezerwacie.
Religijni psychopaci i ich posługacze objęli rządy w Rzplitej. Swarożyc mi świadkiem, że nigdy nie akceptowałem wszelkiej przemocy! A ta ogarnia nas coraz bardziej ciemną chmurą.
Nie jest więc na ten czas roztropnie czekać na ideał odpowiadający naszym wysublimowanym wyobrażeniom. Aleksander Jabłonowski to człowiek z talentem oratorskim, umiejący także słuchać. Nie wątpię również w jego patriotyzm, bo nie mam innego wyboru, jak zawierzyć własnej intuicji. Takich ludzi nie powinno się zostawiać samych sobie. Zaraz się przecież znajdą zadaniowi potakiwacze i krętacze oraz posiadacze miernego intelektu, w których naturze jest doczepianie się do nogawek.
Otóż takie właśnie zaniechanie dało błazeński (nie mylić ze Stańczykiem) efekt i odbył się, inicjujący szczególną myśl polityczną, ślub Dmowskiego z prymasem Wyszyńskim. Z tego zalegalizowanego mariażu wyrodził się na poczekaniu późny wnuk, czyli międlarujący potworek fanatycznego patryjotycznego katolicyzmu. Zmykam tedy z tej imprezy, bowiem moje modlitwy wydały owoc w postaci seminarium  w zakresie rozwiązywania kwadratury koła.

P.S. 1
Staram się rozumieć wszelkie aberracje, bo szaleństwo ludzkie niejeden ma wymiar. Jednakże chełpliwe oświadczenia Aleksandra Jabłonowskiego o niszczeniu niemieckich grobów wywołują moją odrazę dla takich działań. Dotyczy to także grobów i miejsc, upamiętniających zagładę żołnierzy Czerwonej Armii.

P.S. 2
Andrzeja Szuberta – za jego protest przeciwko nachalnej katolskiej wersji polskich dziejów, lokalizowanej w świętym dla Słowian miejscu –  prokuratorskie przydupasy klechów chcą osądzić i do klechickiej szubienicy przybić. Nie ma ta prokuratoria żadnego uważania na katolicką rzekomą dobroć i wybaczanie, choćby dla zaniechania zemsty. Tedy przygotujcie się (merytorycznie) klechy w prokuratorskich sukienkach, bo na tej mszy wy sami możecie zostać osądzeni.

P.S. 3
"Prawdziwego jedynego słusznego rodaka wyróżniają trzy cechy: uczciwość, mądrość i religijność. Szkopuł w tym, że cechy te nigdy nie występują wspólnie. Maksymalnie mogą być dwie. I tak: jeśli ktoś jest mądry i uczciwy, to nie jest religijny; jeśli jest religijny i uczciwy, to nie jest mądry; jeśli jest mądry i religijny, to nie jest uczciwy." (Z Internetu)



piątek, 21 kwietnia 2017

OBŁĘD

Występy smoleńskiej trupy pod dyrekcją Ministranta skłoniły mnie do niewdzięcznych zadań. Żmudna to praca, ale może komuś w przyszłości się przyda.
Oto wydobyte z dna perły:

"Ten samolot nie dlatego się rozbił, że uderzył w ziemię. Tylko dlatego uderzył w ziemię, że się rozbił". (Antoni Macierewicz – Ministrant)
"Pasażerowie tupolewa wsiedli do samolotu w misji pokojowej, a nie wiedzieli, że jadą na wojnę, zostaną zaatakowani".  (Tomasz Sakiewicz – Reduktor)
"Wysłaliśmy ekipę do Rosji, która pojechała po części /... / jakoś udało się pod okiem Ruskich przemycić pewną ilość części /... / ja na swym biurku w redakcji mam urządzenie do wypuszczania podwozia". (Tomasz Sakiewicz – Reduktor)
"W przypadku (badania – dopisek mój) katastrofy smoleńskiej nie trzeba być inżynierem, wystarczy być historykiem". (Maria Dłużewska – reżyser)
"Tam były dwie fazy. Jedna próba rozbicia samolotu, a kiedy to się nie udało to eksplozja". (Tomasz Sakiewicz – Reduktor)
"Mamy dowody, że tak mogło być". (Wacław Berczyński – Caracal)
"Wiem na pewno, nie to, że przypuszczam, wiem na pewno, że samolot rozpadł się w powietrzu. /.../ Podchodzę do tego zadania, do tego zaszczytu bez żadnych założeń". (Wacław Berczyński – Caracal)
"To nie była wielka wysokość i wielka prędkość, z jaką ten samolot spadł. To była wysokość drzewa. Gdyby wcześniej wiedzieli co się wydarzy, oni mogli normalnie wyskakiwać, ewentualnie połamali by sobie nogi".  (Marcin Rola – Rolada)
"Niezwykle rzadko zdarza się katastrofa lotnicza w której giną wszyscy pasażerowie. /... / Znam się na lotnictwie". (Wacław Berczyński – Caracal)
"Celem tej książki ("Zamach na prawdę") było dotarcie do ludzi, którzy chcą przekonać mnie i państwa, że taka zbutwiała brzoza zniszczyła stutonowy samolot". (Małgorzata Wassermann – prawnik, poseł PiS)
"To był zamach stanu. /... /  Ja w dzieciństwie interesowałem się lotnictwem". (Grzegorz Braun – Referent)
"Uderzenie kołami do góry jest lepiej amortyzowane, więc daje większą szansę przeżycia". (Wiesław Binienda – Ekspert NASA)
"Jak wyglądała katastrofa, wiemy w 99 procentach... (Ewa Kochanowska – Wdowa Smoleńska) ...Brakuje nam tylko materiału dowodowego, którego nie chcą nam wydać Rosjanie". (Piotr Walentynowicz – Wnuk)
"Było kilka wybuchów. Wiemy o trzech!" ( Kazimierz Nowaczyk - Proffessor)
"Niektórzy członkowie komisji usiłowali wbrew faktom forsować wersję, że po eksplozjach w lewym skrzydle (czego nikt nie kwestionuje) skrzydło uderzyło w brzozę dokładnie w tym miejscu, w którym akurat był wybuch." (Matka Boska Stankiewicz)
"Załogę wymieniono na gorszą. Prezydentowi należała się lepsza załoga." (Jarosław Kaczyński - Naczelnik)

CDN

środa, 4 stycznia 2017

ZIMA

Najpiękniejsza z wszystkich pór roku jest w Bronnej Górze Zima. Wiele jest wprawdzie  codziennej udręki i krzątaniny – bo w śniegach i mrozie trzeba się wykazać szczególną odpornością – ale i dla wszelakich zachwyceń pozostaje jeszcze sporo miejsca. Kiedy więc śnieg zasypie Bronną Górę z kretesem, kiedy wyjazd nawet na łańcuchach nie wchodzi w rachubę, kiedy w Puszczy giną wszelkie głosy i słychać tylko szelest opadających ze śniegu gałązek, wtedy przychodzi Gandalf i na swoich rogach unosi sklepienie niebieskie. I na ten znak wychodzą z kniei ufne Zwierzęta. Albowiem nastał czas, że żaden zdefektowany homo sapiens łatwo tutaj nie dotrze.


Wszakże Zima ma tak różne oblicza. Ażeby je opisać, trzeba sięgnąć do pierwszych dziecięcych zimowych doznań. Do tych banalnych saneczek, łyżew z platkami i nart drewnianych. Do tych botanicznych ogrodów w oknach, na których kwitły lodowe zioła i kwiaty. Do tych holenderskich płócien, gdzie zamarły w lodowej scenerii oszronione gałązki i drzewa, dachy zasypanych śniegiem domostw i konne sanie, które w muzealnej sali się zatrzymały, by stać się eksponatem. – Do syberyjskich mrozów, gdzie polscy zesłańcy Syberię pokochali.
Jakże więc opisywać Zimy oblicza, gdy najpiękniejsze jest w pracowni białe płótno zagruntowane cynkową bielą, na które opadają baśniowe śnieżynki i lodowe kryształki, snuje się po płótnie tuman mgielny, szaleje zamieć, lód jeziorny huczy na przedwiośniu i trwa cisza śnieżna? A więc to, co się wydarzy, ale już bez naszego udziału, albowiem zostanie namalowane.
...Przecież i biel ma różne odcienie. Oto przemyka wśród długich cieni koń siwy. Biała jest jego oszroniona grzywa, bieleją na grudzie kopyta. W śnieżny bezkres opadają wyrwane z księgi  bajek kartki, bo w nich się Zima nieodwołalnie zaczyna.  W nich znika siwy koń i my znikamy u kresu żywota – Zima zaś trwa wiecznie tajemna.




Kiedy przed czterdziestu bez mała laty, późną jesienią, wpływałem na jezioro Wigry, szron i pływające lodowe tafle zapowiadały już Zimę. Wiele lat mocowałem się z mroźną poświatą. Mieszkałem w chatce, w ktorej temperatura spadała o poranku do – 20 stopni, a nawet i więcej. Rąbałem przeręble, by się w nich zanurzyć dla mojego przetrwania. Chodziłem w ciemności – w kopnym śniegu – osiem kilometrów do leśniczego Romotowskiego, aby jakieś sosny ze zrębów na moje ściany pozyskać. Znam tedy te puszczańskie drogi, które dzisiaj leśna biurokracja – wzorem gminnych odmóżdżonych pomysłodawców, którzy mają w swoim dorobku przywiezienie wysypiska śmieci i tysięcy ton żużlu dla utwardzenia polnej drogi, która akurat przebiega brzegiem jeziora – potrafi zmasakrować tzw. równiarką, bo jest zanadto wrażliwa na iluzoryczne wstrząsy w swoich  służbowych terenowych limuzynach. 
I nie mam dokąd pójść w proteście. Dlatego z melancholią wspominam owego anonimowego kapitana Wojska Polskiego, który w Suwałkach na ulicy Kościuszki, pośród zasp i śnieżnych korytarzy, w skromnym gabinecie, rezydował podczas stanu wojennego jako komisarz. Wysłuchał mojej skargi i wydał rozkaz. Uratowane przez niego mocarne drzewa wciąż jeszcze trwają.
Żołnierzu Rzeczypospolitej – nie tylko polska Zima na Ciebie czeka!

piątek, 9 grudnia 2016

REJS W PONTONIE

Coś musi być na rzeczy z uporczywą plotką, że siły ciemności sięgnęły po kwity na Solorza i w ten subtelny sposób TVP – telewizja coraz mniej publiczna – przejmuje "Polsat", zatrudniając jego oficera frontu ideologicznego, zawodnika wprawdzie średniej klasy piórkowej w publicystycznym żargonie, ale mającego prezencję spełniającą wymagania zdezorientowanych klientów zakładu fryzjerskiego, konieczną dla budowy wizerunku  przyszłego prezydenckiego majestatu.
Nie wymienię tu – z lęku i litości dla bezmyślnych lub wtórnie zdziecinniałych apologetów – innego pomazańca, który równolegle dostąpił zaszczytu, patriotycznego jak najbardziej, sikania do ogniska direkt w klatce telewizyjnego – pro publico bono – studia, bo mi przypomniane zostanie, że oprócz uprawianego zawodowo szmalcownictwa, ciąży jeszcze na mnie zarzut mordu rytualnego na żydzie , dokonanym z chrześcijańskim miłosierdziem na bródnowskim kirkucie. I zabronione zostaną ze mną wszelkie kontakty, a nawet zbierze się Rada Mędrców, która orzeknie ostatecznie i nieodwołalnie o moim anal–fabetyzmie.
Potwierdzam tedy na wszelki wypadek wszystkie te zarzuty, co stworzy sprzyjającą atmosferę dla odpowiedniej recepcji następnych objawień, jakich raczył był doznać zmumifikowany proffessor Gross w następstwie leczniczej lewatywy. A hiena, owinięta narodowym sztandarem, będzie dalej bajać i powtarzać do znudzenia stare zwietrzałe grymasy i grypsy, którą to pantonimę uwielbia czerń już przy drugim piwie.

I właściwie nie ma co narzekać, bo wszystko przebiega zgodnie z planem, chociaż konieczne są czasami małe modyfikacje. Bowiem alter ego prezydenckiego wizerunku, łaskawie i dla dobra Ojczyzny udostępnionego publicznie, czyli jaśnie wielmożny prezes Telavizji o jakże słusznej ksywie "Ponton", spełnia także – jak przywołany na wstępie Lisek – wszelkie wymagania stawiane pisowskim kadrowym mutantom.

2007
("Remanenty")

poniedziałek, 14 listopada 2016

SKIERNIEWICE, FLORIANA 4

Właściwie wszystko zaczęło się zwyczajnie. Aczkolwiek dość wieloznacznym faktem mogło być przyjęcie mnie do Związku Polskich Artystów Plastyków na podstawie tzw. dorobku twórczego. Bo przecież nazbyt mało miałem czasu, by się oddawać artystycznym studyjnym obrzędom. Malowałem więc na krześle, bo sztaluga była poza moją ówczesną możliwością realizacji. Po przebrnięciu przez dwie artystyczne komisje, w których zasiadali uznani Artyści i profesorowie ASP (Jan Tarasin chciał mnie z miejsca wziąć do swojej pracowni, Henryk Stażewski i Edward Krasiński rekomendowali mnie na piśmie, a jeszcze i Janusz Bogucki napisał o mnie opinię), kiedy ówczesny prezes Janusz Kaczmarski wręczył mi uroczyście odpowiednią legitymację, to zaraz zabrałem się za kamienie, ażeby ślad pędzla utrwalić szczególnym werniksem. I w ten pospolity sposób poniekąd zaczęła powstawać Bronna Góra.
Ale to są tylko poboczne rysunki piórkiem ważne dlatego, że bez ich zaistnienia nie byłbym  obdarowany dwiema niewiastami, które na ulicy Floriana 4 (dawnej Floriańskiej) w Skierniewicach z dawien dawna przebywały.


                               Dwa okienka przy tablicy były izdebki Zofii oknami
                             na świat. Kraty wstawiono już dla celów muzealnych.
                           W tej właśnie izbie dożywała swoich dni pani Konstancja.

Jedna, Zofia Wąsikowa z domu Bankiewicz, wdowa po malarzu Stanisławie Wąsiku, szczególną była opowieścią. Krotochwilna i sarmacka, dwuznaczna i rubaszna, z przebiegłym chochlikiem w jednym oku gdyż drugie przesłonięte było czarną opaską. Zaś Wanda Wejher, właścicielka niewielkiej przydomowej kwiatowej szklarni, starała się trwać przy Zofii w pokornym milczeniu. (Jakie były tam stosunki własnościowe, tego w istocie nie wiem. Ale Zofia z Wandą razem w szklarni pracowały. Tak czy owak, szklarenka była jeszcze z dziewiętnastego wieku).
Mieszkały tam tedy dwie samotne niewiasty: w dwóch izbach dawnego dworku, naznaczonych jeszcze obecnością Konstancji Gładkowskiej – bo i na piecowym ozdobnym kaflu w dużej białej izbie zostało jej odbicie. Obok stało banalne czarne pianino, a o fortepianie w ogrodowej nadpalonej przybudówce jeszcze nic nie wiedziałem.


Kiedy więc przeczytałem  ogłoszenie na związkowej tablicy o oferowanej do sprzedaży sztaludze – natychmiast pojechałem.
Dworzec w Skierniewicach ostał się jak za dawnych czasów, jakby w "Lalce". Ulice też były jeszcze ciemne i ciche. Owej jesieni szedłem od dworca na chybił trafił mroczną aleją, aż potknąłem się o próg w sieni..., gdzie za ścianą trwał rozświetlony naftowymi lampami świat, który i na zewnątrz oddychał jeszcze tu i ówdzie – w pozostawionych dożywających rekwizytach.
W ciemności zapukałem w coś, co w dotyku przypominało drzwi. Ozwało się szczekanie i za chwilę między drzwiami i framugą ukazał się świetlny promyk. I stanęła Zofia opromieniona boskim światłem, i  wzięła moje zmarznięte ręce w swoje.
I zaraz wyskoczył Traf, naciskając klamkę sąsiedniej izby. Pani Zofia nie zdążyła zareagować. Skoczył ten zwirz na mnie w obronie swojej pańci i chyba w locie zmienił decyzję. (Przyszłe wypadki pokazały, że Traf traktował swoje obowiązki całkiem serio). Poczułem tylko obejmujące mnie wielkie łapy i jęzor na mojej szyi. (Ostatecznie facet był przynajmniej mojego wzrostu). Pani Zofia zupełnie oniemiała, i to tylko zdołala wykrztusić, że Traf nigdy nikogo tak nie przywitał. Traf, bo się trafił, znaleziony przez Zofię jeszcze ślepy szczeniak, umierający na żeliwnej kracie  miejskiego rynsztoku.

Kiedy dzisiaj cienkim piórkiem rysuję mój rysunek, chciałbym każdy szczegół opisać, który się błąka po mojej pamięci. Opisać, czyli darować ludziom i przedmiotom jeszcze trochę wytchnienia, jeszcze trochę czasu, który sposobi się do ich unicestwienia.


Jakie obrazy wisiały na ścianach, gdzie stał stół potężny i pradawne krzesła przy nim, lampa nad stołem z minionego wieku, głos dźwięczny Zofii i szept lękliwy Wandy w półmroku ukryty; opisać ich suknie i kapelusiki, pantofle i śniegowe kamasze, chusteczki zwiewne i chłód dotkliwy w izbach, cienie przemykające się od ulicznego parterowego okienka i ukrywające się między szafą a komodą..., nuty rozproszone pozbierać..., Marię Rycerską, siostrę Wandy, poprosić, by zechciała nadal grać na fortepianie, który od wielu lat stoi w Bronnej Górze.

Jeszcze nic się nie stało, nic się nie spełniło, świat nie jest, świat się wiecznie zaczyna – prawił mój poetycki autorytet lat chłopięcych Julian Przyboś. Cytuję te słowa prosto z głowy, czyli z niczego, bo rozwlekle trzeba by tłumaczyć ich moc, gdy skierniewicka jesienna mgła zaciera kontury i ucisza głosy.
Tak więc siedzę ja, dwudziestoletni, z Zofią przy stole, a ona wciąż mi podsuwa jakieś frykasy, konfitury i uważnie mnie obserwuje. Jako przedmiot badawczy czuję się naturalnie dość nieswojo, ale Zofia zaborczo zamierza wykorzystać moje zniewolenie i wreszcie pyta o powód mojej wizyty. Kiedy coś bąkam o sztaludze w ogłoszeniu, Zofia z szelmowskim błyskiem w oku woła: a ja od razu wiedziałam, że nie przyjechał pan do mnie bezinteresownie!
W końcu więc, rada nierada, prowadzi mnie z zapaloną świeczką przez ciemną sień do ogrodu, gdzie skrywają się kontury jakiejś budowli. Sztaluga tam ponoć jest!
 – Miałyśmy tu pożar, ale tylko połowa się spaliła.
Po omacku dreptam za Zofią i wreszcie wchodzimy do izby, gdzie są wszystkie ściany. I staję jak wryty, bo w pełgającym światełku świecy widzę – wprawdzie przykryty dywanem – ten jedyny kształt, który był przedmiotem mojego największego marzenia, gdy jako dziesięciolatek w drodze do szkoły na ulicy Borzymowskiej, wygrywałem na sztachetach opuszczonego zaczarowanego ogrodu sonaty i nokturny naszego Fryderyka. To była klawiatura mojego fortepianu!
Odrzucam dywan i unoszę klapę. Tam naprawdę są białe i czarne klawisze!
Do Zofii dopiero po dłuższej chwili dociera moje chłopięce obłąkanie.

Tamten czas powoli się dopełnia, bo ma czas.  Tam tak niewiele zostało zapisane, albowiem kres życia zdawał się nazbyt odległy, by poświęcać mu swoją uwagę. Dzisiaj, w tym zgiełku i chaosie, powracam do moich skierniewickich szeptów i szelestów codzienności, do Zofii i Wandy witających mnie w szczególnym niewieścim uniesieniu. Powracam tam, skąd w istocie przybyłem.

                                                                                



poniedziałek, 10 października 2016

REDUTA ORDONA

Motto:
"Czy Matka Boska Częstochowska obroni Warszawę ?"
(Generał Jan Krukowiecki do generała Jana Skrzyneckiego).
"Obiecuję świetny grób wykopać dla armii polskiej."
(Generał Jan Skrzynecki do rządu obejmując dowództwo).

Oto nasza Reduta, na której wytrwamy po kres naszego żywota. Oto nasza Ojczyzna, nasz wzór i natchnienie, niezbywalna lechicka tożsamość: ta nasza prochowa beczka polskiego patriotyzmu.   

Reduta nr 54 broniona była przez około 300 żołnierzy pod dowództwem majora Ignacego Dobrzelewskiego, (którego w potocznej legendzie skutecznie wyrugował porucznik Julian Ordon). Po zajęciu opuszczonej (nieobsadzonej) przez Polaków reduty nr 55 żołnierze carscy przypuścili szturm na jeszcze bronioną redutę nr 54. Obrona ta dość szybko zamarła (ponoć po  15 minutach)! i Rosjanie wypełnili redutę. Wtedy miał nastąpić wybuch zgromadzonych prochów i masakra żołnierzy. Jacy to byli żołnierze, nie sposób rozsądzić.  Historiografia doliczyła się trupów (Rosjan i Polaków) około dwustu.
Ale i w zakresie tego podstawowego faktu nie ma zgodności. Wybuch miał bowiem nastąpić zanim rosyjscy żołnierze zajęli redutę, więc ofiarami musieli być tylko Polacy. Zaś sprawców było trzech: Nakrot i Nowosielski albo przypadkowy pocisk.
I tu się zaczyna literacka patriotyczna fikcja, której autorem stał się wieszcz nasz narodowy Adam Mickiewicz.
(W mojej przepastnej bibliotece Powstanie Listopadowe traktowane jest z szczególną rewerencją. I aczkolwiek felieton ten pomyślany był z góry zamierzoną tezą, na wszelki wypadek sięgnąłem do dawnych lektur. I tu po raz wtóry natknąłem się na hipotezy, bajania, zmyślenia i sprzeczne relacje. Jakże więc przesiać  przez felietonowe sito ten szczęk oręża w listopadowy zimny wieczór, ten gwar i ognie... i płomyki w oknach? Jakże Ich Wszystkich przywrócić do życia, ażeby nam sami wszystko opowiedzieli?)

CDN

niedziela, 4 września 2016

BŁOTNE ABECADŁO POD PRĘGIERZEM

Ledwie posypię sobie co jakiś czas mój dziób popiołem, a już napierające nowe okoliczności przyrody domagają się ode mnie kolejnej ekspiacji za krzywdy wyrządzone moim bliźnim bliższym i dalszym, co moja pojednawcza natura stara się traktować z wyrozumiałością i należytą powagą, tym bardziej, że nie są mi one na zawsze przydane.
Oto odezwał się do mnie w prywatnym liście jeden z bohaterów "BŁOTNEGO ABECADŁA", bynajmniej nie uszczęśliwiony zaliczeniem go w ten sposób do pocztu nieśmiertelnych. Całość jego wypowiedzi podana została w impertynenckm i obrażonym tonie, co staram się zrozumieć, bo własny wizerunek zdaje się wielu jak szkaplerzyk wyświęcony wodą kolońską.
Szczególne oburzenie – poprzez nazwanie mojej niewinnej laurki DONOSEM – wywołało przywołanie dla narodowej polskiej pamięci pisma "Fołks Sztyme", gdzie mój bohater przed laty debiutował. Miejsce tego debiutu nigdy nie wywoływało we mnie jakiejś niezdrowej sensacji, bo przecież obowiązywała wówczas doktryna nieobecnośći Żydów w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i mówiło się zupełnie poważnie, że ocalałych z "Holocaustu" jest co najwyżej dwa tysiące. Doprawdy zawiodła mnie jednak moja wyobraźnia dotkliwie, bo nie mogłem się spodziewać, że w przyszłości  miejsce jego literackiej inicjacji będzie dla autora tak wstydliwym grzechem. Aliści śmiercionośnym już w obecnej rzeczywistości zarzutem było podsumowanie, że świadczy to o mojej "obsesji zaglądania wszystkim w spodnie". Co szczególnie ciekawe, obruszył się ów literacki adept na moje prześmiewcze nieco zdziwienie, że nie wzbogaca także literatury w języku jidysz, do czego ma absolutne prawo i powody, bo i obrzezanie się w wieku dojrzałym przy pomocy żyletki, jest świadectwem szczególnej determinacji. ...Ja tego języka nie znam – powiada ze złością i żałością, które mają mnie moralnie unicestwić i przy okazji być dowodem na nikczemność moich hipotez, bo przecież na Grochowie żaden tubylec udający Żyda albo Polaka nigdy nie istniał, co i pisarzowi Stasiukowi może się wydawać artystyczną halucynacją.
Jednakże w mojej filipce pełnił ten zwrot rolę figury retorycznej, której znaczenie dla ludzi powściągliwych powinno być dość wyraziste. Wychodzi więc na to, że – wbrew moim intencjom – sam mój literacki bohater stara się ukryć, czyli znieważyć swoich przodków, którzy przyjęli niegdyś talmudyczne wartości nie tylko dla politycznych korzyści, ale i dla duchowej krzepkości swojego ludu, który zaraz na wstępie zaczął się przepoczwarzać w Naród Wybrany dla przeprowadzenia czystki wśród słowiańskiej sierści, co rzeczywistym Żydom niekoniecznie było po ich myśli.
W tym momencie wstępujemy na grunt grząski i pełen zdradliwych zasadzek, w otchłań opadających w nią Istnień, bo przecież nie muszę szukać daleko.
Moja babcia, Julia Gagucka, była wszak z domu Kroman. Mój pradziad pełnił służbę w Kurlandii jako geodeta, also wykształcony był. Mam więc jakieś poszlaki, ale i tę pewność, że nad Wisłą się urodziłem i tutaj zmieszam się z polskimi łąkami, brzezinami, piaskami i gliną, z której ktoś może kiedyś ulepi zwyczajny garnek.
Tak więc łatwo można wskazać wielu przybyszów, którzy Polskę miłowali jako swoją Ojczyznę. I odwrotnie, wielu zasiedziałych tubylców traktuje Polską Ziemię jak postaw sukna z pańskiego stołu. Ile wyrwiemy, to nasze! Ile się nażremy i napijemy, to nasze! A po nas zmarnowane lasy, wyasfaltowane krajobrazy, wybita Zwierzyna i wyschnięte jeziora – jak umierające w takt katolskich modlitewnych oberków i skrzypiących koparek pobliskiej żwirowni jezioro Wigry: oczyszczalnia ścieków dla Suwałk!
Tak, Furia we mnie mieszka. Ja już nie mogę słuchać tych płaczliwych skarg i zdziwień: znowu nas ktoś gdzieś skrzywdził lub omamił! – To czemu śpimy gdy wartę trzeba trzymać, czemu puszczamy bąki na postrach gdy nieprzyjaciel naciera? Czemu mowy polskiej nie hołubimy, tylko paciorki klepiemy na  Rzplitej zatratę?  Czemu jesteśmy tak straszliwie byle jacy, a ja tonę w dygresjach?
Taki na ten przykład poeta Jacek Bierezin wstanie jutro z grobu i da mi po mordzie, bo swego czasu napisałem o jego dość znacznym nosie, który był w znacznych łaskach u zagubionych na paryskim bruku niewiast, które tym nosem doprowadzał do romantycznego szału, co na Wyspie św. Ludwika przybierało już bardziej godną patriotycznego obowiązku postać, chociaż właściciel polskiej księgarni obok historycznej kamienicy księcia Adama Jerzego Czartoryskiego dał się omotać nie tylko żydowskiej hucpie i stracił wiarę. Także więc i tu mogę być obwiniony przez wytrwałych tropicieli mojego (zwierzęcego) antysemityzmu, albowiem redaktor Dziki Kamień – bywszy paryski rezydent, tak żałośnie i bez umiaru fetowany w medialnej szczujni – splunie na mnie z parchatym wdziękiem i znajdzie tamże jedyne wytłumaczenie mojej z nim polemiki, dopełniając w ten sposób istnienie paranoi jako terminu literackiego, w którym każda brednia zmieści się wielokrotnie – ku ogólnemu zaćmieniu umysłów.

I tak znowu minęło dni mało wiele, i ten mój stary tekst  – wydobyty z zakamarków Internetu – zaczyna mną rządzić.  Tu coś dopiszę, tu coś skreślę, owam coś zagmatwam. I tak łażę jak ostatnia niedojda.
Bo może zanadto się trudzę – niepomny na wrzaski i chichoty? Niepomny na nasze doczesne połajanki, litanie i złowrogie pomruki?
Łatwo mi można zarzucić, że odbiegam od tematu i grzęznę w kontekstach. Jednakże nie chciałbym spoczywać na laurach nawiedzonego referenta. Bo przecież nikogo nie można wyręczyć w trudzie samodzielnych poszukiwań.
W "BŁOTNYM ABECADLE" pomieszczonych jest 248 tekstów. Razem z 85 felietonami, 38 tekstami poezyi samozwańczych i 31 obrazami – to już dość znaczna księga. Trzeba zrobić korektę i liczyć na zapomnienie. A jak się da, to jeszcze to i owo wydukać...
Mam jednak taką przykrą refleksję, że dałem się nabić w butelkę.

niedziela, 14 sierpnia 2016

PRZYPADKI ALEKSANDRA JABŁONOWSKIEGO

Rozpoczynam ten felieton dość akrobatycznie, albowiem dopiero w trakcie pisania odnaleźć się może "jakiś"(słowo mistyczne, międlenia zaczyn) zamysł, który w obecnym uniesieniu stalówki nie jest jeszcze gotów. A to dlatego, że nie wiadomo, jaka to kolejna efemeryda nawiedziła pola bitewne Rzeczypospolitej, znajdującej się w stanie wskazującym na zatratę po wieczne czasy.
Oto pojawił się Jegomość w uniformie przypominającym żołnierski mundur. Mówi składnie i to wszystko, co kilku internetowych autorów od lat pisało. Żadna to więc jest nowość ani objawienie, ale podane w takiej scenografii – zaraz zyskało tłumy wielbicieli.
Nie należy się jednak dziwić, bo od dawna jest wiadome, że czytanie udręką jest niemiłosierną. A tubylczy ludek, jakoś tak, przyswaja tylko to, co zza węgła usłyszy albo na teatralnej scenie, bo komedianci są zawsze na tapecie, czyli podziw i uwagę publiczności mają murowane.
Aliści na Jabłonowskiego spadła taka ilość zbuków i zgniłych pomidorów, taka palba rac i racji świętych, czyli ostatecznych, że i ja, trochę zdezorientowany, postanowiłem po napisaniu tego wstępu poczekać na jakąś Muzę, która do piersi mnie przytuli i światłości dotknąć pozwoli.
Trzeciego dnia wyczekiwanego, pojawiła się Muza prosto z kałamarza Jana Parandowskiego – i w te słowy do mnie przemówiła: ty, Błotniak, nie czekaj na natchnienie, ty się weź do pracy! – Po czym połechtała moje pióra nieodpowiedzialnie i ukryła się w obłoku, wiszącym akurat dość nisko nad Bronną Górą.
Popadłem w zrozumiałą konfuzję!
Na początek przestałem wierzyć swojemu rozumowi, którego resztki doskwierają mi dotkliwie. Muza ma przecież boskie plenipotencje!
Zacząłem tedy, w potach archiwisty, szukać różnych fiszek: donosów, plotek, kalumni, zazdrosnych szeptanek, załganych prawd chwilowych, opinii stręczycielskich, histerycznych wiatrów mózgowych!
I oto natrafiłem na taki Cud, któremu na imię Agnieszka Fatyga. To jej sercem zawładnął niegdyś nasz mityczny Aleksander Jabłonowski, którego jakieś umysłowe łachmany nazywają dzisiaj przebierańcem! Wprawdzie niewiasty mają czasem szokujące upodobania, ale trudno mi przystać – słuchając takiego śpiewania – na tak skrajną hipotezę mimikry. (Aczkolwiek w definicji tego pojęcia tkwić może strategiczna wskazówka)!


Kiedy więc do tak wyszukanego aplauzu dodam kawaleryjskie upodobania Aleksandra Jabłonowskiego – a konie miłuję od czasów mojego konika bujanego – (co za nieznośna poetyczność) – to wydawać się może, że mój bohater ma mnie prawie za cholewą, czyli w strefie bezpośredniego zgniotu. Aliści moja wredna natura trudna jest do okiełznania, bo mając wędzidło w pysku poniosę i  tak tylko tam, gdzie zechcę! Bez wędzidła, czyli bez wszelakiej przemocy, mogę nawet wygłosić kazanie na katolickiej ambonie! I biada wiernym!
I tu mam Aleksandra Jabłonowskiego chwilowo na głowni mojego pióra, bo ostrze dokonuje zwykle rozstrzygnięć ostatecznych, a tym z założenia jestem przeciwny. Kiedy jednak widzę panienki w pantofelkach z gołymi nogami dosiadające kawaleryjskie owe rumaki, to wstyd nie pozwala mi więcej wykrztusić ponad to, że nie może być większej obrazy dla kawaleryjskiego konia! Bowiem sztuki jeździeckiej uczył mnie kawalerzysta pułkownik Falewicz. (Ta marginalna uwaga po to jest, aby wykazać, że posługiwanie się dziurawą hipotezą świadectwem jest moich rozterek).
Tak więc prawdziwe mam utrapienie z tym Jabłonowskim: co z wieczora napiszę, to zaraz o poranku w panice skreślę. Niebawem więc osiągnę taki stan publicystycznej profesji, że postawiona rankiem kropka, po całym dniu rozmyślań, zamieni się wieczorem w dwukropek. Pożałowania godny jest żywot publicysty, a szczególnie nad Wisłą. (Wprawdzie nikt mi nie płaci wierszówki, nad czym naturalnie boleję, ale mam z tego taką korzyść, że wciąż ktoś mnie może kupić. I na takich marzeniach upływa mi mój dzień powszedni).
Jednakże zaczęło mi się zdawać, że także moje – bezinteresowne z konieczności – publicystyczne zabiegi zaczynają przynosić owoce. To przecież nie obraża moich pisarskich ambicji – których nie mam – gdy ktoś ściąga z moich tekstów. Bo, na Swarożyca, przecież tylko Rzeczypospolitej służę. Więc jak Stanisław Michalkiewicz po tygodniu cytuje w swoim felietonie moje literki jako swoje odkrycie, to mi pióra rosną; jak robi swoistą karierę w Internecie moje określenie obecnego państwa jeszcze polskiego jako Bantustanu, to się wbijam w zbroję. Przecież za służbę nie ma zapłaty, nie ma nagród i awansów... Bo takie być powinny polskie obowiązki!
A tymczasem widzę festiwal małostkowych nadętych politycznych parweniuszy. Niczym oni się nie różnią od swoich pozornych przeciwników. Także grupy rekonstrukcji historycznych, które powstały dla szlachetnych celów, wydały taki pomiot, jak ten lubelski zombi, witający w kawaleryjskim polskim mundurze hameryckie wojska! Uporczywie tedy słyszę w tyle głowy pieśń o Powstaniu, kiedy serce zdaje się zamierać w tej pieśni – gdy nie sposób oddzielić łkania od rozumu – jak baśni o Rzeczypospolitej od nędznych przypowieści. A takimi są odwołania do katolickich obrzędów i watykańskiego zaborcy, tego najbardziej podstępnego i bezwzględnego zabójcy słowiańskiego Ducha. Polska to wciąż kraj na białym płótnie, uwolniony od obcej dominacji i administracyjnej przemocy – jednaki dla Ludzkich Stworzeń, Bogów, Grobów, Roślin i Zwierząt!

Jeśli Polska jest niewiastą, to najlepiej zobaczymy tę alegorię na obrazie Podkowińskiego. Ale ta białogłowa nie udawała sanitariuszki czy zwykłego podjezdka w upamiętnianiu powstańczego całopalenia, lecz dosiadała w erotycznej pozie karego rumaka z domyślną potencją. I tam zapewne mogłaby spoczywać – bez porad pruderyjnych katolickich ciot – nasza zagubiona pamięć rycerska. I żaden tam katolski biskupek i kardynałek, żaden wykształcony na katolskim uniwersytecie pleciuch brylujący w Internecie, żaden znawca masonerii poświęcony w dzieciństwie Matce Bożej, żaden międlarujący osobnik fanatyzujący bezwolnych katoli – nie miał do niej przystępu!
Kiedy więc Aleksander Jabłonowski mówi z wdziękiem i profesją o rzeczach dawno opisanych w pokorze, to przecież nie mogę mieć do niego pretensji. (Myśli i idee są także towarem i nie jest bez znaczenia w tym zamęcie, w jakim opakowaniu są sprzedawane i w jakiej intencji. A że są to czasem kalekie skróty, sami sobie jesteśmy winni, bo trudno podawać do każdego zdania przypisy). Każdy z nas składa się z molekuł poprzednich wieków i pobitych kryształków czasu, w którym dokonuje swego żywota. Jednak nie wypada nie wspomnieć – skoro każda polityczna opcja włazi nieprzystojnie  proboszczom (publicznie i skrycie) pod sutannę – że Kościół katolicki, jako agenda państwa watykańskiego, był przeciwny reaktywowaniu Rzeczypospolitej po 123 latach!
Na tym wyzwaniu poprzestanę, albowiem opisywanie katolickich nikczemności wobec Rzplitej przekracza ramy felietonowej poetyki. Jakiż to jest jednak ten dzisiejszy patriotycznie kościółkowy ethos, jeśli aktor Ryszard Filipski – w podzięce za "Hubala" – obdarza Bohdana Porębę obelgą? Na nic się także zdają pogardliwe miny kleptanego historyka z encyklopedycznym zacięciem, któremu w sukurs zdąża wybiórcza amnezja fetowanego publicysty – pieszczocha wszelkich prawicowych odchyłek. Oni zwyczajnie nie są w stanie znieść tej internetowej rzeczywistości, w której bez totumfackich min będą mogli nadal istnieć! Tedy robią grymasy i się nadymają patriotycznie skompilowaną katolicką trawą, którą każdy tubylec mógłby łatwo skosić, gdyby miał odpowiednie narzędzie. Ćmają tedy i ćkają, wymyślonego trupa fetują jako króla Polski – coby pospólstwo utrzymać w stanie katolickiej hipnozy Rzplitej na pohybel.
Polska jest niewolona przez tubylcze zmory. Ale to w Jej ciele, wciąż pokątnie i ukradkiem, bije pogańskie słowiańskie serce.

(dopisane 3 października 2016)
Pan Aleksander Jabłonowski swoją osobą przysporzył popularności – poczętej w kruchcie – medialnej katolskiej bojówce, która z emfazą nazywa siebie "Sumieniem Narodu". Bojówka ta, już na samym wstępie, korzysta ze sprawdzonych wzorców zamordyzmu, chociaż stara się tę swoją właściwość maskować patriotyczną troską, zza której i tak prześwieca gęba prałata. Taką troskę o swego żywiciela przejawiają zwykle czerwie,  które jeszcze na trupie Magna Polonia będą się żywić.  Jeśli ktoś ma nadzieję na kompromis dla dobra Rzeczypospolitej z przedstawicielami watykańskiego okupanta, to znaczy, że żyje w świecie ułudy.



sobota, 30 lipca 2016

JESZCZE RAZ ELENA


Nie mogłem pisać, bo łażące wciąż za mną internetowe Robaki i Pająki zniszczyły mój komputer w ten sposób, że pisane literki zamieniały się w dadaistyczne szaleństwo. Tedy na nowe otwarcie posłuchajmy Eleny raz jeszcze... i jeszcze raz.

https://www.youtube.com/watch?v=XsL_LFcXdQw

I postarajmy się pamiętać, że za ginącym nadmiernie Ruskim Sołdatem – szły dywizje NKWD!
Kiedy więc dzisiaj, jakże ułomni, unicestwiamy pamięć o zwykłym żołnierzu, bo na jego piersi miała się ogrzewać zbrodnia i czerwona gwiazda; kiedy ktoś za nas wypowiada nie nasze myśli, bo naszych nam zabrakło; kiedy nad Rzplitą nadciągają ciemne chmury – połóżmy głowy we własne ramiona, bo nikt inny nad nami się nie pochyli.
(Tak więc bez żadnych w istocie  przeszkód toczy nas i zżera obłąkana rusofobia, sowicie karmiona przez  bulgocący tygiel warzonej wedle tej samej receptury strawy.) Ująłem to zdanie w nawias, bo może zanadto dolałem esencji.


poniedziałek, 22 lutego 2016

RZEŹ WIERZĄTEK

Jurgielnicy z PISIS zaordynowali ku chwale Rzeczypospolitej rzeź Dzików. Wielka to zabawa dla pozujących na myśliwych z piórkiem i trąbką w tyłku obywateli. Ponoć najwięcej tych osobników ukrywa się w Sejmie i przyległych Pisuarach. Tak więc 40 tysięcy Dzików przeznaczono na tzw. odstrzał sanitarny. Można będzie teraz mordować o każdej porze roku. Lud już się cieszy, a nawet w polskich parkach narodowych zacierają rączki. Będzie okazja do wypitki i konsumowania dziczyzny. Sarnina też nie będzie do pogardzenia. A przy okazji lud nabierze pewności, kto jest jego dobroczyńcą, bo i Szyszki, Nadszyszki i Podszyszki są z tego samego zgromadzenia, które za nic ma Orły nad jeziorem, Czaplę siwą w trzcinach, meandry bagiennej rzeki, Zająca śpiącego ufnie przy naszym domostwie, Borsuka szukającego u nas pomocy, Wiewiórki wspinającej się na nasze plecy, Sikorek wędrujących z nami po Puszczy, Klępy z ciekawskim małym Łosiem, Bobra na brzegu podczas porannej toalety, wreszcie Sarny pasącej się obok naszej Klaczki i hukającego Koziołka.

                                                                rysowała Błotniaczka
   

Puszczańskie dźwięki zamierają gdy słyszę huk wystrzałów: – w kniei, gdzieś na bezlitosnym zapadlisku, umiera w osamotnieniu Zwierzęca Istota, której w naszym modlitewnym do Jahwe amoku odmówiliśmy prawa do empatii. Wszak tej właśnie oszukańczej formule bezmyślnie od stuleci ulegamy: paciorek, kolana zgięte w konfesjonale, poddańczy pokłon wobec naszego duchowego unicestwienia w profesji zabijania  Braci Mniejszych.
Czy to więc będzie tatrzański Niedźwiadek ukamieniowany w potoku przez natchnionych myśliwską pasją "turystów" w różańcowej paplaninie, czy to Jeleń w śmiertelnych zapasach patrzący na swoich morderców z ogromniejącą łzą w swoim zamierającym oku, czy to Pies błąkający się po Puszczy, któremu kula ze strzelby "strażnika przyrody" wyrwie wnętrzności – aby można było w zgodzie z harmonogramem zabić owego Jelenia – to wszystko zakrywa puszczańskie milczenie i drżenie gałązek. W gabinetowych statystykach krew nie znajduje dla siebie miejsca w żadnym raporcie...
Za to na poczesnym miejscu trwa i rozwija się pod totalniackim przewodnictwem samo(nie)rządu koncept obłąkanej urbanizacji Wigierskiego Parku Narodowego. W tym dziele nieodwracalnego zniszczenia tubylczy okupant ma niebywałe zasługi !

I jeszcze, jakby takich nieszczęść było mało, jurgielnicy zabrali się ochoczo za dorzynanie dwóch charyzmatycznych stadnin, hodujących konie arabskie od czasów niepamiętnych. Nie piszę bez emocji, albowiem jestem ze stadniną w Janowie Podlaskim rodzinnie powiązany: – ojciec mojej Donnki, Esculap, urodził się właśnie w janowskiej stadninie, w roku 1999. Wprawdzie Marek Trela wtedy jeszcze dyrektorem nie był, ale miał już namaszczenie ikony hodowli polskiego araba, Andrzeja Krzyształowicza. Bo, jak to znającym się na rzeczy wiadomo, koń arabski został stworzony właśnie na polskich ziemiach. Ale przecież tym jurgielnickim dyletantom nic nie mówi np. :Wołoszka, Sławuta, Ilderim... Oni, w ramach swej decyzyjnej libacji, są zaledwie zdolni do produkcji kalumni i nieporadnych kłamstw. Korzystają przy tym – jakżeby nie – z usług dziennikarskiej swołoczy, która dla oślepienia tubylczej nacji wkłada patriotyczny kamuflaż.

 Gorze mi!


czwartek, 11 lutego 2016

ROŃDO ALLA POLACCA

Wiele wskazuje na taki rozwój wydarzeń, w których Polska znajduje się w schyłkowym okresie swoich dziejów, albowiem kończy się właśnie projekt polskiego państwa narodowego. I nic tu nie pomogą płacze, modlitwy, lamenty, strzelnice, kaplice, ołtarze i procesje – gdy rozumu w pospolitej codzienności nie staje. Na nic się tedy w odruchu stadnym zdaje odwołanie do staropolskich konwencji, gdy prezydencki samolot w smoleńskiej mgle może kilka wieków polskiej Historii obrócić w farsę. Przydatny jest także w tym procesie duński inżynier – nominowany błyskawicznie na eksperta od badania wypadków lotniczych – którego Matka Boska Stankiewicz połechtała w odpowiednim miejscu, by pozyskać katolicką mózgową spermę dla odżywienia polskiego jakoby patriotyzmu. Bo nie ulega przecież (mimo braku dowodów) żadnej wątpliwości, że ponury Putin zamordował polskiego prezydenta i wypił jego krew na miejscu katastrofy. Okazało się wszakże, że legion odpornych na takie fantasmagorie także ma coś do powiedzenia i tu sztandarowym przebiegłym przykładem zdaje się dotychczasowy niewierny współpracownik Gapola Leszek Misiak, prekursor hipotezy wybuchu w smoleńskim zamachu, którego śledcze dziennikarskie preferencje były starannie eksploatowane w kolejnych odsłonach spisku przeciwko prezydentowi, który izraelską rację stanu kojarzył filuternie z piastowską racją. Owóż Autor ten wydał po kilku latach przemilczaną przez to środowisko książkę, w której miał czelność opisać polityczne manewry "Gazety Polskiej" wokół tej tragedii. I zaraz pogrążył się w niebyt za sprawą swojej niesubordynacji. Jak więc widać, polskie kołtuństwo wciąż ma zdolność do zamiany masek. Dlatego wyrugowało ze swojej świadomości chociażby tak kaleki fakt, że to nikt inny, jak adoptowany przez Lecha Kaczyńskiego na swoje nieszczęście minister Szczygło, oddalił ze wstrętem rosyjską propozycję, by na pokładzie Tu-154 w locie do Smoleńska znajdował się rosyjski nawigator.
Wszelako, gdyby tak zewidencjonować kolejne "zamachowe" hipotezy wytworzone przez radosną twórczość naukowych autorytetów, to mielibyśmy przykładowy kogel mogel, gdzie brak dowodu powoduje tworzenie jego rozlicznych kopii, mających już pieczęć eksperckiego bezinteresownego myślenia. A przecież zespół Macieja Laska niczego na nowo nie badał. On tylko starał się na ludzki język przełożyć 1500 stron dokumentów, których przykładowy katolicki zwolennik zamachu na prezydencki samolot z wiadomych względów nie pojmuje. Tedy jak najbardziej może podlegać ocenie, czy owo gremium robiło to mniej czy bardziej udolnie. Jednakże takie działanie, także dla dobra narodowej zgody – które przecież nie wyklucza  odmiennych interpretacji – funkcyjna dziennikarka PISIS Anita Gargas nazwała propagandą, co dotkliwie deprecjonuje nie tylko rzetelne wnioski, ale i fakty. A proffessor Rońda, dla podtrzymania tej tezy, wyciągał z kapelusza swoje kolejne cyrkowe zwierzęta.
Czyż więc ktokolwiek może się dziwić, że śmierć i cierpienia zadawane przez ludzi Zwierzętom nie znajdują mojej aprobaty?

P.S.
Pan dr Wacław Berczyński zza Wielkiej Wody – (...jeden z głównych inżynierów Boeinga, jeden z tych wielu Polaków, którzy przez lata budowali potęgę Stanów Zjednoczonych. – pos. Antoni Macierewicz) – mianowany właśnie na szefa nowej komisji mającej wreszcie obiektywnie i w zgodzie z naukowymi zasadami wyjaśnić zagubionym Polanom mechanizm powietrznej smoleńskiej katastrofy, wyjawił z naukową pewnością, że: "niezwykle rzadko zdarza się katastrofa lotnicza, w której giną wszyscy pasażerowie". Właśnie dlatego tak przejmująca jest teza, że Rosjanie dobili strzałem w potylicę trzech ocalałych pasażerów. I kiwa się pan Berczyński w takt zawiłej pracy swoich mózgowych zwojów, bo synagoga to jednak jest marne miejsce do przeprowadzenia badań naukowych. W tym kontekście pochopną mi się zdaje zgoda Rosjan na taką formułę badania tej katastrofy, która musiała ożywić wszystkie Trupaki, których jedyną racją bytu jest wieczna nienawiść do Rosji. A panu dr Berczyńskiemu podpowiadam Opowieści Lasku Kabackiego i muzykę sfer z fortów na Okęciu. Aczkolwiek nawet zwykły powieściopisarz może starać się o przyjęcie do Polskiej Akademii Nauk, co nawet wyrozumiały prezes Michał Kleiber powita z naukowym wdziękiem. Nie wydaje mi się jednak, by dr Berczyński chciał się poddać nawet tej procedurze. Przecież wystarczy, że radiomaryjne autorytety wyniosły doktora do godności proffessora i badacza wypadków lotniczych.

Zupełnie marginalne wydają się więc dywagacje o kosztach zawracania Wisły patykiem. Koszty to wprawdzie różnorakie, aliści najbardziej wymierne są argumenty wycenione w twardej walucie. Otóż wiele razy dało się słyszeć święte oburzenie, że "kłamstwa smoleńskie" dotychczasowych badaczy są opłacane z kieszeni polskiego podatnika. Nowa komisja ma przeto sposobność pracy cechującej wolontariat lub też korzystania z potajemnych źródeł finansowania. Póki co, wielebni eksperci będą otrzymywać od robionych w bambuko potomków Polan "ok. 10 tysięcy PLN brutto". Wyrówna im to głodowe wynagrodzenie marny dodatek na tramwajowe przejazdy i ubogie stancje... Jak wiadomo, podpora demo-kracji (Wujek Sam) zażywa cielesnych rozkoszy nieopodal ulicy Wiejskiej.




piątek, 8 stycznia 2016

DUCH W PIECU ZAKLĘTY


I zaraz się pojawił...


Duch jakiś czas w piecu biwakował, ale w końcu sobie poszedł, co umożliwiło dalsze prace. Kafle zostały sklamrowane odpowiednim drutem i dno pieca wyłożyłem szamotową cegłą na zaprawie glinianej z dodatkiem mączki szamotowej. Właściwe proporcje gliny i piasku ustaliłem po wielu próbach. Konieczne okazało się także moczenie kafli i cegieł, podobnie jak przy tradycyjnej murarce.


Owóż elementarną trudnością z jaką przyszło mi się borykać, jest niemożność przycinania kafli ze względu na ich reliefową strukturę. Ostatecznym zaś potwierdzeniem dobroci glinianej zaprawy okazał się nadzwyczaj prosty test, w którym przyklejona do kafla szamotowa cegiełka zdolna była po kilku dniach unieść pokaźnego ciężaru (3,6 kg) kafel. Tym samym odsyłam inne porady w tym zakresie do śmietnika.




Trochę mitręgi się zeszło... Cały piec będzie ważył dobrze ponad tonę. A wszystko to stoi na stropie nad stajenką Donnki.