BŁOTNE ABECADŁO

czwartek, 30 czerwca 2011

KILKA UWAG O KURNIKU MISTRZA MICHALKIEWICZA

      Jak powiada stare ludowe przysłowie, nawet ślepej kurze zdarzy się dziobnąć w ziarno. No, bo przecież cały czas tylko kura chodzi i dziobie gdzie popadnie, więc na przemyślenie sensu swego dziobania nie ma czasu.
Nad tym dramatem ślepych kur pochylam się czasem z chrześcijańskim miłosierdziem i szekspirowską swadą... no, niech tam będzie - michalkiewiczowską...
       Ta akceptacja dobroci jako zasady trochę mnie wykoślawia gdy zauważam, że kura podczas tych czynności zaraz też napastliwie obwieszcza, że oto właśnie znalazła metodę na puste dziobanie, które przyniesie więcej pożytku nie tylko sprawom publicznym, ale i sztukę kalekiego dotąd felietonu w internetowej przestrzeni na wyższy poziom wprowadzi. Ja wprawdzie już dawno takie lekcje martwego języka odbierałem, ale, myślę sobie, trafiłem widać na kurę intelektualistkę albo jakiegoś belfra, którym widać nie dane było zaznać przeżywania bezinteresownej uwagi w próbie dotknięcia Wieczności.
       Aliści wykształciła w sobie ta kura szczególny zmysł krytyczny. Ona otóż wie jak pisać, jak malować, jak komponować, etc.... Ona to naprawdę wszystko wie, choć w tak oszczędnych słowach to ogłasza — tylko sama z tej swojej wiedzy nie potrafi skorzystać. I to ją naturalnie boli, bo kura ma swoje ambicje. Dlatego złorzeczy obcym pisarczykom i pacykarzom — którzy jednak w inny sposób podejmują ryzykowną grę z Wiecznością — bo dobrze się czuje tylko w podobnym sobie towarzystwie.
       Wprawdzie stary Goethe już powiadał, że talent stanowi tylko marne dziesięć procent twórczej realizacji natchnienia, zaś resztę wypełnia zwykła praca, lecz trudno zaprzeczyć, że bez tych dziesięciu procent żaden Duch nad martwe wody się nie uniesie.
       I w tym szczególe tkwi zapewne główna przyczyna upadku Kurnika pod prokuratorskim nadzorem. Sam Michalkiewicz już dawno machnął na Kurnik ręką, przywiedziony do przytomności taką to iluminacją, że z tego kurnikowego gdakania żaden zaczyn umysłowej filantropii zrodzić się nie może. I tylko zadziwienie we mnie wzbiera, czemu co jakiś czas pojawia się w Kurniku jakiś straceniec, który chciałby dać świadectwo, że nie aprobuje zasady wedle której tak wspaniałomyślnie przerabiamy Zenona z Kition na pana Zenka z Kitu.

Ponoć fałszywy przyjaciel i sojusznik gorszy jest od wroga walczącego z otwartą przyłbicą. A takich rycerzyków ma Rzeczpospolita dostatek!

piątek, 24 czerwca 2011

Z POLSKI DO ROSJI I Z POWROTEM

Mój felietonik "PRZEPIS NA MYDŁO" został przetłumaczony na bukwy przez Władimira Dworeckiego, poprzedzony przedmową i zamieszczony na jego blogu: http://dtzkyyy.livejournal.com

 -277. Растворимое мыло

Я не далее как сегодня общался на форуме одного популярного среди поляков блога с очень интересным профилем, во многом сформированным за несколько лет его автором, скрывающимся под псевдонимом "егерь Маруха".

Форум откровенно публицистический, но тем, собственно, он и интересен "психиатру на покое", профессиональную деятельность которого тоже можно свести к протопублицистике. Блог публикует хорошо аргументированные статьи, основанные не столько на историческом и мифологическом материале, сколько на материале современном.

"Демократический" вопрос в Польше стоит, как бы не показалось это надуманным, более остро, чем у нас, поэтому мне читать материалы блога интересно как своеобразную проекцию отечественной новейшей истории, развивайся она по гайдаровскому сценарию, не прерванному (частично) в 2000 году. Материалы блога сдобрены изрядной долей небанального польского юмора и ядовитого сарказма, и общий тон реплик хозяина блога, как и отборной команды его постоянных комментаторов кажется мне вполне позитивным при всей отчаянности нынешнего положения поляков. Боевая команда участников блога на удивление доброжелательно и с большим интересом относится к России и русским, к Белоруссии в лукашенковской версии, сочувствует КАДДАФИ, высмеивает Евроколхоз, живого места не оставляет от правящей польской компрадорской элиты, при этом критикует современную польскую церковную иерархию (не исключая покойного папы-поляка), сдавшую все рубежи на Втором Ватиканском соборе, при этом как хозяин блога, так и большинство его комментаторов являются католиками - дособорниками или седевакантистами (от лат. sede vacantis - "пустой престол").

Словом, названные поляки ярко описывают ситуацию, в которой сами оказались после ухода из советского лагеря под Америку, к которой относятся с плохо скрываемыми ненавистью и презрением. Вот там-то сегодня я и обраружил один комментарий, который захотелось перевести читателям своего блога. Спросил у автора разрешения. Автор не только не возражал, но и просил передать  привет России и русским.

Что я и делаю.

Как можно предположить - и Вы не ошибетесь - беседы с поляками доставляют мне почти профессиональное удовольствие, поскольку под одними и теми же словами и оборотами мы подразумеваем часто разное, а иногда и противоположное. Тем интереснее находить общий язык и точки соприкосновения между людьми, имеющими не только разные взгляды на одни и те же вещи, события, явления и персоналии, но и сходные в главном: в отношении к родине, к власти, к собственному народу и - разумеется - к религии.

Гервазий ГАГУЦКИЙ
РЕЦЕПТ МЫЛА

Некоторым выпускникам ускоренных курсов предельно независимого журналиста или публициста я посвящаю свою высокую речь. Надо только будет пригласить к участию в дискуссии недалекого представителя польского меньшинства и умело пользующегося польским языком представителя большинства еврейского, чтобы преподать недобиткам полян ясную проповедь.

Такой унылый спектакль повторяется тут и там для свидетельства о том, что Цензор давно уже рассыпался в пух и прах, а мы - вполне открыты для иного описания реальности. Эта пирамидальная ложь чувствует себя очень комфортно и постоянно подкармливается все новыми конфигурациями данных. - Мол мы должны быть постоянно начеку, поскольку даже Творец уже столь слаб, что не в силах удержать свое творение в задуманном состоянии.

Приходится признать - памятуя описание польской идентичности, сделанное век назад Романом ДМОВСКИМ, - что в этой материи ничего не изменилось с тех пор. Среднестатистический потомок полян, раздирает одежды перед крестом на Краковском Предместье, когда Отчизна его гибнет, а потомок хазар поддерживает его в этом деле, спокойно распластываясь крестообразно в польском костеле, и, выдавая себя за польского патриота, подбрасывает дровишек в огонь, на котором в отсутствие местных жителей сгорает их прошлое, их имущество, их Земля. Польская Земля!

А ведь то, что кто-то в Польше спасся и был принят с польским гостеприимством, не дает им права спать на моем супружеском ложе, ходить в моем халате и тапках, не дает права привествовать от моего имени захватчиков!

Вот и стою я на развалинах и думаю, что из моей жизни может пригодиться недобиткам полян в их гордой борьбе за сохранение материи и пястовского духа.

И вдруг нахожу, что денатурат (подкрашиваемый ранее в тошнотворный фиолетовый цвет) может здесь подойти. В прежние времена в просвещенных кругах общества он играл роль сегодняшнего виски. Процеживался сквозь ржаной хлеб и бумагу из школьной тетрадки, сдабривался натуральными, без химического дерьма вишнями, в результате получалась отличная наливка, помогавшая пережить трудные времена.

Сегодня нам осталось только растворимое мыло.

środa, 22 czerwca 2011

MOWA TRAWA JEGOMOŚCIA GERWAZEGO NA JUBILEUSZ GAJÓWKI

      Czcigodny i miłościwy Panie  Gajowy!
      Panowie znakomici i Białogłowe płoche!

     W moich podróżach po bezdrożach Internetu wiele mnie spotkało klęsk i rozczarowań — aliści kilka zdarzeń i spotkań na gościńcach warte jest uwagi. Chciałbym naturalnie umieć sprostać mistrzom staropolskich mów, ale przecież tamtych słuchaczy, którzy przed nami żywoty poczciwe wiedli, już zaczyna nam brakować.
Gdzież oni są dzisiaj? Gdzie się zapadli w lęku przed naszą hałaśliwą obecnością ?  Gdzie są ich konie, szable, kontusze, ich dzieci i białogłowe? Gdzie są ich kości?
      Tak więc nie przeczę, że w Sarmacji bije polskie serce. I nie dlatego, że sobie te czasy obdarłem z wszelkich przejawów prywaty i porywczej umysłowej hulanki, ale dlatego, iż  jest to jedna z izb naszego Domu, której nie wolno zasypać i złożyć na śmietniku dziejów, bo i my tam niedługo spoczniemy.
      Ano, nie będę ukrywał, że zwabiła mnie do Gajówki miłość do polskich lasów. A do Puszczy w szczególności. Sama nazwa też wydała mi się adekwatna, bowiem w ciemnym polskim borze Gajówka przytuli i nakarmi strudzonego wędrowca lub — jak to bywało niestety — rannego powstańca: to Gajówka powinna stać się podstawową komórką społeczną.
      No, bo obaczcie sami, ile w Gajówce przykładnej codziennej krzątaniny!
Ot, drwa tu też rąbią — gdy języka nie staje — i, jak ktoś nienawykły, to może własną stalówką obciąć sobie palucha albo inny jeszcze bardziej cenny członek. Tedy uwaga i doświadczenie w szczególnej są tutaj cenie! Na nic zda się tu Mądrala, który wagi słów wypowiadanych oszczędnie nie pojął. Albowiem taka szorstka fantazja cechuje ludzi Puszczy!

      A przecież są w życiu Gajówki i inne uroki: Jak drogi na ten przykład zawieje i na gontowym dachu spoczywa metrowa śniegowa czapa, a cisza taka wielka jest w Puszczy, że słychać milczącą sarnę, gdy w odległym gąszczu wykopuje sobie legowisko w zmarzniętym śniegu. Albo tak, na przedwiośniu, kiedy wszystko zaczyna gadać, szumieć i szeleścić, chociaż zmarzlina jeszcze trzyma ludzi, drzewa i zwierzęta w swoim mocarnym uścisku. ...A i w Gajówce przecież bywają biesiady huczne, gdzie niejeden rubasznie do szabli sięgnie, inny przy biesiadzie złożony niemocą przyśnie, a w nocy drzwi na podwórzec nie znajdzie i odda urynę do kominka. Pan Gajowy i na takie ekscesy jest przygotowany, bo, jako żywo, piwniczka i spiżarnia Gajówki stoją dla wszystkich otworem, co nie powinno być dla wielu odpowiednią zachętą do odwiedzin, jako że można też na mróz siarczysty boso i bez gaci być wyproszonym. Tedy w konfuzji jestem wielkiej, bo nie przywykłem strzępić języka po próżnicy na cytowaniu ciętych krotochwili przy takich egzekwiach, które jednakowoż szczególnej uwagi i czułości językowej wymagają.
Bowiem Gajówka, i Dwór Polski, i Polski Zaścianek, i Chałupa Polska mają świadczyć o takich odwiecznych wartościach, których nie przemogą żadne złe moce.

      Ja sam otóż przyjażniłem się kiedyś z gajowym Wackiem Gwiazdowskim, który w Puszczy nigdy nie zbłądził i podległe sobie kwartały i zarośnięte ścieżki po ciemku umiał znaleźć. Zwierzęta leśne też go się nie bały, bo gajowy Gwiazdowski nigdy nie chodził do lasu ze strzelbą. Tedy Wierzątka wychodziły do niego jak do swojego — nie tylko w czas surowej zimy. Wśród nich dwie sarny upodobały sobie szczególnie Gajowego: potrafiły go znaleźć w najdalszym zakątku.
No i pewnego razu zadzwonił telefon w Gajówce. Dzwonił nadleśniczy z poleceniem służbowym zajęcia się dwoma wojewódzkimi sekretarzami z Komitetu Partii Robotniczo-Chłopskiej, którzy zapolować chcą, a przecież Gajowy wie, gdzie w Puszczy przebywa zwierzyna.
Cóż miał robić gajowy Gwiazdowski! Tak prowadził tych żałosnych myśliwych z Komitetu, żeby żadnej zwierzyny nie zobaczyli. Ale te dwie sarny jednak nie dały się wyprowadzić w pole i mimo kluczenia i wszelakich zmyłek swojego Gajowego jednak znalazły...
      Niedługo potem umarł gajowy Wacek Gwiazdowski jeszcze w kwiecie wieku, chociaż gorzałkę z musztardówki na mrozie okrutnym umiał spożywać na dalekim od wszelkich domostw zrębie. Razem więc słoninę zamarzniętą siekierą rąbaliśmy na zagrychę i trunek zacny w puszczańskim zachwycie spożywaliśmy, co mnie na zdrowie wyszło, a jemu chyba nie.

      W takich wspominkach i w takiej pomroce sarmackich dziejów toną ostatnie Polskie Gajówki! Na złom pokoleń idą obyczaje i obrzędy, sztuka ciosania gontów i sarmacka muzyka, mole żrą te wzgardzone żupany i kontusze. Rozpleniły się Demony, przybierające sobie za ozdobę nasze własne wizerunki; łaciną nazwano język łajdactwa i rzekomej skarbnicy ludowej mądrości.

      Czcigodni Biesiadnicy!
Moja mowa trawa, ale łąki nie moje!
Bywajcie w Gajówce i kulawki z godnością opróżniajcie!
Vinum incendit iras!
Vivat Gajówka!
Vivat Sarmacja!

wtorek, 14 czerwca 2011

BALLADA STAROPOLSKA

Mój koń gotowy stoi już do drogi, płoną
Jego podkowy na podwórcu, stara kulbaka
Ukryta w przedsionku - i z mroku
Wstają poczerniałe orły
Leżą kopie skruszałe od wilgoci
Półpancerz lekki leży w zapomnieniu
Czaprak obszyty pociemniałym złotem
A pod dębowym spoczywa wiekiem
Mój zacny Towarzysz Pancerny.

Stół bez nogi wspieram jak umiem, sztalugi
Globus, zamorskie pachnidła
Kaganek bez knota, bogate szaty
Krucyfiks, któremu odjęto człowieka
Wszystko to, i jeszcze
Stary gąsior spleśniałego wina, wyblakły
Jedwab z chińskiego statku
Garść pokrzywionych hufnali trzymam
By pewnym być mojego dostatku.

Przechodniu, powiedz Polsce
Żem przepadł.

środa, 4 maja 2011

MAKIETA

Pod płytą ciała
Doskwiera zaledwie
Ten piękny ogród botaniczny
Ogrodnik
Co ze swego wnętrza
Wysupłał i zmierzwił
Dolinę rozpostartą
Na listku płomienia
Gdzie każda mrówka
Jest jak głaz lub kamyk
Nadmierna.

Pod płytą ciała las jest
I na rzece tratwa
W pojęciu strumienia
Jest biała kartka
I pamięci kalka
W płonących arteriach
Rozbity pusty dzbanek
Dzwoni

Powietrze jest szkliste
— Mną się wypełnia
Zarys po nim.

sobota, 26 marca 2011

ARCHIWUM

Ciemno tu jest od Motywów
Wizerunków z naciekiem Historii
Wyjętych z ręki Golema przypowieści
Pociągów wypełnionych płótnami flag
Ciał zwiniętych w bezkresne rulony.

Zimne wnętrze pierwszej teczki:
Dwie karteczki, odcisk palca na nagietce
Skrzydło nietoperza jako fakt rzeczowy
I bez wieści życiorys.

Potem zdejmujesz delikatnie
Zardzewiałe druty
Połamane gałązki
I ślinę nietoperza
Z ciepłej, wiecznie żyjącej pościeli.

Helsingborg, Roku Pańskiego 1979

wtorek, 22 marca 2011

TYTUŁY

Tytuł to forma wprowadzenia nas na śliską ścieżkę opisowych fanaberii. Tytuł przy obrazie pozostaje tylko znakiem, wyznaczeniem kierunku, by dalej taktownie się oddalić. W poezji sam tytuł powinien wystarczyć, ale głupio jest publikować wiersze składające się tylko z tytułu.

Tak więc zawsze DZIEŁO zaczyna się od tytułu. Nigdy nie dorabiałem tytułu do DZIEŁA!
Oto kilka z nich, które czekają.

WSZY NIEPODLEGŁEJ
WESZKI, GŁOMBY, PSUJE
OBJAWIENIA I TROMTADRACJE
ZMORY POLSKIE
ROZMOWY O ŚNIE WIEKUISTYM
OJCZYZNA NA LODZIE
GOLGOTA JAK SŁOTA
CICHE ROZTERKI
MAESTRO JEDNEGO ZDANIA
REZACKI SIERP KAPITAŁU
SZKIELET PATRIOTY
JAK ŻYĆ NA INDEKSIE
NAUKA CZYTANIA
W CIENIU ROZKWITAJĄCYCH NADZORCÓW
ŻYCIE W SKARPETCE
ATRAPA RZECZYPOSPOLITEJ
BONIOWANIE
NIEDŹWIADEK A SPRAWA POLSKA
KOMITET OCHRONY ORŁÓW
GŁUPI ŻYD I GŁUPI POLAK
SOLIDARNOŚĆ FERAJNY
KUNKTATOR W NIEBO WZIĘTY
ZBIÓRKA NA KIRKUCIE
MIĘDZY SŁUPKIEM A ŚRODKIEM POLA
ORKI PLĄDRUJĄ NASZ KRAJ
PIONIERKI ANDRZEJA ŁAPICKIEGO
ZNUŻENIE - CZYLI BAŁASZEWICZ PO POLSKU
KUKU NA MUNIU
KOWBOJSKIM TRUCHTEM
BEKNĄĆ SOBIE I OJCZYŹNIE
TRATWA SZALEŃCÓW
MIZERYKORDIA

Tak więc, jak widać na załączonym obrazku, mam coraz mniej chęci do moich publicystycznych swawoli. Bowiem kiedy się zastanawiam, z kim chciałbym prowadzić dyskurs, zaraz staje przede mną Widmo. Zjawa ta, zagubiona w infernalnej przestrzeni, nie jest w stanie sprostać wyprodukowanym przez siebie miazmatom. Dlatego mnie potrzebuje i za mną tęskni. Także i ja mogę ją zamienić w własny obraz stawiając pracowicie literki. A to dlatego, że liczba piszących zdecydowanie przewyższa liczbę czytających.

Błotniak z Bronnej Góry

niedziela, 20 marca 2011

SKRZYDEŁ CIEŃ

      Wśród tysiąca teorii zbrodniczego zamachu na prezydencki samolot, wiele zasługuje na laury i literackie nagrody tym bardziej, że już w dniu katastrofy izraelska prasa ten ton zgodnym chórem podała.  Zaraz więc zaczęły powstawać w Rzeczypospolitej jeszcze Polskiej chórki parafialne i uliczne dla wypełnienia skołatanej duszy polskiej odpowiednią patriotyczną papką, której etos bez zbędnych ceregieli będzie można w odpowiednim czasie wykorzystać do własnych celów. Tak więc jeszcze raz uzyskuję dowód, że największym zagrożeniem dla Rzplitej jest jej tubylcza ludność.
       I tu do miary symbolu urasta drzewo, które skrzydło prezydenckiego samolotu ścięło nie zważając na samozagładę, bowiem fatalnego dnia 10 kwietnia 1940 roku, zostało ono posadzone przez Stalina i Berię... No i car Putin jest przecież wyklonowany z palucha Josifa Wissarionowicza... Dlatego najbardziej wiarygodną hipotezą wydaje mi się ta, która zakłada porwanie prezydenckiego samolotu przez mgłę wytworzoną przez majora Błochina, wymordowanie wszystkich pasażerów i podrzucenie niekompletnych szczątków w miejsce rzekomej katastrofy. Jak orzekł bowiem autorytet patriotycznej internetowej publicystyki, nie ma do dziś żadnych dowodów na potwierdzenie marnej hipotezy, że katastrofa w tym miejscu się odbyła. Teraz już nic nie stoi na przeszkodzie, by do tego wora własnych umysłowych aberracji, powrzucać jeszcze wszystko co się da, bez dbałości o kontekst, elementarną wiedzę i poczucie przyzwoitości.
      Ja naturalnie wiem, że ci pożal się nie ma komu samozwańczy obrońcy Okopów św. Trójcy nie czytali nazbyt dużo i też nazbyt dużo sobie nie przemyśliwali, chcąc tak udatnie uczestniczyć w zagładzie Rzeczypospolitej — chociaż nawet w niedalekiej przeszłości mieli do dyspozycji sieć jeszcze komunistycznych bibliotek — aliści nawet Żdanow podzielał pogląd, że ludowi należy udostępnić trochę splendoru, a i czasem kość rzucić do obgryzienia, żeby pospólstwo czymś zająć i uchronić przed zgubnymi myślami.
      Przy okazji staramy się zapomnieć o sławetnym przypadku gruzińskim, gdy honor i poczucie odpowiedzialności pilota zostały tak haniebnie podeptane przez prezydenta i jego kapciowych. I jeśli ktoś powiada, że ten wyczyn nie miał wpływu na smoleńską katastrofę, to ten grymas albo  umysłowa czkawka warte są  w istocie mszy pod pałacem. Trzeba bowiem nie tylko obedrzeć krzyż z sacrum,  ale i uświęcić  tę szczególną tradycję,  która przyświeca  hodowaniu nienawiści między Polakami i Rosjanami, zastępując przy okazji wszelką myśl polityczną. I bynajmniej ich autorzy nie wykazują tutaj żadnych cech szaleństwa. W cieniu skrzydeł hodowanego w przydomowym ogródku Monstrum żyje się im przecież coraz ufniej  i bezpieczniej, i do tego w zgodzie z własnym sumieniem.

      Dlatego wielkim nietaktem jest przypominać te oto słowa:
     "Miłujcie przeto światło mądrości, chrześcijanie, i nie bądźcie gorsi od pogan, którzy podobno z wielkim zapałem dążyli do mądrości, choć tylko ludzkiej" - tak prawił już przed sześciuset laty, zmarły jednakowoż już w dniu 9 stycznia Roku Pańskiego 1431 w Krakowie, doktor dekretów i kanonik krakowski Stanisław ze Skarbimierza.

19 września RP 2010

Błotniak z Bronnej Góry
     

czwartek, 17 marca 2011

PRZEPIS NA MYDŁO

      Niektórym adeptom przyspieszonych kursów na niezależnego dziennikarza lub publicystę przyświecają  szczytne intencje. Wystarczy bowiem zaprosić do dyskusji głupkowatego przedstawiciela polskiej mniejszości i sprawnie posługującego się językiem polskim przedstawiciela żydowskiej większości, by dać niedobitkom Polan jasny przekaz.
      Taki ponury spektakl odbywa się tu i ówdzie dla pokazania, że Cenzor już dawno rozpadł się w proch, a my jesteśmy otwarci na inny opis rzeczywistości. To piramidalne kłamstwo ma się całkiem dobrze, i co rusz jest karmione nowym zestawem dań. - Bo przecież musimy być czujni, skoro nawet Stwórca jest tak ułomny, że nie jest na siłach utrzymać swego dzieła w przewidywalnych zarysach. 
      Tak więc, według opisu polskiej tożsamości sprzed wieku - dokonanego przez Romana Dmowskiego - nic się w tej materii nie zmieniło. Statystyczny potomek Polan rozdziera szaty pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu gdy jego Ojczyzna ginie, a statystyczny potomek Chazarów leży spokojnie krzyżem w kościele i robi za polskiego patriotę dokładając do ognia, w którym pod nieobecność jego mieszkańców spopiela się ich przeszłość, ich dobytek i ich Ziemia. Polska Ziemia!
      A przecież to, że ktoś w Polszcze się schronił i został przyjęty z polską gościnnością, nie uprawnia w moim Domu do sypiania w moim małżeńskim łożu, do chodzenia w moim kontuszu i w moich kapciach, nie uprawnia do witania w moim imieniu najeźdzców!

      Stoję tedy dziś na pustkowiu i rozmyślam, co też z mojego żywota może się przydać niedobitkom Polan w ich dumnej walce o przetrwanie materii i piastowskiego ducha.
      I otóż znajduję, że denaturat (barwiony dawniej na wymiotny fiolecik) może się w tym dziele przydać. Pełnił on za dawnych czasów w światłych kręgach społeczeństwa taką rolę jak dzisiejsza whisky. Przesączało się to przez żytni chleb i szkolną bibułę, dodawało dorodnych i bez chemicznych świństw wiśni, i wychodziła przednia nalewka pozwalająca trudne czasy przetrwać.

      Dzisiaj mam do dyspozycji tylko rozpuszczone mydło.

Błotniak z Bronnej Góry 



poniedziałek, 14 marca 2011

LEKCJA LIRYKI

      Kiedy w roku 1987 pojechałem pierwszy raz do Paryża z moimi kilku obrazkami przemyconymi podstępnie, bo u nas, w Polsce, wszystko zdawało się śmiertelnym tchnieniem, kiedy mówiono, że komuna będzie trwała jeszcze 300 lat, ja, jak zawsze stojący po stronie beznadziejnie przegranych, naraziłem się dobrowolnie na śmieszność.
      Nafaszerowany tradycją Hotelu Lambert wyobraziłem sobie, że nowa emigracja jest ucieleśnieniem duchowego dziedzictwa romantyzmu. Różne znaki zapytania starannie kasowałem, podejrzewając siebie o nikczemne uleganie nieudolnej komunistycznej propagandzie. To, że nawet w niej może tkwić zaczyn dla przemyśleń i sugestia zwrócenia uwagi na zawiłe imponderabilia, było poza wszelką rachubą i ocierało się o zdradę. I w ten łatwy a bezmyślny sposób stałem się już pożądliwym celem dla Belzebuba, ocierającego się o mnie wyuzdanie i bezkarnie nie tylko na stacjach metra, ale i wśród cierpiących za wolność polskich emigrantów. Wprawdzie niektórzy z nich już pół roku przed wprowadzeniem stanu wojennego mieli informacje co się święci i szybko zwinęli manatki czmychając do kapitalistycznego raju, ale nimb emigracyjnej świętości skutecznie wygładzał ich rodzinne życiorysy. To, że Belzebub miał akurat iście semickie rysy, nie ułatwiało zadawania kłopotliwych dla semickiej tożsamości pytań.
      A więc poza tym, że chcieliśmy z Jackiem Bierezinem Zaliwskiego reaktywować, Legiony tworzyć, niezbyt wiele dobrego dla Polan mogło wyniknąć. A to dlatego, że poszła od żuczków w emigrancki lud informacja, jakobym był przysłany przez tajne służby PRL-u. Tak więc metoda unieszkodliwiania pozostających poza agenturą patriotów przez środowisko naszpikowane agenturą wszelkiej maści, wydaje do dziś swe zatrute owoce.
      Dla rekompensaty tedy polazłem do źródła paryskiej polskości, czyli na Wyspę św. Ludwika. Tuż obok Hotelu Lambert tkwiła polska księgarnia Romanowiczów. Pod pachę wziąłem przemycony obrazek, który był pierwszą stroną poświęconego "Solidarności" albumu z taką intencją, by go podarować Romanowiczom. Niechże sobie wisi w polskiej księgarni nad Sekwaną.
      Kiedy powiedziałem, że przyjechałem z Polski, Romanowicz od razu spojrzał na mnie jak na trędowatego. A już jego niechęć szczególnie wzrosła, gdy wskazując opakowany obrazek dodałem, iż poświęcony jest naszej dumnej niedalekiej przeszłości i dobrze by było, aby w tym historycznym miejscu był i taki akcent. I zaraz sobie przypomniałem zdjęcie i relację mojego znajomego sprzed kilku lat, gdy wystawa księgarni tonęła w polskich flagach i znakach "Solidarności". Wszakże teraz z wystawy całą tę dekorację wymiotło z kretesem.
      Pan Kazimierz Romanowicz z wyjątkowym niesmakiem ocenił moją propozycję i oddał się przedstawianiu piekiełka polskiej azylanckiej społeczności,  by dojść i do takiej puenty,  że on ma ich wszystkich serdecznie dość. Ten mało chwalebny wykład spowodował moją rejteradę i bolesny chichot, który poniekąd trwa do dzisiaj.
      W taki sposób otrzymałem swoją lekcję liryki i tak pochylili się nad moją  naiwną głupotą spadkobiercy Wielkich Duchów Polskości. A i to trzeba jeszcze dopowiedzieć, że po opuszczeniu tego zaklętego kręgu polskich widm los okazał mi swoją wyjątkową przychylność. Ale o tym  widma już nie miały bladego pojęcia, co niewątpliwie sprzyjało zachowaniu ich dobrego samopoczucia, które — jak nikczemnie mniemam — pielęgnują do dzisiaj, wystawiając ochotnie swe garnitury do dekoracji.

14 marca 2011

Błotniak z Bronnej Góry

środa, 9 marca 2011

ŻYCIE RODZINNE PANTOFELKÓW

      Czasami można usłyszeć dość humorystyczne opinie o braku cenzury prasowej i internetowej. Najgłośniej na cenzurę skarżą się dziennikarze, których wszędzie było pełno, ale w pewnym momencie stracili posadę w gazecie, telewizji lub radiu. Wtedy to rwą włosy z głów i obwiniają cenzurę i układ o swoją zawodową degradację. Dopóki byli w innym układzie i trybikiem w systemie, dopóty cenzury nie zauważali. Celują w tym procederze także ci namaszczeni przez siebie na Prawdziwych Polaków. 
      Tak i mnie ten przenikliwy wiatr wdziera się do archiwizowanych osobistych doświadczeń i spostrzeżeń - a więc pozwala wymknąć się definicji na swawole. Aby więc nie popaść w nadmierną ingerencję w kompetencje bardziej ode mnie wytrawnych publicystów i poetów pióra, wracam w pokorze na swoją półkę spleśniałego archiwisty i opiszę tu w skrócie przypadek internetowego forum, którego patronem jest Stanisław Michalkiewicz.
      Otóż mając zagwarantowane od lat w wolnej nadwiślańskiej prasie prawo do milczenia, pisywałem tu i ówdzie w internetowym świecie, zderzając się nie tylko z głupotą, ale też z cenzurą. Po kolejnym przykrym incydencie wróciłem sobie pod skrzydełka rzeczonego publicysty, skąd wprawdzie wcześniej wygnała mnie pospolita głupawka, to przynajmniej - jak sobie myślałem - nie groziła mi cenzura, bowiem osoba patrona takie mniemanie zdawała się gwarantować.
      Wyniesiony w takich okolicznościach do zajęcia miejsca na ambonie, już na progu zacząłem sobie gaworzyć ambitnie, z świętą wiarą w moc żywego słowa. Bowiem na pokojach tych panował taki zaduch, że i jakiekolwiek próby wyrwania się z tego marazmu przez jakże drapieżnych forumowych publicystów, kończyły się zaledwie na kelnerskiej obsłudze umysłowych komiwojażerów wszelakiej maści. Tak więc podporządkowane sobie służby zagoniłem do roboty i wśród rozlicznych wątków założyliśmy  także listę największych śmieciarzy, ażeby dwupłciowe żuczki i umysłowe pantofelki same się oczyściły z zarzutów w twórczej samokrytyce, co ewentualnie sąd skorupkowy mógłby wziąć pod uwagę przy orzekaniu winy.
      I tu nie doceniłem determinacji i poczucia humoru łażących za mną i po mnie od dłuższego czasu tych pożytecznych żyjątek. Spokojnie, bez ulegania nastrojom chwili, gdy ja tkwiłem w euforii zażywania swobodnego latania na pokojach Michalkiewicza - miłującego nade wszystko wolność wypowiedzi - one sobie niespiesznie i z mściwą satysfakcją wycierać poczęły moje literki na tablicy ogłoszeń i w spisie treści tej forumowej księgi, a także w Google pl., czyli według znanego schematu strącania skazańców w tak pojmowaną Nicość. Bowiem jak kogoś nie oglądamy na co dzień w mediach, to znaczy, że już dawno nie żyje. Tym razem jednak, w wyniku zarządzonego przeze mnie śledztwa, okazało się, że zdrada ukrywa się pod samym nosem naszego wybitnego, co by nie mówić, publicysty, bowiem tak opiewana  przez autora  tajemna razwiedka, czuwa także w jego szafie, chroniąc  przy okazji kalesony swego adwersarza.  Wynajmowany zwykle do takich zadań haker, wyraźnie nie musiał się trudzić. 
      I w taki oto sposób przypomniałem sobie, że grzech pierworodny rozłożony jest  między wszystkich ludzi. A więc kiedy kneblowana i ustrojona w dziewicze szaty opozycja przygotowuje się do przejęcia wreszcie władzy, to przejmuje te same metody co ich tak  krytykowani poprzednicy. Najwyraźniej przydatny dla każdego miłościwie panującego minister policji Józek Fouche, wyjątkowa szuja, miał taką wiedzę o ułomności ludzkiej natury, że w takim przypadku natychmiast zakładał następną opozycyjną prasę i partię. I tak oglądamy sobie wciąż ten sam spektakl, tylko kukiełki się zmieniają. W tym gronie, zapewne - strach pomyśleć - pozbawiony świadomości, zasiadł też nasz znamienity publicysta Stanisław Michalkiewicz, którego pralnia świadczy usługi w zakresie  wywabiania  hańbiących płodów niektórych umysłów — ku zadowoleniu klientów. Ot, zwyczajne życie rodzinne.

27 lipca 2009

Błotniak z Bronnej Góry

wtorek, 8 marca 2011

NIEOPODAL

Może to jest wzniosłość
Kiedy po spektaklu 
Opada na oczy kurtyna
I nieruchome zostają tam obrazy —
Bieleją puste kartki
Gdzie tętent konia się zatrzymał
Litery ktoś ułożył w ptasi klucz
Byś do Domu wrócić umiał.

Może to jest wzniosłość
Kiedy serce utrudzone masz
Przystaje wtedy cały świat
Na tę chwilę bliską —
Do niej raptem wracasz 
Z pyszczkiem sarny na kolanach
Choć ani ciebie tam nie ma
Ani sarny.

8 marca 2011

Błotniak z Bronnej Góry

poniedziałek, 7 marca 2011

NARODOWA NEKROFILIA

      Już wprawdzie przed kilku laty, jeszcze za życia "poległego" w katastrofie lotniczej prezydenta, postulowałem budowę mauzoleum dla niego, ale nikt mnie wówczas nie posłuchał i trzeba było Wawelu użyć dla zaspokojenia prezydenckiego poczucia niższości. A postulat ten wziął się stąd, że lewitujący obok ustępującego prezydęta Kwaśniewskiego prezydent elekt, utracił był kontakt z ojczystą ziemią, co miało przynieść tak dojmujące spotkanie z ziemią w smoleńskim zagajniku.
      Gdybyż mnie wtedy posłuchano - nie byłoby dzisiaj tej przepychanki z krzyżem, której ze swej wysokości przygląda się z niesmakiem sam książę Józef Poniatowski, podobno bardziej godny naszej pamięci niźli upokorzony przez naszą głupotę nasz ostatni król. Skoro więc zamiast króla Stasia spoczywa na Wawelu ofiara lotniczej katastrofy, to i książę Pepi też powinien z konia zleźć, aby sobie posiedzieć w mniej eksponowanym miejscu i tubylczej patriotycznej fantasmagorii wreszcie ulec.
      Jeśli jednak do takich egzekwii się przyłączy jakiś Prawdziwy Patriota, który na każdej padlinie gotów jest wypromować swoje cztery doktorskie komórki i sojusz wojskowy z Chinami zawiązać, to dla bardziej refleksyjnych Polan miejsca już ani chybi nie wystarczy na tym targowisku. A sam prezes  objazdowej trupy, pociąga za sznurki w teatrzyku szmacianych lalek, którym własne występy zdają się być wedle własnej woli. Ale i sama publiczność, oczarowana spektaklem, nie wyczuwa swojskiego smrodku, i ze sztandarami i modlitwą w wielkim patriotycznym uniesieniu Rzeczpospolitą do katakumb znosi, co jej się wydaje   jedynym  konceptem z okolic politycznej myśli. Wprawdzie życie w katakumbach może być wstępem do życia wiecznego, ale na tym padole powinny obowiązywać bardziej racjonalne patriotyczne wartości, którym żaden grymas chwilowej umysłowej aberracji nie zaszkodzi.
      Na tej wezbranej fali funeralnej estetyki, dobrze sobie jednak przypomnieć, co nam pozostawił w testamencie podróżujący obecnie w Zaświatach prezydent Kaczyński. Otóż niech to będzie pierwsza z brzegu kartka, na której złożył podpis pod ustawą o wprowadzeniu zamordyzmu w zakresie prawa  do wyrażania przekonań na trudną do wyobrażenia skalę. Ostatecznie trudno jest w nieskończoność konserwować układ, w którym kulturalne i otwarte na inne poglądy i kulinarną wiedzę zachowanie przy stole, sprawia niektórym taką udrękę.
      Stypa też ma swoją wewnętrzną dramaturgię i potrzebuje własnego, wybranego w powszechnych wyborach wodzireja.

25 sierpnia 2010

Błotniak z Bronnej Góry

sobota, 5 marca 2011

LUDZIE CZYLI BESTIE

      My, człekokształtne gnoje, wciąż myślimy o sobie, wciąż nie chcemy pamiętać, skąd przyszliśmy. Wciąż wystawiamy naszych Mniejszych Braci na niewysłowioną udrękę.
      Ten ból, z którym się budzę każdego ranka, zabiera mi każde tchnienie. Łapię spazmatycznie powietrze, choć już nie mam prawa do istnienia, jak ten karp, umierający w konwulsjach  w plastikowej torbie w supermarkecie, obłożony świątecznymi pakunkami. I oto komediant Cejrowski powiada, że empatia, wedle definicji, dotyczy tylko ludzi.
      Wprawdzie to ludzie napisali tę definicję, ale one, karpie, mają prawo umierać bez jednej skargi. Bo przecież na zwierzętach ćwiczymy i rozwijamy nasze zdolności do mordowania ludzi. Psy mają  więc prawo umierać bez zająknienia i skomlenia. Konie - ach te konie - spadające ze zwierzęcym westchnieniem w czeluście rzeźnickiej eksportowej taśmy, mającej nasycić kiszki ludożerców.  Konie z rozwianymi grzywami, pędzące konie niosące nas na grzbiecie, konie tak nam ufające, i dla nas umierające. Konie, nasi Mniejsi Bracia?
      Więc sobie żremy tę szyneczkę, schabik, kotlecik, kiełbaskę, ubabrani we wnętrznościach zamordowanych Istot, kłapiąc ociekającymi krwią zębami - mlaskający ze znawstwem smakosze, żyjący w odorze zwierzęcego cierpienia.
       Mordujemy obuszkiem świnki i jałówki, tchawicę przecinamy krowom, które nam służyły wiernie lat wiele, wysłużone i spracowane klacze oddajemy do przetwórni senatora Stokłosy, podwieszamy je na rzeźnickich hakach.  I nie chcemy słyszeć ich milczącej skargi, nie chcemy widzieć ich ogromniejącej, pulsującej łzy.
      I jeszcze na dokładkę ci pożal się boże publicyści i pisarze, używający na określenie poczynań krwiożerczej ludzkiej bestii szerokiego wachlarza danych zwierzętom właściwości. A więc owo bezmyślne "zezwierzęcenie" otwiera tę długą listę. Bo przecież jakże umiemy porównywać się wciąż ze zwierzętami, okazując im na każdym kroku naszą iluzoryczną wyższość i wzgardę, czyli przede wszystkim uzurpując sobie prawo do ich mordowania.
      Tak więc dopóki istnieją rzeźnie, dopóty mam w rzyci  różne tubylcze "patriotyczne" westchnienia. 

Błotniak z Bronnej Góry

piątek, 18 lutego 2011

NA RADIOWEJ FALI

Jak to na moim obrazku "Słucham..." (z cyklu "Moja Ziemia") starałem się niegdyś namalować, wciąż się wsłuchuję w odwieczne tajemne fale z zamkniętymi oczami. Bowiem mój chwilowy pobyt na tym padole nie pozostawia mi nazbyt dużo czasu na zgłębienie wszystkich Ksiąg, gdzie nasi Przodkowie pozostawili nam ciepły ślad swego oddechu w zapasach z Wiecznością.
Po latach przyszły nam na pomoc radiowe fale, które zaczęliśmy wysyłać w Niebiosa, przypominając Bogu o naszym istnieniu. Bóg był łaskawy i pozwolił  uszczknąć nieco Przemijaniu, które dzierżyło przez tysiąclecia monopol na grę losową, gdzie nieodzownym elementem wygranej był taniec ze śmiercią.

I oto natknąłem się w swoich niechcianych podróżach na  internetowe radio, gdzie zaczęła nadawać radiostacja "Jutrzenka". Tę radiową falę, przeznaczoną jak najbardziej dla tubylczej polskiej ludności, dokumentuje biała kartka, gdzie nie uwidzisz myślowych produktów żadnego tubylczego mądrali, bo akurat zajęty jest kosmetyką swojej mendowatej umysłowej struktury, by przywdziać w odpowiednim momencie szatki ukrzyżowanego polskiego patrioty.

Dlatego, chociaż już zostałem mianowany przez Prawdziwych sepleniących Patriotów funkcjonariuszem FSB, poetycznym trollem i komisarzem politycznym - inne epitety chwilowo pominę - powierzam tej białej kartce moje wspomnienie, kiedy na początku stanu wojennego  (chyba w lutym 1982 roku)   wybrałem się z Piotrem - moim kurierem w kontaktach z "Nową" - do Krakowa po radiostację, która miała się dopisać do AK-owskiej "Błyskawicy".
Na dworcach wtedy sprawdzano prawie każdy tłumoczek, węzełek i walizkę - nawet siatkę z kartoflami, bowiem wyglądem swym przypominały granaty. Kiedy na punkcie kontaktowym odebraliśmy radiostację, okazało się, że potrzebuje ona okazałego, jak na warunki wojenne, pakunku. Pojechaliśmy zatem do moich krakowskich znajomych, gdzie ku utrapieniu Piotra zarządziłem dalszą podróż do Warszawy z otwartymi pokaźnymi dwiema torbami, wypełnionymi złocistymi polskimi renetami. Na dnie tych toreb spoczywały elementy owej radiostacji.

Na krakowskim dworcu patroli naszej wyzwoleńczej armii było bez liku. Każdy z nich przyglądał się z wielką podejrzliwością naszym otwartym wielkim torbom wypełnionym po brzegi jabłkami, ale nikt nie odważył się prosić nas o gościnę, co nie pozwalało wierzyć w zanik dobrych obyczajów.  Piotrek miał mokre gacie i to groziło kompromitującą prawdziwych konspiratorów wsypą. Udało się mi jednak na tyle opanować drżenie mokrych gaci, że wsiedliśmy bezczelnie do przedziału, w którym podróżowali żołnierze ludowej armii w trakcie wypełniania obowiązku służenia Ojczyźnie. I te niedorajdy naszymi torbami bardzo się zainteresowali, bo wojsko zawsze jest głodne. Kiedy więc, chcąc sprostać  nakazowi staropolskiej gościnności, zaprosiłem naszych dzielnych wojaków do spożywania naszych złocistych renet, Piotrek ostatkiem sił spojrzał na mnie i już wiedziałem, że uznał mnie w drodze na szafot za szaleńca. Wprawdzie i mnie nogi lekko się ugięły, ale polski żołnierz na tyle był skromny, że każdy wziął tylko jedno jabłko. Podczas podróży co i rusz  uzbrojone patrole sprawdzały w sąsiednich przedziałach dokumenty i bagaże. W naszym wojskowym przedziale nikomu już nie  chciało się zaczepiać zabłąkanych dwóch cywilów. Tym bardziej, że wspólnie śpiewaliśmy legionową pieśń, tak trywialnie znienawidzoną w koszarach ludowego wojska. I pod taką ochroną dojechaliśmy do stolicy priwislanskiego kraju błogo i szczęśliwie.

Tak więc nie od dziś, w kurzu i  grymasach podobnych doświadczeń, postuluję nie tylko zmianę polskiego narodowego hymnu, ale i godła.
Złota reneta lub rozwijający się rozmaryn najzupełniej nam wystarczą. A i Tadeusz Bieda - Kościuszko powinien wreszcie znaleźć miejsce wiecznego spoczynku, a nie straszyć w każdej polskiej wiosce i miasteczku swoim imieniem na rogatkach.
Gdybym dodał, że cały ten trud poszedł na marne i radiostacja przeleżała się u mnie kilka lat, by raptem zniknąć już dla innych celów, to niewątpliwie zasłużę sobie na miano mendy - co i radiostacja "Jutrzenka" powinna jako ostrzeżenie w niebiańskie przestworza wyemitować.

18 lutego, Roku Pańskiego 2011

Błotniak z Bronnej Góry

czwartek, 13 stycznia 2011

KIJ SAMOBIJ

      Podobno atak polskiej konnicy w owej przełęczy, dnia 30 listopada 1808 roku, trwał zaledwie osiem minut. Tak wyraziste osiem minut w Historii to faktycznie niezbyt wiele, ale skutki mogą się odbijać dyszkantem przez następne stulecia, choćby w tle biły dzwony na trwogę.
      Dzisiaj żołnierz polski walczy o Polskę w Afganistanie, okupując tę ziemię na zlecenie Belzebuba. Tak realizuje się tradycja Samosierry.
      I jeszcze niektórzy patrioci mają taki oto dowcip, że uzasadniają polską agresję koniecznością "bojowego" szkolenia żołnierzy. Podnoszona jest także - a jakże - kwestia iluzorycznych, ale dotkliwie świadczących o znikczemnieniu "polskich elyt", korzyści finansowych - czyli zapłacenia za usługę.
      Zaiste, w kontekście likwidacji polskiej armii - gdzie służba w niej być powinna zaszczytnym obowiązkiem dla każdego Polaka - i oparcia się na płatnych najemnikach, konieczność ta jawi się szczególnie złowrogo, bowiem jedynym przeciwnikiem dla takich oddziałów wojskowych, może być tylko cywilna ludność, co pierwsze manewry NATO w Polsce wyraźnie pokazały.
       A my nadal sobie piszemy. I jeszcze piszemy dla ulgi w porannym kacu, po ośmiu minutach głupoty Anno 1989, których skutków nie odrobią nasze najbardziej światłe wnuki; piszemy sobie krwawiąc z haniebnych umysłowych hemoroidów, z nadczynności tarczycy, skutkującej hormonalnym słowotokiem...

      A oko sobie mruga.

2009

Błotniak z Bronnej Góry

środa, 5 stycznia 2011

SKÓRA


"Skóra" - ołówek i gwasz
malował Błotniak z Bronnej Góry

W POCIĄGU DO WORKUTY

Andrzejowi Kwiatkowskiemu
w jego powrotnej podróży do miejsca,
skąd wyjechać niepodobna. 

Tak małe rzeczy po was pozostały
Na szybie wagonu zamazany ślad
Tu pełni służbę Naczelnik Niebieski
Nie was, lecz innych wybrać on ma.

Za szkłem chatynki widzę wasze
Wśród wież stopionej gwiazdy lód
Ja was w kałonie jeszcze zobaczę
Bo przecież nie wrócił jeszcze nikt.

Otwieram okno i w śnieg zamieci brnę
Przy bramie śmierć nieruchoma patrzy mi w twarz
Powiedzcie mi sami, gdzie stanąć mam
Na nasz wieczorny apel?


wtorek, 4 stycznia 2011

ZA KURTYNĄ ZBRODNI

ROK 1953 
Pani Marii Fieldorf-Czarskiej

* 1 stycznia — animator socjalistycznej kultury Karol Kuryluk nakreśla nowe zadania dla wydawnictw. "Nowopowołane" Wydawnictwo Literackie rozpoczyna w Krakowie działalność.
* 2 Stycznia — Igor Neverly publikuje w "Trybunie Ludu" swoją prozę.
* 3 stycznia — Rada Ministrów uchwala ogólną podwyżkę płac. Towarzysz Bierut przytula małe dziewczynki.
* 4 stycznia — Kazimierz Wyka zamieszcza w "Życiu Literackim" wstępniak p.t. "Tradycje  postępowe w literaturze polskiej". Jerzy Lovell pisze: "Odpowiednika dla słowa "Ojczyzna" zwykliśmy często szukać bodaj że w opisach z "Pana Tadeusza". - Co za żenujące zapóźnienie wyobraźni".
* 2 lutego — odbywa się w Teatrze Polskim występ Państwowego Ludowego Zespołu Pieśni i Tańca "Mazowsze", połączony z uroczystą dekoracją zespołu Orderem Sztandaru Pracy. Takie odznaczenie otrzymuje też Tadeusz Sygietyński.
* 8 lutego — członkowie Oddziału Związku Literatów Polskich w Krakowie, "wyrażają bezwzględne potępienie dla zdrajców ojczyzny". Pod wyczerpującą rezolucją podpisuje się 53 osoby. Wśród nich: Karol Bunsch, Wisława Szymborska, Sławomir Mrożek, Maciej Słomczyński, Andrzej Kijowski, Kornel Filipowicz, Jalu Kurek, Tadeusz Nowak, Julian Przyboś, Tadeusz Śliwiak, Olgierd Terlecki, Adam Włodek, Henryk Vogler, Ludwik Flaszen, Leszek Herdegen, Bruno Miecugow, Hanna Mortkowicz-Olczakowa, Stefan Otwinowski, Adam Polewka, Anna Świrszczyńska, Jerzy Zagórski, Witold Zechenter, Marian Załucki.
* 15 lutego —  w gmachu "Zachęty" odbywa się, staraniem Ministerstwa Kultury i Sztuki, dyskusja nad III Ogólnopolską Wystawą Plastyki — z udziałem robotników i artystów plastyków.
* 18 lutego — Popielec
* 20 lutego — w piątek, na koncercie w Filharmonii Krakowskiej, minister Sokorski dekoruje pianistkę Halinę Czerny-Stefańską Orderem Sztandaru Pracy I klasy.
* 22 lutego — Leszek Herdegen pisze: Dorobek naszej młodej poezji politycznej jest poważny... Podczas koncertu "najwybitniejsza skrzypaczka młodego pokolenia" Wanda Wiłkomirska odznaczona zostaje Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
* 24 lutego, wtorek.
W programie I Polskiego Radia:
6,50 - gimnastyka
12,15 - "Na swojską nutę".
13,4o - utwory na flet.
14,30 - przerwa.
W programie II:
15,00 - utwory Mozarta.
* 15,00 - w kotłowni katowni UB na Rakowieckiej rozpoczyna się egzekucja generała Wojska Polskiego Augusta Emila Fieldorfa, ps. "Nil".
15,10 - opowiadanie Janusza Meissnera p.t. "Załoga Robaczka".
* 15,25 - mordercy podpisują protokół wykonania egzekucji.
15,30 - (w programie I - audycja dla dzieci).
17,30 - "Na warszawskiej fali".
18,00 - Duet harmonistów.
* 19,00 - w Teatrze Kameralnym rozpoczyna się sztuka - "Pułkownik Foster przyznaje się do winy". W Ateneum - "Południk 49". W Powszechnym - "Zrzędność i przekora".
 20,00 - koncert symfoniczny w wykonaniu Wielkiej Orkiestry Symfonicznej PR pod dyr. Grzegorza  Fitelberga.
* 27 lutego, w piątek, Józef Marusarz zdobywa złoty medal w slalomie na X Akademickich Mistrzostwach Świata.
W lutym, nakładem "Czytelnika", ukazuje się tomik poezji Wisławy Szymborskiej pt. "Dlatego żyjemy". Teatr Kameralny w Warszawie przygotowuje prapremierę sztuki Kazimierza Brandysa "Sprawiedliwi ludzie" - w reżyserii Aleksandra Bardiniego.
9 marca — ogłoszono żałobę narodową, przestało bić serce wodza ludzkości, wielkiego Józefa Stalina. Zamknięte są teatry, kina, nie odbywają się zawody sportowe. J. Iwaszkiewicz, J. Stryjkowski, A. Ważyk, W. Woroszylski, J. Putrament, A. Zelwerowicz, K. Brandys etc. piszą wzniosłe nekrologi.
* 15 marca — tygodnik "Życie Literackie" w żałobie. 
* 22 marca, w sali Państwowego Teatru Narodowego w Warszawie odbywa się akademia żałobna, na której literaci, plastycy, architekci, aktorzy i muzycy uczcili pamięć Wielkiego Wodza postępowej ludzkości. Przemówienia wygłosili: Jarosław Iwaszkiewicz, Zygmunt Mycielski, Wojciech Żukrowski, Marian Wnuk, Lucjan Rudnicki i inni. W części artystycznej orkiestra i chór Polskiego Radia pod dyr. Kołaczkowskiego, wykonały utwory kompozytorów polskich i radzieckich poświęcone Józefowi Stalinowi.
* 5 kwietnia — Wielkanoc
* 18 kwietnia — tow. Bolesław Bierut kończy 61 lat.
* 1 maja — rozpoczyna się VI Wyścig Pokoju. Na stadionach i trasach przejazdu kolarzy tłumy.
* Powstaje Zespół Pieśni i Tańca "Śląsk"
* Leszek Kołakowski rozpoczyna pracę w Instytucie Nauk Społecznych przy KC PZPR.
* W Teatrze Starym, w sztuce "Odys u Feaków", debiutuje Gustaw Holoubek. Jeszcze w tym samym roku, w filmie "Żołnierz zwycięstwa", wciela się w postać Feliksa Dzierżyńskiego.
* Feliks Stamm sędziuje w filmie "Sprawa do załatwienia".
* Polscy bokserzy zdobywają 5 złotych medali na Mistrzostwach Europy.
* W maju rozpoczynają się prace nad samochodem syrena.
* Jerzy Kawalerowicz kręci "Celulozę".
* Tadeusz Konwicki uhonorowany wydaniem "Władzy".
* Trwa budowa Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina.
* Sławomir Mrożek wydaje "Opowiadania z Trzmielowej Góry" i Półpancerze praktyczne", które "ugruntowują pozycję pisarza".
* Konstanty Ildefons Gałczyński zostaje odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
* Jarosław Iwaszkiewicz obejmuje stanowisko przewodniczącego Polskiego Komitetu Obrońców Pokoju.
* Dobiega końca budowa MDM w Warszawie pod hasłem "Lud wejdzie do Śródmieścia".
 * Nakładem Biura Wystaw Artystycznych ukazują się teki współczesnego malarstwa polskiego.
* Ukazuje się powieść Andrzeja Brauna "Lewanty".
* Zbiór wierszy i pieśni pt. "Zrodził nas czyn" na dziesięciolecie powstania Związku Walki Młodych już w księgarniach. Opracował - Tadeusz Drewnowski, wstęp napisał - Bohdan Czeszko.
* Obraduje ministerialna Rada Kultury i Sztuki nad dalszymi etapami walki o sztukę realizmu socjalistycznego. Młodzi literaci i malarze gremialnie włączają się w nurt tego frontu. W nagrodę otrzymują mieszkania i pracownie na Starym Mieście. Władza niczego nie daje za darmo.

luty 2010

Błotniak z Bronnej Góry

piątek, 24 grudnia 2010

DOM NA POLESIU

Stoi na pagórku
Do wrót podwórza wspina się wilgotna łąka
W Domu chłopięca kryjówka
Tajemna ciemność kufra
Wyziębły niebieski pokój
Piec poczerniały
W pościeli bagno
W intarsjach szafy
Koń wspina się drewniany
Dymią jego chrapy
Stuka kopyto.

Wchodzą wszyscy
Tylko trochę bledsi
Trochę zmęczeni
Ktoś stawia figurę
Matka Boża w oknie
Poprawia zmokniętą suknię
Płonie stół pod lampą
Z pianina wylatują liście
Trzaska koperta zegarka we wnętrzu surduta
— Nawałnica już przechodzi
Powiada dziadek Łukasz cicho.

Bronna Góra,
w pażdzierniku roku 1996

Błotniak z Bronnej Góry

GOŁĄB

       Tego gołębia znalazłem na miejskich schodkach przy gwarnej ulicy. Kiedy mnie zobaczył, przytulił się przerażony do murku. Zatrzymałem się, by mógł spokojnie odlecieć. Ale gołąb nie odlatywał, wciąż przerażony. Podszedłem do niego — dał się bez oporu wziąć na ręce. Skulił się i zamarł. Byłem akurat w podróży i zupełnie nie wiedziałem, co mam zrobić. Ale też zaraz przypomniały mi się kuny grasujące tu już o zmroku i wypasione koty. No i ta ulica pełna samochodów... Włożyłem gołębia do tekturowego pudełka i pojechaliśmy.
      Mój znajomy hodowca gołębi orzekł, że gołąb ma podcięte skrzydła, więc latać nie może. Wyrwał mu te kikuty i zalecił cierpliwą opiekę, jako że piórka miały odrosnąć. Przy okazji okazało się, że mam do czynienia z gołębią niewiastą, więc otrzymała imię Froda. I tak Froda stała się członkiem rodziny.
      Na początku nie było łatwo. Froda dziobała wszystkich w rozpaczliwej obronie i nie dała się nikomu dotknąć. Z moją ręką oswoiła się najszybciej i już niedługo zaczęliśmy naukę latania. Kiedy poczuła moc w swoich skrzydłach, znikała nawet na cały dzień. Chodziłem wtedy po okolicznym gaju wołając do niej, bo dla ptaków drapieżnych była ponętną zdobyczą. I kiedy ją pewnego dnia odnalazłem, kiedy sfrunęła do mnie z wysokiej brzozy, gdy zaczęła muskać swoim dzióbkiem mój policzek, poszliśmy na zamarznięte jezioro na dalszą naukę latania.

      Froda wciąż za mną tęskni, wypatruje mnie wszędzie, skąd usłyszy mój głos. Kiedy mnie widzi przylatuje do mnie. Czasami nawet przylatują do niej dzikie gołębie, ale Froda nie odpowiada na ich hukanie. Froda uczy mnie rozumienia swojej ptasiej mowy i bardzo się stara rozumieć moją. Najszybciej nauczyła się swojego imienia, i to w kilku odmianach. Ma wielką potrzebę czułości i uwagi, ale też sama jest niezwykle opiekuńcza.
     Froda niewątpliwie posiada ptasi móżdżek, którego ludzie fałszywym wyobrażeniem — pełnym zarozumialstwa i pogardy dla naszych Mniejszych Braci — umyślili sobie nazywać własne umysłowe przypadłości, więc Froda nie mieści się w definicji napisanej przez ludzi empatii.

Błotniak z Bronnej Góry

czwartek, 23 grudnia 2010

ELEGIA NA ŚMIERĆ WIEWIÓRKI

Na Syberię szli powstańcy
Listopadowi
Styczniowi
Czasem za nimi w czarnych kolasach
Jechały żony
Z zagrabionych majątków.
Panowała żałoba
Nikt nie śmiał podnosić głosu
Czarna krepina i wstążki
U kapeluszy
Powiewały nad Wisłą
Nad Niemnem
Nad Szczarą
Nad stawem dworskim
Zasypanym liśćmi.
W stajniach jaskólki umierały z tęsknoty
Konie unosiły ukradkiem kopyta do oczu.
A tam, na Syberii
Malutkie wiewiórki
Czekały na polską gościnność
Na ciepłą dłoń dziedziczki
Na polską sosnę i bieriozkę
Na wieczorne wspomnienia babuni
I konfitury poziomkowe.

Dzisiaj burunduk umiera mi
W zakątku mojej dłoni.
Chylą się sztandary
Pałasze wirują w słońcu
Słychać fortepianu zerwane struny
Na Krakowskim Przedmieściu.
Dzisiaj wracamy do twojego kraju
Moja malutka syberyjska wiewiórko.

Bronna Góra — 12 sierpnia  2007


wtorek, 21 grudnia 2010

WILIA

Podobno już ponad tysięczny raz świętujemy te narodziny w obecności Wołu, Osła i Owieczki. Innym zwierzętom nie było dane dostąpić tej łaski.  Niewiele to w istocie znaczy, bo na co dzień i tak zapominamy o wszystkich naszych Mniejszych Braciach, tworząc z ich ciał i dusz bezlitosną Barbarię.
Kiedy więc przyjdzie czas, gdy zwierzęta naszym ludzkim głosem przemawiają, mówią — także w tonie skargi — nie odważmy się ich głosom przysłuchiwać.
U Sarmatów był wręcz obyczaj uszanowania tego czasu szczerości, bowiem własne sumienia też trzeba było jakoś ratować. A więc za podsłuchiwanie zwierząt w Noc Wigilijną jedna była kara. A że ze śmiercią nikt tańcować nie chciał nawet po pijaku, to i zwierzaki mogły sobie swobodnie porozmawiać.
Pójdźmy więc z dobrą nowiną do stajenki, do naszego psa, kota albo wiewiórki — zanim wybije północ.

Ryk osła brzmi dla Polan nazbyt dumnie! 

2001



malowała Błotniaczka

niedziela, 19 grudnia 2010

FELIETON ŚWIĄTECZNY


Na tej  kapliczce z Chrystusem Frasobliwym jeszcze nie wszystkie zwierzęta przychodzące i przylatujące do kapliczki zostały wymalowane. Brakuje klempy z synkiem, bobra, dzika, wiewiórki... ale pewnym jest, że ten Chrystus — przemieniony Słowianin, tak boleśnie zasępiony, nie jest już sam.
Bo przecież to ludzie skazali Go na takie osamotnienie, składając na Jego wątłe ramiona nadmierne ciężary swoich win i zbrodni, prosząc w dodatku o ich odkupienie i zanosząc przed Jego oblicze wciąż nowe prośby, obarczając Go odpowiedzialnością za ich niespełnienie.

"Ojczyznę wolną racz nam zwrócić, Panie!" - śpiewamy dzisiaj. (Jak gdyby to on nam ją odbierał).
Ale, jak trzeba było, adresatem tej proszalnej pieśni uczyniliśmy cara Aleksandra I, przyjaznego wprawdzie Polsce, ale nie pretendującego przecież do bycia Chrystusem, więc takie  polskie obłąkanie też wypada przypomnieć.


— JPan Alojzy Feliński, natchniony pieśnią "God save the King" (Boże, zachowaj króla), pisze naszą narodową pieśń.
— JPan kapitan Kaszewski z czwartego pułku piechoty robi do tego hymnu stosowną muzykę.
— Jego Cesarzewiczowska Mość W. Xsiążę Konstanty raczy wyrazić ukontentowanie swoje.
Jest zaledwie rok 1816...
A Polanie śpiewają:
"Przed twe ołtarze zanosim błaganie
Naszego Króla zachowaj nam Panie!"

A więc zaprzaństwo i bezmyślne korzystanie z daru życia, unicestwiające wszelkie bezinteresowne dusze i akty miłosierdzia. Powtórne uśmiercanie, zabijanie, mordowanie... jako akt najwyższej woli i troski o dobro wspólne.
Hekatomba, jako panaceum na znikczemniałe zbiorowe sumienie!

Tedy w tych dniach, gdy zgodnie z tradycją mamy świętować Boże Narodzenie, pomyślmy i o naszych Mniejszych Braciach, których tak przemyślnie bez litości mordujemy, interpretując w ten szczególny sposób tak nam chwalebnie zalecane: "Czyńcie sobie ziemię poddaną".

I zabijamy naszych Mniejszych Braci tylko po to, żeby się zwyczajnie nażreć! 

18 grudnia 2006

Błotniak z Bronnej Góry

sobota, 18 grudnia 2010

STAN WOJENNY

      Gdyby mnie ktoś zapytał, choć nikt nie ma takiego zamiaru, co było moim najbardziej dramatycznym w owym czasie przeżyciem, musiałbym odpowiedzieć, że bardzo sobie szanuję ten czas, gdy 17 stycznia 1982 roku byłem jedynym pasażerem pociągu do  Suwałk. Cóż to za rozkosz, gdy kierownik pociągu tylko na nas ma takie czułe baczenie, a wzmocnione uzbrojone posterunki czuwają nad naszym tylko bezpieczeństwem. Naturalnie w wojskowej komendzie  w Warszawie uzyskałem już wcześniej odpowiedni dokument, który mi na taką podróż zezwalał w ściśle ograniczonym czasie. Ta moja wyjątkowo haniebna postawa do dzisiaj nie daje mi spokoju i co rusz się objawia w różnych patriotycznych manifestacjach, bowiem nie sposób się doszukać żadnego wiarygodnego świadka moich prześladowczych zimowych bojów w obronie Ojczyzny — bo albo wszyscy siedzieli już w internatach, albo byli na nartach.

      A śniegu na ulicach w Suwałkach było wtedy dwa metry i fajnie się tam chodziło, mając na względzie ezoteryczne spotkanie w tym śniegowym tunelu aktorki Felliniego, która w jakimś filmie zanadto podciągnęła do góry sukienkę, co marszczenie Freda po różnych urzędach, jednostkach wojskowych i pustych stacjach benzynowych — nawet w tak dotkliwym czasie zimowej narodowej klęski — umożliwiało. Jednak i to trzeba jeszcze dopowiedzieć, że ta Felliniego ladacznica i piersi odkryła, co było już dla zamrożonych  suwalszczan jak lot do Bieguna Południowego na nadmuchanej prezerwatywie.

      Ja w każdym razie, po tak zdradzieckim wyczynie kumania się z wojskową juntą, nikomu nie śmiałem spojrzeć prosto w oczy i starałem się szybko opuścić to gniazdo międzynarodowej rozpusty. Do oblodzonej tedy taksówki wsiadłszy, z której zwisały wielkie lodowe sople, kazałem się wieźć drogą ku sowieckiej granicy, starając się rozeznać po drodze dyslokację naszych dzielnych wojsk. Już na skraju miasta zatrzymał nas posterunek wojskowy uzbrojony w czołg  i baterię przeciwlotniczą. Po rewizji w poszukiwaniu broni i nielegalnych trunków i druków, mających nadwątlić ducha wyzwoleńczej armii, udało się nam pojechać dalej.
Dużo dalej jednak się jechać nie dało, więc wysiadłem przy lesie, bo potrzebowałem duchowego wsparcia.
      Patrzę, a tu żadnego człowieka, ufortyfikowanego wroga też nie widać, tylko ślady saren, łosi i zajęcy, nie mówiąc o dzikach, lisach, kunach i jeleniach. I ta cisza bezmierna. Więc sobie idę. Śnieg coraz głębszy, wprost po pachy. Drogę Bóg zasypał niemiłosiernie. Ale on przecież zawsze wie co czyni.
      Tak i do Puszczy zbaczam, bo Puszcza, myślę sobie, zawsze mnie jakoś przytuli. Nie jest to tak nietrwałe, jak zakusy przypadkowej jakiejś białogłowy, która nas chce interesownie wymodliszkować. Tak więc się skuliłem pod jakimś wykrotem i noc postanowiłem przeczekać, bowiem czekała mnie jeszcze przeprawa przez okopy z II Wojny Światowej, gdzie jednak mogły na mnie czychać jakieś bojowe oddziały.
      W nocy — mimo mojej gotowości do poświęceń — coś mnie podstępnie podrzucało i chropało, ale ja tam ufności swojej tak łatwo się nie zbywam. 
      O bladym świcie nie byłem zdolny do żadnej ze sobą konwersacji, bo mi dupa do sosny mocarnej przymarzła. Więc się wiercę, sośnie ubliżam, żywoty grzesznych świętych na pomoc wołam, własne dokonania  w przedśmiertnym wspomnieniu przeklinam.
      I oto wychodzi do mnie Pani Zimowa, która obiecuje mnie uwolnić, ale i potomka mam jej zostawić. 
     Jakże tu odmówić niewieście! Tedy potomka mimo mrozu czynię, i w podskokach jakiejś ciepłej chałupy szukam. A tu znowu wilcy na mnie spoglądają swoimi krwawymi ślepiami. I ja już im nie dotrzymał, tylko zaczął zwiewać gdziekolwiek. Okopy więc też w mig zdobyłem. I  tak lasami, dokładając niemiłosiernie drogi, dotarłem do ludzkich domostw.

      I tam, zaraz na rogatkach dość wyludnionej wiejskiej metropolii, gdzie zaledwie kilka chałup sterczy, natknąłem się na płot w metrowej zaspie. Tuż nad granicą wiecznego śniegu, na zmurszałych drewnianych sztachetach, wisiało przybite pracowicie gwożdzikami z papierowami podkładkami — żeby to ino go wiatr nie zerwał — obwieszczenie o wprowadzeniu stanu wojennego na obszarze Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

Błotniak z Bronnej Góry

poniedziałek, 13 grudnia 2010

KOMUNIKAT

W grudniu nasze dzielne wojska zajęły cały kraj.
W głębokich śniegach ufortyfikowały się dywizje.
Kampania zimowa przebiegała prawie bez zakłóceń.
Pociągi jeździły bez pasażerów. Generałowie uchodzili wciąż
za dobrych strategów. Żołnierze padali od przeciągów.
Z kart książek pobrzękiwały ostrogi, karabiny ustawiano
w kozły, husaria cwałowała po zamarzniętych stawach;
Najświętsza Panienka zamykała oczy zabitym na obrazkach Grottgera.

Na głębokich tyłach ludzie oddychali z ulgą. Nadciągały
spokojne czasy. 

Bronna Góra — w marcu 1982

 

DO ANTONIA MACHADO

Czy już odszedłeś
Biały rumaku
Malowany koniu
Czy falą światła przebiegłeś
I w marszu cieni złożyłeś kości —
Koniu
W rumaku malowany
Z tekturowym siodełkiem
Z gazetowym jeźdzcem
Z kopią —
Koniu malowany
Popielnicowy koniu
Pozostawiony na łasce wyobraźni.

Błotniak z Bronnej Góry

OGŁOSZENIE Z PRZESZŁOŚCI

Szukam konia achałtekińskiego, najlepiej odsadka!
W ten kupiecki sposób chce się zapewne moja słowiańska dusza po tamtej stronie ukryć. W lasku smoleńskim przycupnąć. Na rozbitym skrzydle poranną mgłę smoleńską zawiesić. Na drodze smoleńskiej Okudżawy głos wskrzesić.

Przecież nie bez powodu mój dziadek Łukasz służył w carskim 489 Rybińskim Pułku.
Zegarek Pawła Bure dostał (pastawszczik dwora jewo wieliczestwa) i Krzyż św. Jerzego — za wyprowadzenie oddziału z okrążenia. W zegarek uderzył odłamek i Łukasz przeżył.
Ostróg wszelako Łukasz starał się nie używać, chyba tylko do fotografii, bo tkliwość miał dla koni. Za dowód pozostawił mi mosiężną misę, w której odmierzał owies dla swojego rumaka. Szabli też dobywał jeno w konieczności, bowiem ręka z sygnetem, na którym orzeł na biało-czerwonym tle zamarł, nie była dla tej szabli dobrą protekcją.
W okopach, jakże często, słychać było polskie przekleństwa i zaśpiewy, i rosyjskie pieśni.
A tuż obok, z innych dołów, wstawał mglisty poranek, gdzie głosy wszelkie na zawsze zamilkły.
Zaraz potem, na skraju ciemnicy, bolszewickie hordy zaczęły zaganiać tabuny także achałtekińskich koni, potrzebnych dla konnej armii, która zalała ziemie odradzającej się Polski.
Krzyż św. Jerzego gdzieś się zapodział jeszcze w II Rzeczypospolitej — choć przetrwał na mundurze Łukasza w sepiowej petersburskiej fotografii — ale zegarek ocalał i odmierza mi czas powtórnie.

I teraz patrzy na mnie ze starej fotografii mój dziadek Łukasz, na szablisku się wspiera, na zegarek Pawła Bure w skórzanej oprawie wskazuje, popiół ze szklanej lufki strzepuje, brzytwę przed goleniem na wojskowym pasie ostrzy.  Patrzy na mnie i lekko się uśmiecha, i stuka do mnie swoim kopiowym ołówkiem.
Za Jego plecami pochyla głowę achałtekiński koń.

Koniu mój, popielnicowy koniu
Achałtekiński koniu!

Zanieś mnie tam...

Błotniak z Bronnej Góry