BŁOTNE ABECADŁO

środa, 31 października 2012

KAT W NIEBIAŃSKIEJ MASCE

Katolicy wciąż się chełpią, że stanowią ponad 95 procent ludności Polski. Liczba ta wprawdzie  niezbyt odpowiada rzeczywistości, ale sądząc po ilości przybytków katolickiej wiary i rzeszy klechów, można się zgodzić, że katolicyzm zdominował wszelkimi metodami słowiańskiego ducha. Logicznym więc będzie wniosek, że to właśnie katolicy są odpowiedzialni za doprowadzenie Polski do stanu śmierci klinicznej. Mimo to chcą pod zawołaniem: "aby Bóg czuwał nad ojczyzną" – znowu to dzieło własnego zaniechania i bezmyślności na sztandary wynieść i Ojczyznę naprawiać. Kiedy więc Polskę chce ratować taka Błękitna Armia, to przyjmuję tę zapowiedź jako znak złowieszczy.

Kiedy zaś krwiożerczy Polacy z Jedwabnego starali się w sadzawce przez dwie godziny odpiłować Ryfce głowę, nie mogli przypuszczać, że ta z takim trudem odpiłowana głowa będzie nadal żyła na polskim korpusie w patriotycznej i katolickiej wersji.

Ostatecznie nowe godło jest już gotowe – to błękitna Gwiazda Dawida wyrastająca z tkanek Polskiego Orła! (Projekt studia The League).
Taki oto znak (tymczasem dla potrzeb filmu izraelskiej artystki, reprezentującej polską sztukę na Biennale w Wenecji) podsuwa usłużnie niedobitkom Polan "sam" artycha Wilhelm Sasnal – tak jakoś od lat błękitnie niebiański wedle reguł pustynnych proroków!

Czyż więc można się dziwić, że polscy jeszcze piloci będą ćwiczyć swoje umiejętności w biblijnych przestworzach?

13 maja 2012

ŁZA BORSUKA

Szedłem dzisiaj przez Puszczę i nagle ziemia się zatrzęsła. Na wprost mnie galopował dorodny Borsuk. Stanąłem, aby nie przyprawiać go o palpitację serca związaną ze spotkania z ludzką Bestią, ale on zatrzymał się pięć metrów przede mną, wysikał się w spokoju i pognał w puszczańską gęstwinę. A tuż za nim nadbiegł drugi Borsuk, wysikał się w tym samym miejscu i pobiegł jego śladem. I w ten sposób stałem się świadkiem borsuczej namiętności.

Aliści przypomniał mi się inny Borsuk, umierający na asfalcie w mojej obecności.

Otóż nocą wyprzedził mnie jakiś wracający z dyskoteki samochód, czyli z prędkością nadmierną. I zaraz zobaczyłem w światłach reflektorów zaledwie poruszający się przedmiot na szosie. Zatrzymałem się tuż przed nim. Przede mną leżał oddychający spazmatycznie Borsuk.

Tymczasem do grona obserwatorów dołączyła także załoga tego samochodu, który Borsuka przejechał. Wszyscy byli zakłopotani. Bo Borsuk — niestety — żył jeszcze. Ale, wiadomo, koszty weterynaryjnej opieki wysokie są, i nikt nie kwapił się z pomocą. Tak więc sprawcy wypadku szybko się oddalili.

I oto pozostałem ja sam na szosie z potrzebującym pomocy Borsukiem. I zacząłem sobie także przemyśliwać nad kosztami i obowiązkami. Przecież Borsuk nie ma szans, i wystarczy, że go tutaj godnie pochowam.
I wtedy otwarło się na mnie oko Borsuka z tak bolesną wiedzą!

Borsuk — nasze sumienie!

30 marca 2012

niedziela, 28 października 2012

PRZY OGNIU W ZATOCE

Nie umieraj, mój Przyjacielu.

Ostatnie polano dogasa
Małych iskierek rój
W niebo się wzbija pół człowieka
Pół cienia...

...I każda inna, każda opuszczona
(Zatokę zakrywa jedwabna zasłona)
I każda jest szeptem...
Gdy z dzikich tych chmur
Zbliża się do mnie
Moje serce.

Dołóż choć jeszcze szczapkę brzozy
Nie chcę ich smutku.

piątek, 28 września 2012

FOTOGRAFIA W MUNDURZE LOTNICZYM

Napisałem kilka wierszy o upadłych aniołach
Zbudowałem okręt jak bajeczna Hispaniola
Z łatwością nauczyłem się gry na grzebieniu.

Służyłem w gwardyjskim pułku
Miałem czapkę jak dach zimowego kościoła
W ruletce wirowałem na blaszanym wieńcu. 

Chowałem szrapnel w usta
I dobosza białej skóry
(Odpadała od muru jak zaśliniona kalkomania).

Byłem poetą nubijskiego miasta
Które widzi siebie w przeciwległych zwierciadłach
I w rudych bezdrożach odwijało się moje ciało.

Jestem teraz sam
Bramy miasta
Otwiera niemy kinematograf.








wtorek, 18 września 2012

SWAROŻYC

Już tysiąc lat
Spoczywasz pod polskim dębem
Tak  dawno wyciętym
Na koła do wozu
Donikąd.

Ty, jako i my
Śmiertelny
Czasem
W przydrożnej kapliczce
Ocalony.

W moich wędrówkach
Po białych płótnach łąk
Nad Narwią i Wisłą
Twoja twarz tak zawsze błękitna
Pochylała się nade mną z zamkniętymi oczami.

Potem  tak niezdarnie
Tylko borsuczym pędzelkiem
Malowałem Twój duchowy portret.

Przed laty namalowałem taką twarz, która zrazu zdawała mi się autoportretem.
Jest już w Dziupli ten obrazek p.t. "SŁUCHAM..." z cyklu "Moja Ziemia".
Tedy go tutaj nie powtarzam. Ale też już dawno myślałem sobie po kryjomu,
że namalowałem twarz Swarożyca. I wreszcie jeszcze ktoś orzekł: To przecież twój Swarożyc!
Tedy o tym spotkaniu w Misterium Tworzenia jest ten wierszyk, z którego materią się mocuję.
Sława!

piątek, 18 maja 2012

sobota, 14 kwietnia 2012

WIOSNA

Ulewa – jak pierwszy zapis kredy
Ulewa snu – Czerwony Kaptur
Rynnami biegniesz przez miasto.

Jaskółka zamyka gniazdo
Skrzydełkiem klonu
Latawcem lakmusowym.

A Ty
Między chmurami płyniesz
Niby gór falbanka odbita.


 "Czekam na Ciebie" – (fragment), gwasz
malował Błotniak z Bronnej Góry

sobota, 7 kwietnia 2012

ŁZA

Oto stoisz przede mną
Moja Łzo
Tak nieobecna.

Przybierasz czasem inną postać
Która w tobie się nie mieści.

Łzo
Nie mam nawet byle jakiej chorągiewki pod ręką
Biało-czerwonej
By zwrócić na siebie twoją uwagę.

Łzo
Przytul mnie do siebie.

Albowiem ty także
Nie możesz obyć się beze mnie.

środa, 21 marca 2012

SZLAKA PO POLSKU

Od granic wszelakich Rzeczypospolitej, ścielą się przez święte słowiańskie gaje widma tejże pradawnej Rzplitej zagłady. Dęby słowiańskie zmrużdżone, bogowie pogańscy wymordowani przez chrześcijan, koła dębowe do wozów dawno zgniły — tak jak gnije nam nasza, albo czyjaś i obca — Rzeczpospolita!

Tymczasem, dzięki uchwalonej przez maszynki do głosowania w roku 2006 ustawie, (Dz. Ustaw  Nr 75,  poz. 527 zm. Dz. Ustaw z 2008 roku Nr 235 poz. 1614) można — już całkiem bezmyślnie i bezkarnie, jak Polska długa i szeroka — zasypać Ją szlaką, czyli odpadami spalania węgla, z których utylizacją jest pewien problem, bowiem zawierają toksyczne i promieniotwórcze substancje. Wprawdzie w tej samej ustawie, na wszelki wypadek, wspomina się o konieczności spełnienia kilku warunków, ale któż by zwracał uwagę na takie dodatki, bo nie tylko można na przepchnięciu takiej ustawy godnie zarobić, ale i tubylczej ludności dać powody do radości. A radość ta ma wszelkie podstawy aby się utrwalić w zbiorowym amoku, albowiem taki np. dwutlenek siarki, będący jednym z głównych składników żużlu, świetnie rozpuszcza się w wodzie, tworząc kwas siarkawy. Dlatego szczególnie jest wskazane wysypywanie szlaki na podmokłe łąki i brzegi jezior, zaś bliskość studni i innych ujęć wody pitnej, umożliwi szybsze zapełnienie powstających jak grzyby po kwaśnym deszczu cmentarzy. Ten kierunek rozwoju gospodarki narodowej, gdzie polskimi orłami biznesu jest ksiądz i grabarz, znajduje oto swoje spełnienie.

Tak więc sypiemy ten ekologiczny gnój na nasze pradawne łąki i uroczyska, na nasze podmokłe brzegi jaćwieskich jezior — ażeby własną twarz zobaczyć. Bo tylko ona, nasza rodzinna maszkara, może nam zdradzić sens naszego na Tej Ziemi istnienia.
Kiedy więc pan Gerwazy w samobójczym geście protest wznosi, to prawie wszyscy mają go za półgłówka.

Bo też trudno ustrzec się przed taką kwalifikacją, gdy nawet w polskim parku narodowym  gospodarują dwaj przemyślni polscy bogowie: wandal i imbecyl — rozgrzeszeni przed konfesjonałem!

wtorek, 28 lutego 2012

ŻYCIE PO ŻYCIU

Życie w teatralnym bufecie wyraźnie zdycha, gdy manifestacja rzadkiej wśród intelektualistów i Artystów solidarności zmierza do ocenzurowania nawet zwolennika cenzury — w najbardziej świetlistej postaci — wymiatając przy okazji swoim cenzorskim ogonem pachnący świeżonką wątek: prawdziwa to bufetowa świeżonka! A przecież od dawna wiadomo, że Belzebub pożera również własne dzieci.

Daje się także zauważyć ogłoszona w trybie nagłym mobilizacja pozostających dotąd w magazynach szmacianych kukiełek, których głosy zdają się imitować orkiestrę grającą bez instrumentów. Odtwórcom zaś różnych ról, zaczyna wyraźnie doskwierać atmosfera spektaklu granego przy pustawej sali. I z mroku wyziera tylko papierowe Monstrum Cenzora o jakże wielu obliczach.

W innym zaś bufetowym teatrzyku odbywa się premiera sztuki "Chwalebna Historya Dwudziestu Lat Wyrywania Chwastów" — w reżyserii Agnieszki Holland i Adasia Michnika — na ten przykład. Ta długoletnia akcja oczyszczania polskiej kultury ze zbędnych elementów, dała tak znakomite rezultaty, że nawet aktorzy obsadzani zawsze tylko w głównych rolach, ogłaszają z bolesnym zdumieniem swoje wyroki.
Jak wtedy, gdy w lutowy dzień 1953 roku, za murem mokotowskiego więzienia, mordowano bez nazbyt wielu słów polskiego generała Augusta Emila Fieldorfa, który nakazał — w czas niemieckiej zbrodniczej okupacji — wykonać rozkaz likwidacji kata Warszawy Kutschery. I oto dzisiaj Jego kaci i ich mentalni spadkobiercy ukrywają się za swoją skrywaną  tożsamością, nazywając polską pamięć "rasizmem, ohydą i podłością",

Jak wtedy, gdy Artyści i Pisarze tworzyli nowe dzieła — wpychając knebel torturowanej Polsce! Jak wtedy, gdy do dobrych manier zaliczano eliminację tych Artystów, którzy mieli wstydliwe skrupuły. Albowiem do dziś z szczególnym wdziękiem pląsa sobie taki oto pogląd, że ludzka nikczemność może być rozgrzeszona przez boskie dzieło. Tak więc knebel w ustach albo piasek w oczodołach nie są dobrą rekomendacją.



wtorek, 21 lutego 2012

JAPOŃSKI DRZEWORYT

Nad rzeką Uchi
Na skraju lasów Suijin
W wiosce Sekiya
Żył Utagawa Hiroshige
Wśród kamieni i mchów
Pędzelków i czarnego tuszu.

Mijały lata wśród koników polnych
Wciąż tą samą ścieżką
Chodził ksiądz Twardowski.

Od czasu do czasu
Na gościniec
Wychodziła posępna zbroja.

Mrugało oko u ugiętych kolan.

Wokół biegały łzy
Jak źrebaki nad Wisłą.

Dwór w Głuchach milczał
Jak przystało na Poetę.

 

"Błotniak w Zbroi Posępnej" — szkic do dekoracji

sobota, 18 lutego 2012

NAUKA PERSPEKTYWY

Słowo nigdy nie miało oblicza
Więc i nie miało zasłony.

Słowo było światłem
Lecz światłem zgaszonym.

Koła słowa toczyły
Nieme młyny mieliły.

Nad równiną zwisała
Noc zdawkowa.


"IN STATU NASCENDI" – gwasz
malował Błotniak z Bronnej Góry

sobota, 4 lutego 2012

ZIMA POLSKA

Zimą ospałą, do chmur dojrzałą w białych bluszczach
Gdy dzień przed dniem rozwija świtanie
Wejdź do mego Domu, gdzie za kotarą
Jest białe miejsce po ogniu już zbytecznym.

Zimą ospałą wozy podróżne
Ostatni z tylnej straży całun na niebo napina
Trumiennych widząc złote szeregi
Gdzie pole — kołysząc się — widnokrąg pełniło.

Tu, u stóp piastowskiego zamczyska
Na tych śmiertelnych białych poduszkach
Tlą się nasze prochy.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

RYMOWANKA ZIMOWA

Widzę ciebie, jakbym słyszał
Znakiem ocalałym z trwogi
Dziś już pełna – jutro pusta
Ja sam – w brzeg ptasiego płótna
Słyszę kroki...
Więc rozdmuchaj mnie już dzisiaj
Moja Zimo biała, wierna
Swym dmuchawcom dodaj tchu
Niech popłynę w biały bezmiar
Tak jak w lodzie płynie lód...
– Sufit płynie w trąbce słonia
Sny zamknięte w biały wór
A za oknem Zima czarna
Opuszczona.

BAL W OPERZE

Dramat w dwóch aktach

Osoby:

OFIR LAVIE izraelski tancerz, solista Polskiego Teatru Tańca, przybyły przed rokiem do Polski.

ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERINzastępca dyr. Teatru Wielkiego w Poznaniu, matka żydowskiego dziecka uczęszczającego do przedszkola i żydowskiej szkoły Fundacji Ronalda S. Laudera.

WOJTEK SZAJSTEKpracownik dekoratorni, kuśnierz z zawodu i miłośnik wędkarstwa, widmo Adolfa Hitlera.

ALON SIMHAYOFFattasche kulturalny ambasady Izraela.

MICHAŁ ZNANIECKIdyrektor Teatru Wielkiego w Poznaniu.

STATYŚCIdziennikarze i głosy ludu.

AKT I

Jest 9 listopada 2009 roku. Scena Teatru Wielkiego. Trwa próba "Alexanderplatz". Uroczysta premiera przewidziana jest na 11 listopada, Święto Niepodległości. W oddaleniu nad stawem posąg konny biały.

OFIR LAVIE – Cóż ja widzę, tam, za kotarą! Adolf Hitler patrzy na mnie! Straż! Aresztujcie tego drania, wyrwijcie mu te kły i obetnijcie mu ten wąsik! Ach, ja tańczyć już nie mogę! Słyszę zewsząd jakieś podniesione głosy...  te polskie obozy...

ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERIN – Jakie głosy, kto mnie wzywa! Tańczyć trzeba, ale ja tę próbę zrywam!

OFIR LAVIE - (Łykając kolejny proszek) – Kto ty jesteś nędzna pani! Ja przez taniec swój wyrażam narodu mego wielkość. Nie pozwolę! Nie pozwolę twemu "pieprzonemu narodowi" kalać tej wielkości! "Ten cholerny naród"...

ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERIN – "Ty pierdolony Żydzie!"

OFIR LAVIE – "Ty pierdolona nazistko!" (Rwie się do rękoczynów, ale zostaje powstrzymany)

WOJTEK SZAJSTEK -– Komuś tu puściły nerwy. Ja zniewagi nie wybaczę. Ludu! Broń honoru swego! Kościuszki maciejowicka szabla teraz w naszych rękach! (Zdejmuje czarne ubranie i przebiera się w białą powłóczystą szatę albo odzienie Wernyhory – albo mundur polskiego generała, wynajętego do brudnej roboty).

OFIR LAVIE – Kto tu krzyczy!? Ja poskarżę się gdzie trzeba! Ambasada Izraela bronić będzie mnie! Cały świat musi to usłyszeć! (Wrzask) Antysemityzm! Antysemityzm! Antysemityzm! (W tle płaczą tancerki, bo to wyssany z mlekiem matki, jakże polski antysemityzm, wyśpiewany przejmująco przez Pawła Śpiewaka). – Largo!

AKT II

W ambasadzie izraelskiej światła palą się przez całą noc. Obraduje sztab szybkiego reagowania na przejawy polskiego złowieszczego antysemityzmu. Skarga żydowskiego tancerza wzbudza też popłoch w Ministerstwie Zaprzaństwa Narodowego. Sam Minister doznaje sraczki umysłowej i znika w swych prywatnych apartamentach. W pobliskiej synagodze nieznani sprawcy podpalają drzwi. Ktoś oblewa farbą nagrobki na żydowskim cmentarzu. Na tramwajowych przystankach pojawiają się napisy "Żydzi do gazu". Pan Alon Simhayoff zwołuje konferencję prasową. (Wstęp tylko za imiennym zaproszeniem). Była już pani dyrektor przytula swe żydowskie dziecko... Dyrektor Znaniecki zmienia mokre gacie. Posąg konny biały znika dla świętego spokoju w ciemnościach.

ALON SIMHAYOFF – Tego już za wiele! Nie będzie nam jakaś Polka pluła w twarz! My tym zainteresujemy się!

ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERIN – Ja przepraszam. Mnie wybaczyć trzeba. Tańczyć umiem też. (Zaczyna w rytmie poloneza, ale po chwili kołysze się jakoś inaczej).

ALON SIMHAYOFF – Kto powierzył ci tę rolę? (Grzmoty). Kto twe dziecko natchnął myślą złą? Nienawiścią jakże polską! (Grzmoty i wichura).

ANNA ŚWIDERSKA-SCHWERIN – Ja starałam się jak mogłam. Ale on mnie zamordować chciał. Dziecko moje sierotą by zostało. Bo przecież nie miernotą. (Posąg konny biały na chwilę wynurza się z ciemności, ale po chwili zniechęcony znika powtórnie).

DZIENNIKARZ – Oto nasza polska prawość! Hańbą okryliśmy się! (Lud wzburzony chce stawiać szubienice, ale nie wie jeszcze dokładnie dla kogo).

MICHAŁ ZNANIECKI – Ja tę panią wyrzucam na bruk! Ona ubliżyła mnie. Nie ma dla niej kary. To jeden Jahwe wie. (Znów zmienia mokre gacie, trzęsie się cały z zimna i wiatru przenikliwego. Słychać tupot nóg podchorążych).

ALON SIMHAYOFF -– My badamy. My za nic tak poważnej sprawy nie oddamy. (Ukazuje się rabin  Joskowicz z palcem karzącym).

MICHAŁ ZNANIECKI – My z Gminą Żydowską współpracujemy. Przy jej pomocy "Brundibana" realizujemy. Nie może, ach, doprawdy nie umiem tego wyrazić... nie może (Powstrzymuje czkawkę), nie może mnie reprezentować antysemita tak zwyrodniały.

KODA

Ciemne chmury podświetlone migającym reflektorem spowijają scenę. Wojtek Szajstek wybiega z dekoratorni i dramatycznym gestem łamie wędkę. Szable spadają z rumorem ze ścian. Król Jan Sobieski sam zamyka  za sobą wieko swojej ciasnej trumny. Wkrótce posąg konny biały  występuje w niepodległościowej paradzie, by po tej patriotycznej manifestacji odjechać do rzeźni. 
Jest 11 listopada, Święto Niepodległości!
Polski Teatr Tańca z żydowskim solistą!

Na cmentarzu w Krzywopłotach trwa jeszcze pod mchem zapomniane epitafium; jeszcze czułym dotykiem ręki odczytać je można. W nieodległym zamczysku zapadają się ściany... Między Kluczami a Wolbromiem, na Piastowskim Szlaku, w dniu 11 listopada, powiewa jedna polska chorągiew.

30 listopada 2009




sobota, 21 stycznia 2012

MICHALKIEWICZ NA KOŹLE

Ten mój Gerwazy sprowadza na mnie same zgryzoty; gdzie tylko dzioba otworzy, zaraz skandal wywoła!
Jak cytowany przeze mnie tekścik w dawnym teatralnym bufecie umieścił, to w niedługim czasie powstał tam taki ferment, że i niebawem doszło do samozagłady tego teatralnego umysłowego imperium. Wprawdzie mam na Gerwazego pewien wpływ, ale nie mogę przecież wszędzie za nim latać i dzioba jego pilnować!

I tak znowu polazł ten jegomość na forum, które dodatkiem do kożucha publicystycznej działalności Stanisława Michalkiewicza jest. Kożuch ten, prócz tego, że zdaje się robić trochę bokami — aby nie podpaść pod definicję falsyfikatu — wyraźnie jest jednak zaatakowany przez insekty, bowiem noszony na każdą okazję, nie ma nawet czasu, aby poleżeć sobie spokojnie w szafie nakryty choćby gałązkami bagna i przysypany naftaliną. Ten używany przez nasze babcie środek ma dobroczynne działanie dla wszelkich twórców w walce z upływającym czasem, który jakże często sprowadza dawne nadmuchane przez różne okoliczności wielkości do stanu równowagi.

W tym to zgromadzeniu i ja kiedyś swoje krzywe literki ustawiałem – tylko pod swoim błotnym imieniem - i doznałem tam takiej satysfakcji, że nieporadne moje teksty zyskały aż tak wielki aplauz wśród innych wybitnych "pisarzów" i ukrytego zmyślnie cenzora, tak nie były godne wszelkiej uwagi i polemiki, że nieboraki nie widziały innego wyjścia, jak ich unicestwienie i jakże twórczą prostacką manipulację.

Ma ten wypadek przy pracy kilka dodatkowych aspektów, które warto może by było rozwinąć, ale najbardziej zaprząta mnie w tej chwili skala determinacji, z jaką różne insekciki zagnieździły się w gniazdeczku jak najbardziej patriotycznym.
A i to jeszcze moją uwagę zaprząta, czy pana Stanisława Michalkiewicza jakieś nieznane siły posadziły na kozła niedawnymi czasy, czy on już tego kozła od dawna dosiada...?

3 lipca 2010

czwartek, 12 stycznia 2012

ARS POETICA

 Stanisławowi Grochowiakowi

Kiedy przychodzę
Zamieniam słuch na głos
I w rękach ściskam
Blaszki zimowych wartowni.
Nikt nie może mnie rozpoznać.
Wchodzę
I widzę siebie w tym samym pokoju
Jak niegdyś
W płonących korytarzach
Gdy zamykałem się w kuferku
Z przeźroczami.
I wszystko jest jak w dzieciństwie
Gdzie koń był
Podbiegunowy
A moja twarz blakła o świcie
W szkiełku wygasłej latarni.

(To jest jeszcze mój "dziecinny" wierszyk, który zadedykowałem przed laty Stanisławowi Grochowiakowi, ale nigdy nie ośmieliłem się podać go do druku z tą dedykacją. Wciąż Grochowiaka chcę pomieścić w moim "Błotnym abecadle", ale i wciąż serce mi zanadto bije... Tedy, dla ułomnej pamięci, zapodaję poniżej linoryt mój malowany, który dedykowałem Józefowi Gielniakowi – a tenże miał, tuszę, specjalne miejsce w sercu Stanisława. Ot, taka zaledwie sygnaturka... Bo któż dzisiaj chce pamiętać o Gielniaku i Grochowiaku, gdy tak niezłomnie idziemy w zaparte, że unicestwianie Rzplitej nie odbywa się za naszym udziałem i przyzwoleniem.)

 

"SYGNATURKA – pamięci Józefa Gielniaka" – linoryt malowany
malował Błotniak z Bronnej Góry

sobota, 31 grudnia 2011

DO SIEGO ROKU

Tak sobie dywaguję, że mam na tych błotniaczych stronach 6 (sześciu) czytelników.

Przynajmniej jeden z nich obserwuje moją działalność z prawdziwym znużeniem, bowiem żadnego mojego tekstu nie jest w stanie ten obywatel rozwikłać, co przepełnia moją duszę bolesnym współczuciem. Obowiązki zawodowe zmuszają go jednak do kultywowania czujności nabytej na odpowiednich kursach i pisania kwartalnych sprawozdań – co odpowiednie służby starają się równie nieudolnie sylabizować na pohybel piastowskim kreaturom, za nic mając marność swego żywota.
Trudna to i niewdzięczna praca, ale z czegoś trzeba żyć!

Drugi sylabizuje moje literki z wprawą wykształconego polonisty. Przecinki mi przestawia i szyk zdań odwraca. Tego nie śmiem podejrzewać o pracę na zlecenie, bowiem w istocie dobroduszny to osobnik jest.

Trzeci czyta i wciąż nie może się oswoić, że tę umiejętność posiadł w wystarczającym stopniu. Lękliwy więc jest i przeto mało przydatny do rewolucyjnych zadań.

Czwarty to ten, którego nierozważnie obśmiałem kiedyś z czułością. Tej zniewagi wybaczyć mi nie umie i duka, i ślęczy, i zwija się w patriotycznej męce, w przedśmiertnym grymasie, aby tylko nitkę jedną do zacerowania swej dziurawej skarpety schwytać!
Temu sprzyjam i czytanie powtórne w skupieniu zalecam.

Piąty czytelnik sprzyja mnie samemu i cieszy go celnie wypuszczona strzała.
Aliści strzała ta nie po to jest, by zabijać, jeno do bezinteresownej wymiany myśli skłonić!

Ten szósty wyrobnik – to ja sam!
Wprawdzie staram się czytać to, co sam dobrowolnie napiszę, ale wciąż podejrzewam siebie o najbardziej nikczemne inspiracje.

I tak sobie żyjemy.

P.S.
Wszystkim moim Czytelnikom, którzy w gościnie w Dziupli Błotniaka bywają, składam w Nowym Roku mój sarmacki pokłon i dobra wszelakiego życzę; także i tym, których moje teksty złoszczą: Od siego do siego roku!
Tyleż z nas, ile Rzeczpospolita nas potrzebuje!

środa, 16 listopada 2011

RECTE FACTI FECISSE MERCES EST

"Nagrodą za dobry czyn jest to, że się go dokonało" – powiadał Seneka Młodszy.
W Polsce, tej jeszcze Polsce, taka nagroda jest w głębokim poważaniu – co najwyżej spowoduje zniecierpliwione wzruszenie ramion i puknięcie się w czoło, jako znak postradania zmysłów i poczucia rzeczywistości.
Bowiem splendor, nie przystający do zasług, jest największym łupem, jakim można się poszczycić w "służeniu" Rzeczypospolitej.
A więc awanse, sarkofagi, medale, synekurki, odprawy, zapomogi dla równiejszych, niebotyczne dla normalnego śmiertelnika pensje... i ta postępująca ślepota – to atrybuty klasy, która lubi powtarzać, że w tak ciężkich warunkach realizuje narodowy mesjanizm (dla wybrańców).
Gdzieś obok trwa – jeszcze w milczeniu – skasowana klasa potomków Polan, której zagipsowano usta, na głowy nałożono worki po medialnej sieczce. Grają trąbki, pochylają się sztandary, z nieba zaczyna spadać ogień Apokalipsy i skrzydła samolotów.

A przecież tak jeszcze niedawno odbyliśmy w podniosłym nastroju obowiązkowe ćwiczenia ze zdolności przeżywania chwilowych patriotycznych uniesień. Okazało się, że bardziej zdolni jesteśmy opłakiwać ofiary nieszczęśliwego wypadku – zawinionego zespołem przyczyn złożonych, zwanych w skrócie nadmierną kawaleryjską fantazją – niźli utratę Rzeczypospolitej.
Ale jeśli rozbicie się prezydenckiego samolotu jest takim własnie "największym powojennym nieszczęściem", to już żadną miarą nie da się przywrócić właściwych proporcji między tzw. polską duszą, polskim sercem i rozumem. Toniemy bowiem w masie odpadków, które sami tworzymy.

W tej sytuacji, aby nie przedłużać własnej agonii,  opuszczeni dramatycznie przez elity – których wywyższenie przybrało wymiar tak niespodziewany także dla nich samych – umocnieni wiarą, że najlepiej wygląda nasza piastowska wspólnota na egzekwiach i paradach – wspomnijmy choć przez chwilę na ten grób skromny na Bródnie, w którym spoczywają doczesne szczątki Romana Dmowskiego. Daleko im przecież do splendoru truchła, które zajmuje miejsce w wawelskiej nekropolii. 

niedziela, 23 października 2011

poniedziałek, 17 października 2011

niedziela, 2 października 2011

NIEDŹWIADEK A SPRAWA POLSKA

Po zamordowaniu w roku 1980 Misia Kondrackiego przez bohaterskiego "strażnika" Tatrzańskiego Parku Narodowego Mariana Werona, który wpakował w Misia kilka kul i mimo to Kondracki zdołał uciec, by potem konać przez dwa dni — zamordowany w jesieni roku 2007 Niedźwiadek nie miał nawet takiej szansy. Bo przecież morderstwa dokonali zapewne bardziej wykształceni niż ów zbrodniczy kretyn rozzuchwaleni mołojcy. Odbył się ten tragiczny spektakl w dniu wyborczego przestawienia Polski na normalność, uzyskując miano symbolu. Nośność tego symbolu wydaje mi się na tyle znacząca,  że zakatowanie Niedźwiadka nie powinno odejść w mglistść, bowiem niektóre niedobitki Polan starają się odszukć – mimo wszystko – swoją tożsamość.

Bo przecież, mimo wielu prób dezinformacji w postaci fałszerskich artykułów — mających uzasadnić heroizm morderców —  nie udało się jednak zatrzymać w niebycie ostatecznej informacji o sposobie zakatowania (utopienia) Niedźwiadka w potoku. Mordercy mieli uraz opuszka palca (kobieta) i drobne otarcia naskórka — dość oczywiste "rany" dla osobników przytrzymujących głowę Niedźwiadka pod wodą kamienistego potoku i walących w tę głowę kamieniem.
Niedźwiadki rodzą się na przełomie stycznia i lutego, więc w najlepszym razie Misiek miał ok. 18 miesięcy, a to oznacza, że był dzieckiem, które najprawdopodobniej oddaliło się od matki, i tylko żałować należy, że ci nabuzowani kulturą dla debili mołojcy nie mieli możliwości spotkania z prawdziwym, rozjuszonym w dodatku obroną swego dziecka niedźwiedziem.

Na śniegu leżał różaniec. Oto ich modlitwa za Ojczyznę!


rysowała Błotniaczka

piątek, 30 września 2011

PIELGRZYMOWAĆ DO POLSKI

     Podobno siedem milionów pielgrzymów z kraju nazywanego: Poland, Pologne, Lechistan, Ubekistan, Polen, Polonia, Judeopolonia, PRL, Polsza, Priwislanskij Kraj etc. — rusza każdego roku na objazd świata po Chrystusowych śladach i ich emanacjach. Szlaki te znaczą wypalone autobusy i zwęglone ciała pielgrzymów. Na podobieństwo rycerzy średniowiecznej Europy chcemy dać świadectwo trwałości chrześcijańskiej wiary i naszego do niej przywiązania i — nie bacząc na koszty — opuszczamy naszą Ojczyznę na mechanicznych rumakach i w pątniczych szatach, w kurzu i trudzie, oderwani dramatycznie od telenoweli i komunikatu o stanie wód. Przy okazji obejrzymy sobie to i owo, czyli ciekawostki z folderów biur podróży — i nie tak już literalnie będzie nas ścigać poczucie zmarnowanego żywota.

      Nic to, że podczas naszej pielgrzymki Belzebub nawiedzi nasz dom i zrobi kupę na środku izby, ażeby nam zamieszkiwanie na naszej ojcowiźnie obrzydzić; nic to, że dopisze się do aktu notarialnego i wyciągnie z naszej szafy pachnące naftaliną suknie naszej babci, włoży surdut naszego dziadka, a na kończyny wszystkie nasze zegarki. Nic to, że płot nam się wali, dach przecieka, z zsypu cuchnie,  park narodowy zalewamy asfaltem, albo wycinamy w pień aleję mocarnych topoli na brzegu jeziora, których potrzebuje akurat szwagier Belzebuba. Nic to, że Belzebub utworzy następną partię, zawrze następną koalicję, bo nasza wiara w moc Belzebuba jest święta, czemu damy świadectwo i w następnych demonicznych wyborach. Nic to...

      Jak jednak można udawać się na krucjatę za  wodzem, nie umiejącym  nawet się utrzymać na koniu podczas zjazdu ze wzgórza, bez żadnego bitewnego doświadczenia i bez znajomości choćby znaków drogowych, które nawet dla potomków Piastów i Jagiellonów są wymysłem już zupełnie anachronicznym i dlatego nie zasługującym na uwagę, pomimo zawartych w nich informacji i ostrzeżeń.

      Uzasadnienie dla takich i innych wyborów odnaleźć możemy w zaniechaniu pielgrzymowania do Polski.
Tutaj, na rozstajach dróg i dylematów, wciąż czeka i trwa nasz świątkowy, umęczony i opuszczony Chrystus Frasobliwy. Pod prasłowiańskim zaś dębem, w bezimiennej mogile, spoczywa zapomniany Swarożyc.

4 sierpnia 2007

czwartek, 22 września 2011

POCHWAŁA GŁUPOTY

     Głupota, wiadomo, wiele ma imion. Nawet mędrcy pewnie też Głupoty są ofiarami i jej wdzięcznymi statystami. Kiedyś nawet napisałem felieton o nieśmiertelnym Głupku, którego zawsze mi jednak jakoś żal. Ale panuje też taka moda, ażeby Głupka strugać, bo wtedy, tak na wszelki wypadek, możemy się usprawiedliwić z wielu głupkowatych występków, mówiąc i mrugając oczkiem, że my to tylko Głupka przecież udawaliśmy.

     Wszakże dzieje POLSKIEJ GŁUPOTY — to zaiste opasła księga. Kiedy jednak Aleksander Bocheński chciał tę POLSKĄ GŁUPOTĘ jakoś usystematyzować, do jednego naczynia zebrać ku przestrodze i przemyśleniu dla potomnych, to zaraz naraził się na zarzut polakożercy i cynicznego oszczercy, pozostającego w służbie ciemnych sił.
I taki pan Gerwazy nie może już nawet się zachwycić poetycką sztuką translatorską Mieczysława Jastruna — który tak pięknie Rilkego spolszczył — bo zaraz mu powiedzą i podszepną katoliccy bojownicy, że ten Jastrun  ( i Rilke!) to przecież Żydzi!  I ten Jastrun — to krwawy „polakożerca",  co  zwyczajnie horrendalnym i nikczemnym jest kłamstwem! I zaraz pokażą panu Gerwazemu drzwi, bo w kupie, natchnionej kazaniami księdza Natanka, przywłaszczyli sobie właśnie Rzeczpospolitą. I w niej nie ma już miejsca dla samodzielnie myślących, bowiem nikt już — oprócz nich samych — nie ma prawa do zabierania głosu w Jej imieniu. Tak więc wymachują bezkarnie swymi wyliniałymi piórami, i złorzeczą każdemu, kto im na drodze stanie — pozostawiając za sobą spaloną ziemię.

     Taka Polska — to nie jest moja Polska!
W mojej Polsce, tej rozłożonej na białych płótnach wśród łąk nad Narwią, Wartą,  Bugiem i Wisłą, skupionej w Święto Kupały  wokół płonących wianków, przydrożnych pogańskich Chrystusów Frasobliwych, Polsce dobrej i wybaczającej, tkliwej i  wspaniałomyślnej,  szanującej groby nieprzyjaciół i broniącej każdej Istoty ludzkiej i zwierzęcej,  mężnej i rozumnej w obronie Ojczyzny — czuwa stary, zapomniany słowiański bóg Swarożyc, syn Swaroga — zwykłego kowala — a więc obdarzony tymi samymi wadami, co i my — ale i nie szukający usprawiedliwienia za własne zaniechania  u  wrogów prawdziwych i wyimaginowanych.

     Tedy na cóż może się nam przydać — w tak marnej codzienności — owo tak często przywoływane hasło, że własnego gniazda się nie kala,  gdy tak dotkliwie mija się ono cokolwiek z mniej znaną puentą, że "nie ten ptak gniazdo kala, co je kala, lecz ten, co mówić nie pozwala". Dlatego mamy wiele przykładów, że i w patriotycznej i katolickiej teatralnej retoryce tkwi ziarno zatrute, które niczym nie różni się od totalitarnych grymasów. Dlatego tyle swarów w rzekomej obronie polskiej godności, wywołuje  publicystyczna zamiana polskości na polactwo — chociaż w polactwie chce się tylko zmieścić i opisać stan świadomości, która  ku zagładzie polskości zmierza. Tak więc  jakże  pospolicie głuptacko brzmi postulat polactwa, by tym, którzy starają się zdefiniować to pojęcie, znaleźć i opisać przyczyny upadku idei  polskości — odbierać polskie obywatelstwo. I tutaj niewiedza skojarzona z arogancją pomija ten błahy fakt, że na czele takiej listy proskrypcyjnej musiałby spoczywać sam Cyprian Kamil Norwid, który przecież także istnienia polactwa nie negował. A jeszcze i wielu wybitnych Polan, którzy swoje przestrogi dla Polski  już drzewiej literkom bezbronnym powierzyli, choć statystyczny tubylec woli trwonić swe życie w karczmie, aniżeli w bibliotece.
Ale po cóż oni nam! Oni przecież już umarli — a więc są nieobecni, czyli racji nie mają.

     Kiedy więc usiłujemy — mimo wszystko i na przekór — w pokorze i pochyleniu odczytać tabliczki z zatartym pismem, odtworzyć te spalone kartki z warszawskich bibliotek, które zmieszały się z gliniastą grobową pleśnią , wejrzeć w odkopywaną twarz Swarożyca — to już nic nie powstrzyma inwazji Robactwa na tę naszą część pleców, która właśnie straciła swą szlachetną nazwę.

     Dlatego, Polaku, strzeż się wszelkich liter!

wtorek, 20 września 2011

KRÓTKI KURS PILOTAŻU

     Wieloletni pretorianin sekretarza KC PZPR Króla, Stanisław Janecki — raczej frankistowskiej proweniencji — wypchnięty do siedzenia w kabinie pierwszego pilota,  jednak bez możliwości samodzielnego startu i lądowania, gdyż wolant znajduje się w tylnej kabinie tego płatowca, gdzie siedzi sobie jak dawniej towarzysz sekretarz po podstawowym kursie pilotażu w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu — zaczyna uchodzić za autorytet dziennikarskiej rzetelności i kanon celnego języka. Obwieścił tę rewelację sam premier Rzeczypospolitej Jarosław I Sprawiedliwy,  wkładając Janeckiego na "najwyższą półkę", a co za tym idzie, doceniając kunszt pilotażu jego szefa, uwłaszczonego na tygodniku "Wprost". 

      Tak się tą nominacją premiera wzruszyłem, tak w jego magiczne zaklęcie uwierzyłem, że niedaleki, musi, jest czas, gdy kolejni premierzy pić będą i z mojego dzioba słodycz wszelakich zatrutych eliksirów, a i nasze półkowe życie — marginalnych internetowych publicystów — wszystkimi kolorami tęczy mienić się będzie, znajdując na pierwszych stronach gazet i w głównym wydaniu telewizyjnych wiadomości swoje duchowe spełnienie.
Dzisiaj Belzebub przebrany za Piotra Skargę dopełnia puchary uczestnikom tego przyjęcia. Doprawdy, szykuje się grecka tragedia nad jeziorem Gopło.

      Tym razem, już w pierwszym akcie, wywyższony do godności Króla Popiel, zeżre nam nawet wszystkie myszy. Czy to jednak wypada zaglądać Belzebubowi w spodnie podczas zmiany garnituru?

30 lipca 2007

poniedziałek, 19 września 2011

ZNAKI OBJAŚNIAJĄCE

     Tak mi się przypomniało, trochę gwoli swawoli, moje niegdysiejsze nocowanie na szczycie Połoniny Wetlińskiej w Bieszczadach.

     Otóż było nas trzech wędrowców: Władek, Jerzy i ja. I była jeszcze koza Dulcinea, rasy polskiej nizinnej, obładowana ciężkimi — jak dla konia — sakwami, które dla tego naszego koziego rumaka przygotował Jerzy.
Miało się już ku wieczorowi i znużeni szukaliśmy miejsca na nocleg. Chmurki szybowały sobie pod nami w postaci różnych zwierzątek, ale i kobaltowe chmury czaiły się już w oddali. Już wyżej wejść się nie dało. Z Niebios dały się słyszeć odległe grzmoty. Wiatr zaczął uginać trawy i brusznice. Ciemności przesłoniły bieszczadzką ziemię w biblijnym kontekście. Nie mieliśmy wyboru.

     Namiot zaczęliśmy ustawiać tuż obok ścieżki, nieopodal słupa z jakimiś tabliczkami, na których  ledwie widoczne były  tajemne znaki, albo może i pismo klinowe. Wprawdzie ktoś z nas chciał ten słup obejrzeć, ale został zakrzyczany przez dwuosobową większość. Ledwie żeśmy się ukryli pod płótnem — zaczęła się nawałnica. Dulcinea, wystraszona bezmiernie, pobekiwała w utrapieniu i służyła nam za zagłówek.
Pioruny biły tak, że gacie nam poczerniały od spalenizny. Władek zaczął wyrzucać z namiotu wszystko, co było metalowe.
Poszedł precz nóż, siekierka, zegarki kosztowne, grzebyk, kubki, maszynka spirytusowa, klucze do domu, sygnet pradzadka, monety z orłem bez korony, amalgamat w zębie trzonowym, radio tranzystorowe,  i ... i tu Władek zaczął wywracać nasze plecaki w poszukiwaniu dalszych metalowych zdobyczy.

     I nastała cisza między piorunami, bo Jerzy, nabijając w spokoju fajkę, rzekł do Władka.
     — Władek, a namiotowe słupki?
I padł Władek na Połoninę Wetlińską, chroniony przed gniewem Boga cienkim płótnem namiotu.
Rankiem ktoś z nas udał się do owego słupa, aby odczytać te napisy na deseczkach. Tam, w centralnym miejscu wśród drogowskazów, pysznił się szczególnie wyraźny napis:
UWAGA!
NIEBEZPIECZEŃSTWO PIORUNÓW!

     Może ta opowiastka skojarzy się komuś i będzie mógł uwierzyć, że zawsze otrzymujemy znaki, ale nie zawsze chce się nam je odczytać. Albo zwyczajnie brakuje nam tchu, wiedzy i determinacji. O wyczuleniu na bogactwo dojmujące języka polskiego nie wspomnę. Bowiem nie da się wygrać narodowej melodii na tak haniebnie nastrojonym instrumencie, jakim dysponują rzeczywiści grabarze Rzeczypospolitej — ten chórek wyśpiewujący wrzaskliwie swój DIES IRAE,  przy akompaniamencie  ruchów przepony Belzebuba.

sobota, 17 września 2011

STACJA PŁASZÓW

Jak doniosły chyba wszystkie agencje informacyjne na świecie — w dniu poprzedzającym uroczystości rocznicowe, w marcu roku 2010 — na terenie dawnego obozu w Płaszowie dokonano bluźnierczego sprofanowania pomnika upamiętniającego tamte tragiczne wydarzenia.
Otóż w takiej suchej notatce jest miejsce na kilka szczegółów. Aby je opisać, trzeba sięgnąć do oryginałów: Oto te niezdarne literki, które wraża ręka wysprejowała na pomniku!

JUDE RAUS FROM POLAND
JUDDE RAUS
ICENY DO IZRAEL
PEJSIARZE
JEBAĆ ŻYDÓW

Już pobieżna ekspertyza mentalna i grafologiczna pozwala wykluć się przypuszczeniu, że wysłanników Belzebuba było przynajmniej dwóch. Analiza językowa dostarcza więcej informacji.
A to:

JUDE RAUS FROM POLAND
Napis ten skierowany jest wyraźnie do tzw. opinii publicznej w "rozwiniętych krajach demokratycznych". Przekaz jasny i prosty, bo nie wymagający tłumaczenia. Wszakże czas nagli.  (Ciekawa jest też ta niemiecko-angielska mieszanka językowa.) Dziennikarze czekają na materiał. Muzeum Holocaustu przygotowuje specjalne oświadczenie.
JUDDE RAUS
Ten błąd w słowie JUDE może symbolizować językową anemię Polaków. Możliwe jednak, że jeden z zamieszkujących polskie ziemie grafomanów — wynajętych do wykonania tego zadania — niezbyt dokładnie zapamiętał konspekt scenariusza.
HITLER GOOD
Jak w haśle pierwszym.
ICENY DO IZRAEL
No, tutaj to już duża wpadka! To mógł tylko napisać ktoś, komu mowa polska jest najzupełniej obca. Biedaczek źle zapamiętał hasło: ICKI DO IZRAELA.
PEJSIARZE
JEBAĆ ŻYDÓW
Te napisy tchną czystą knajacką polszczyzną, a więc mniemam, że ten twórca osłuchany jest z nią na co dzień. Do jakiej narodowości on się skrycie przyznaje — to temat na osobną dysertację. Wszakże trudno jest uwierzyć, że wzięto sobie do pomocy etnicznego Polaka.

Tak więc ta nieudolna prowokacja jest zapewne tylko "ćwiczeniem w terenie" dla organizowanego w Polsce wycia prześladowanych Żydów.
I znowu, na krwi i nieszczęściu tych najbardziej Bogu ducha winnych ludzkich stworzeń — których odłamki czaszek znajdowałem na bródnowskim kirkucie — chce się posiać zatrute ziarno. Znowu Srule i Rywki mają służyć za nawóz dla czarodziejskich ogrodów białych bankierskich mankietów i politycznych żonglerów, w których cylindrach gotują się do zniszczeń wciąż ci sami Jeźdzcy Apokalipsy.
Chazaria i Żydzi w śmiertelnym starciu?

Stacja Płaszów!
Wysiadać!

16 marca 2010

czwartek, 15 września 2011

PROROCTWO

     Wśród zasług wszelakich Jerzego Turowicza — dość skrzętnie opisywanych — jedna pomijana jest z niewdzięczną małością. Jest to otóż prorocza wizja, że Andrzej Lepper to jest facet, którego miejsce jest w kryminale. Proroctwo to zdawało się trudne do spełnienia, ale widocznie miało w sobie taką wewnętrzną siłę, że natchnęło Robactwo do niezwłocznego działania. Tak więc wśród epitetów w rodzaju: "tandetny szarlatan", "chytry kmieć", "wynaturzony klon Wałęsy" — które to porównania zaczął wymyślać niezależny duchowo pisarz polski Jerzy Pilch — rozpoczął się proces czarownic, których wdzięki zdeprawowały niestety znaczącą część elektoratu. Trzeba więc było ratować Polskę i zagubionych Polan przed nimi samymi.

     Do tego chórku rozsierdzonych strażników polańskiej tożsamości, zaczęli dopisywać się nawet nieskazitelni dotąd tragarze moralnej solidarnościowej czystości, uwiedzeni krętactwami umiłowanych braci Kaczyńskich. Teraz to już Lepper miał przechlapane i wiadomo było, że zostanie skazany przynajmniej na galery w jakimś tropikalnym raju podatkowym, gdzie transferują swoje zyski łupiący Polan macherzy. Sądowa farsa potrzebna była li tylko dla dopełnienia uroczystości pogrzebowych, gdzie wielu starało się o status mistrza ceremonii, aby wykazać przed Belzebubem swoją względem niego dyspozycyjność. Naturalnie zgodnie z demo-kratycznymi standardami, których proroctwo Jerzego Turowicza — starającego się uchronić Polskę przed unicestwieniem — zdaje się wizjonerskim symbolem. Jednakże, na wypadek nieprzewidzianych trudności w realizacji takiego scenariusza, przygotowany został dla Andrzeja Leppera — piórem jednego z wziętych publicystów (niechaj jego imię będzie zapomniane) — także i dół z wapnem.

     Tak więc niezłomna polska Nike otrzymała (chwilowo, tuszę) życiorys molestowanej kurwy. A ta niewiasta zamiast rzekomo owłosionych pleców Leppera, ma teraz do dyspozycji swój włochaty zadek!

     Jakże trudno — i bez widoków na wdzięczność — być prorokiem we własnym kraju. A wszystkiemu winien jest najzwyklejszy brak językowej wyobraźni w polskiej — tej dopuszczonej do głosu — publicystyce,  gdy śmiałe proroctwo staje się sentencją kapturowego wyroku.

16 lutego 2010

sobota, 10 września 2011

SCENY DZIECIĘCE

     Każda rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, wywołuje nadprzyrodzoną skłonność do publicznego świętowania tej największej w naszej Historii klęski — jakoś jednak nikt nie chce świętować daty kapitulacji!
     Gdybyż to było pochylenie się w bólu i milczeniu nad losem spalonego miasta i jego mieszkańców, a więc marsz pokutny — bo ci, którzy dzisiaj zasiedlają Warszawę, dorżnęli rannych powstańców, zamordowali powtórnie tych chłopców i dziewczęta idących na całopalenie. Ale nie, nawet prezydent Kaczyński postanowił jakiś ślad po sobie zostawić i na wdzięczność tubylców zasłużyć. Bo kto nie będzie się cieszyć z wolnego dnia w środku tygodnia lub w piątek, albo w poniedziałek?

     Fetowanie tak tragicznych wydarzeń w ten sposób ma i ten wymiar, że w dobie odtwarzania w artystycznej inscenizacji minionych wydarzeń, dymy z grillów poustawianych w podwarszawskich miejscowościach rzeczywiście przesłonią Warszawę.
Jeśli zaś ktoś chce powiedzieć, że najbardziej tragiczne z polskich powstań ocaliło polskiego ducha i polszczyznę, to wykładnią tej szokującej bredni jest chociażby to, że tej straszliwej wyrwy do dzisiaj nie udało się zasypać — bo przecież wystarczy się przyjrzeć internetowym konwulsjom znikającego plemienia Polan.  Dlatego właśnie, gdy rozumu nie staje, patriotyczne ludojady muszą się dokarmiać krwią. Cudzą naturalnie!
     Ta duma, że inni zginęli, by rzekomo ratować naszą tożsamość, należy — wedle mnie — do najbardziej zbrodniczych pomysłów na dekowanie własnego tyłka na tyłach!

     Powstać z kolan powstaniem — to teza co i rusz afirmowana w stanach duchowej klęski. Jak nam myśli braknie, to zaraz chcemy chwytać za osadzoną na sztorc kosę lub karabin bez naboi, aby samozniszczeniu nadać cechy patriotyczne. I przy okazji migają nam co najwyżej jakieś zamglone obrazki Grottgera, Kościuszko na Rynku w Krakowie, lub słyszymy tupot nóg zdyszanych podchorążych biegnących  Agrykolą — zdolnych do mordowania własnych generałów, ale zupełnie pozbawionych politycznej wyobraźni. Tak więc podnieść zanik tradycji obowiązku ustawicznej pracy umysłowej do roli powstańczego fajerwerku — o, to jest dopiero cnota prawdziwego polskiego patrioty! To zaś, żeśmy w ostatnich latach na lep dali się złapać paru świecidełek i pustych symboli , żeśmy wyrzekli się dobrowolnie własnej przeszłości, sprofanowali groby i pamięć tych wszystkich, którzy ginęli za Ojczyznę nie w wirtualnej przestrzeni — tego nie wypada nam przecież przyznać, szczególnie dlatego, bo jesteśmy podobno bardzo katolickim narodem, przywiązanym do polskich katolickich wartości. No, i te pretensje do bolszewików, że stali za Wisłą i nie chcieli  na nasze żądanie grać w rosyjską ruletkę — to zaiste szczególny obraz patriotycznego zniewolenia politycznej myśli.

     A przecież nawet Bora-Komorowskiego dręczyły wyrzuty sumienia. A co mówił o Powstaniu Warszawskim generał Anders, Kisiel, Cat Mackiewicz, czy chociażby współzałożyciel NSZ  Zbigniew Stypułkowski, który w Powstaniu jednak udział wziął, chociaż tej daremnej manifestacji był przeciwny? Czy ich także pospolici internetowi gdakacze powieszą na szubienicy z odpowiednią haniebną tabliczką na piersiach, obsmarują mianem "polakożercy"? — A gdzie pogrzebano rozpacz cywilnej ludności Warszawy? Ta hekatomba jest jakoś wstydliwie w powstaniowej bohaterszczyźnie przemilczana.
     Tym bardziej więc mnie zadziwia kunktatorska pozycja generała Sosnkowskiego, który niby był Powstaniu przeciwny, ale na wszelki wypadek odżegnał się od wszelkiej odpowiedzialności. I nawet po latach nie chciał na ten temat rozmawiać...

     I tak wciąż ktoś chce się uwiarygodnić na popiołach. I popioły na zysk nie tylko w brzęczącej monecie przemienić. A to Żydzi na swych ofiarach, którym w swoim czasie żadnej pomocy udzielić nie chcieli, mając inne względem nich zamiary, a to plemię tubylcze, którego rodowodu nie sposób rozwikłać!
     Pewne jest tylko, że na wypadek tumultu w Warszawie, powinni Polanie wiedzieć, czym się to skończy. "Porządek panuje w Warszawie" — tylko takiego meldunku będą oczekiwały ościenne kraje.
Tymczasem do patriotycznego krwawego zrywu poprowadzi Polan rabin Beer Meisels — nawet położy się krzyżem w kościele; baron Kronenberg da Polanom pieniądze na broń, by potem  za ten patriotyczny czyn dostać od cara order. Uwiarygodniony na emigracji wydawaniem "antyreżymowego" pisma student, też przypadkowo pochodzący z uciskanej przez stulecia mniejszości, powróci do kraju, by pokierować telewizją. W wyniku tej akcji przejdzie w ręce uciskanej tak niemiłosiernie mniejszości — przez najbliższe dwadzieścia lat — osiemdziesiąt procent polskich majątków, zasekwestrowanych przez carat po upadku Powstania Styczniowego.

Poległo 38.000, powieszono 1468, wywieziono na Sybir 18.682, wygnano za Ural 3378, przesiedlono do Rosji 2.416, zamordowano w śledztwach 620, zaocznie skazano na śmierć 7.000.

     Tej lekcji żaden z bohaterskich przywódców Powstania Warszawskiego sobie nie przyswoił i żaden z honorem dla przykładu nie zginął. Mieli za to aż tyle wyobraźni i wojskowej wiedzy, by kazać tym chłopcom, dziewczętom i dzieciom zdobywać gołymi rękami broń na wrogu — bowiem wiele broni już wcześniej zapobiegliwie z Warszawy się pozbyli. Sami zaś korzystali z ochrony Najświętszej Panienki, nie wychylając nosa ze swych sztabów. Nawet jakże perfidnie zaplanowali tę "Godzinę W" — bo wtedy ruch na ulicach był największy! Oto skutki wezwania Piotra Skargi do pokuty!

     A więc do dzieła, panowie bracia — kosy na sztorc i łby sobie poucinać!

P.S. 1
Tekst ten dedykuję panu Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi, autorowi książki pt. "Kinderszenen".
Autorowi, którego lubię od lat i szanuję, ale nie pochwalam jego obecnych politycznych wyborów. A przecież Jarosław Marek Rymkiewicz powinien mieć w pamięci swój  nieudany literacki eksperyment sprzed lat, gdy Adasia Michnika uczynił swoją muzą!

P.S. 2
Felieton ten powstał ze skrawków różnych moich tekstów o Powstaniu Warszawskim, publikowanych w minionych latach w Internecie.




poniedziałek, 5 września 2011

PÓŹNE WNUKI MARKA JANDOŁOWICZA

     Utarło się przekonanie, że konfederację barską niosła jakaś szczególnie przydatna Rzplitej wiara w bożą przychylność. Tymczasem konfederacja ta to sztandarowy przykład, jak przy pomocy zabobonu i ciemnej magii, czyli dość wyrazistych swoistych religijnych uniesień — przy jednoczesnym braku politycznego programu i politycznego rozumu — można uczynić szkodę Rzeczypospolitej. I to szkodę nie do naprawienia!

     Ów karmelita Marek, zły duch konfederatów, ma i dzisiaj swoich wyznawców! Ażeby wyobrazić sobie, czym to się skończy dla kadłubowej obecnie RP — nie trzeba sięgać do proroczych  snów i objawień. Chrześcijański sabat (szabat) w polskiej Gajówce pod nieobecność gajowego Maruchy — daje występy! Na tym bowiem rzekomo lucyferycznym sejmiku, podejmuje się ważkie decyzje: Ano — kto Polakiem jest, a kto zaszczytu bycia Polakiem nie jest godzien. Kto ma prawo do odwiedzania Gajówki, a kto zostanie poszczuty wychowankami Belzebuba! Kto jest poetą, twórcą — a kto nie ma prawa do takiej tożsamości, bo przecież "nie ma nic do powiedzenia". Bo też w istocie jest dzisiaj tak, że łatwiej coś napisać niźli przeczytać z bezinteresowną intencją. Więc nawet tego, co sami napiszą — nie czytają, co poniektórzy podają jako cnotę!
Bo oto znów mamy całe zastępy uzurpatorskich (chrześcijańskich) klonów, które napadły na Rzplitą i przeżuwają jej resztki! Znów Rzplita musi się borykać z administracją Belzebuba, która jest w mocy wkładać tylko swoim wybrańcom laur na głowę. I publiczność, katolicka jak najbardziej, "klaskaniem mając obrzękłe prawice", szuka swego zagubionego Ducha nie w Polszcze, jeno we flaszce zatopionej w oczyszczalni ścieków, w której zamknięty jest on od stuleci.

     Ażeby więc ciebie, Wędrowca, spotwarzyć — nie cofną się przed każdym pomówieniem! Włożą ci w usta epitety, które sami na co dzień używają. Powiedzą ci, że jesteś  "pseudo-poetą", wykazując przy tym własne znawstwo oraz poetyckie dokonania, i poradzą ci — używając swego wymiennego zestawu błazeńskich min, jako że łatwiej jest zostać błaznem niźli Stańczykiem — abyś jakąś książkę wziął do ręki i "nauczył się myśleć"! Kiedy im odpowiesz, żeby się nie martwili, bo przeczytałeś w swoim życiu już dwie książki, a teraz nawet czytasz trzecią — zamilkną i przeniosą swoje ogony do innej izby polskiej Gajówki. Tam, już całkiem bezsilnie, zaczną twoje  nazwisko przekręcać na wszelkie możliwe sposoby, chcąc w ten sposób znieważyć i odebrać ci pamięć o twoich Przodkach. Zaś własną ignorancję zawsze usprawiedliwią wszechmocną hasbarą! I nie przyjdzie im do łbów, że są tej hasbary czystą emanacją i produktem!

     Tak więc od nich też się dowiesz, że "wyzwiska" to twój główny oręż w próbach znalezienia kontaktu z Wiecznością i, przy okazji, z potomkami Polan — chociaż ich głównym środkiem wyrazu jest odmieniane przez wszystkie przypadki "plucie", albo manifesty mające językową i polemiczną indolencję podnieść do rangi szczególnie nawiedzonej bożej interwencji w dziele naprawy Rzeczypospolitej. "Bełkot, brak inteligencji, manipulacja, obłuda, szubrawiec, idiota, gnojek, karierowicz," itd., itp., itd.,  — to są te myślowe szczudła, na których sobie łażą niefrasobliwie i bezrefleksyjnie, licząc jedynie na impet epitetów. A i jeszcze do rękoczynów i gróźb się rwą... Kiedy zaś przywołasz doktora Dolittle, ażeby w ten sposób przypomnieć pewną frazę z felietonów Jana Tadeusza Stanisławskiego, dadzą się bez oporu wprowadzić w maliny, bo pycha ich zaślepia, więc też nie mogą sobie przypomnieć — bo i jak, skoro tych opowieści w swoim czasie przeczytać nie zdążyli — że doktor Dolittle nigdy taką frazą się nie posługiwał. I ten lapsus oddaje dobitnie ducha dyskursu pokazując symbolicznie, jakich  naukowych narzędzi nam w tej operacji trzeba. No i ten sławny i bogaty w znaczenia zarzut "przerostu formy nad treścią" — sprowadza każdy dyskurs do polskiego piekiełka, bo przecież może istnieć treść bez formy albo forma bez treści, co nawiedzeni katolickim duchem buchalterzy starają się wyliczyć w procentach. A w tym polskim piekle wiadomo: diabły nie muszą się męczyć  nauką polskiego języka, bo rzekomy potomek Polan skwapliwie je wyręczy, wypowiadając przy okazji czysto po polsku i sakramentalnie: "Intencje są jasne gołym okiem".

   Henryk Sienkiewicz, chcąc scharakteryzować oszczędnie główne nurty pisarstwa Przybyszewskiego, wynalazł sformułowanie: Ruja i porubstwo. Ta publicystyczna figura retoryczna zrobiła swoistą karierę i Przybyszewski w odwecie mógł wypić tylko atrament z własnego kałamarza.
Aliści w naszych złowieszczych czasach, okazuje się  nie po raz pierwszy, że poszukiwanie prawdy o polskim losie zastrzeżone jest dla producentów słowa skupionych w różnych ferajnach. A każda ferajna dba tylko o własny interes i dobre samopoczucie. Dlatego dla tych, którzy nie są członkami żadnej ferajny, wprowadza się wiele ograniczeń w ich własnym interesie, bowiem dla poszukiwaczy to maniactwo przyczyną może być wielu nieszczęść. Czyż więc należy się dziwić, że boża przychylność dla Polski już dawno się wyczerpała? Chrześcijański Bóg, tak osamotniony, też ma prawo poczuć się znużonym.

     W tej sytuacji Polska powinna poszukać łaski uwagi u słowiańskiego boga Swarożyca!

P.S.
 "Łotry i głupcy bywają dla siebie wzajemnie pobłażliwi, lecz gdy zjawi się człowiek o rzeczywistym talencie, rozumie, odwadze i prawości — natychmiast powstają przeciwko niemu, i jeśli nie mogą ściągmąć go w dół, to przynajmniej próbują oczernić jego charakter, zamordować reputację. (Jonathan Swift — "Podróże Guliwera").
A kiedy zmielą już wszystko na miazgę, zaczną powtórnie spożywać owoce swych duchowych wzdęć, ciągnąc w nieładzie po pustynnych piaskach swój zbutwiały oręż z anielskich piór. Procesja nielotów!...


poniedziałek, 22 sierpnia 2011

MIĘDZY ZIEMNIAKIEM A CIEMNIAKIEM

Już to kiedyś sam Kisiel prostował, że on w swym słynnym tekście ziemniaka przywołał, ale chochlik drukarski, lub też zamierzona wywrotowa działalność zecera, zamieniła ziemniaka na ciemniaka. I tak poszła w lud ta "dyktatura ciemniaka", powodując w dodatku obrazę ówczesnej władzy. Na nic się te protesty zdały i Kisiel musiał odpokutować czyjeś nikczemne winy. A i to trzeba jeszcze dodać, że symbol ziemniaka bardziej literacko jest pojemny, aniżeli nawet prostoduszny ciemniak, wstydzący się swego ziemniaczanego rodowodu. Tak więc "DYKTATURA ZIEMNIAKÓW" czystą poezją jest i basta!

Zachodzę tedy w mój prostacki ptasi łeb, z jakiego to bezinteresownego powodu czcigodny pan Krzysztof Wyszkowski, którego z atencją przywoływałem kilka razy w moich tekstach, szukając epitetu, tak niemiłosiernie postanowił rozbudować znaczenie nazwiska przywódcy Samoobrony, leżącego przecież teraz bez dychu: "Lepperowcy, lepperiada, lepperowski uśmieszek na lepperowskiej gębie" itd. ("Lepperowcy z TVN i GW" - artykuł pomieszczony na: www.iskry.pl).
Przecież to nie żadne literówki, które mogą się zdarzyć w internetowym pisaniu. Najwyraźniej pan Krzysztof woli pisać o tak wrzaskliwie zainscenizowanych zboczeniach seksualnych Leppera i jego drużyny, imputując mu misternie przy okazji niewinne pedofilstwo na przykładzie germańsko-żydowskim w okolicach rozporka Cohn-Bendita — aniżeli o przecudnych piersiach polskiej Nike. Pozostaje jeszcze włożyć Lepperowi wiadro na głowę, owinąć mu wokół szyi słomiany powróz i w inteligenckim zapale zakopać go po pas na polu, ażeby mieć z nim łatwiejszy kontakt i strachom na wróble towarzystwa przydać. Bo, jako żywo, za Jakuba Szelę trzeba wziąć odwet.

Nie sposób mi jednak nie zauważyć na marginesie, że te tak nagłośnione rozkosze cielesne, jeśli nawet rzekome, sprowadziły Rzplitą na drogę odnowy moralnej w myśl zaleceń właśnie "GW " oraz stacji TVN z polską flagą w gównie.

Męczennikiem jest więc Lepper. Ot co!

A wszystko to piszę nie dlatego, że owies zacząłem żreć z jakimś szczególnym upodobaniem, ale w złudnej zapewne nadziei, iż ostatnie godne zaufania autorytety nie dadzą się skusić zniewalającemu urokowi tak banalnie przemijających ziemskich urzędów i szmacianych kukiełek z pierwszych stron gazet. Bywało że i ziemniak potrafił być solą polskiej ziemi.

10 maja 2008